Reklama

"Z miłości do muzyki i fanów"

Czy wielkie wytwórnie płytowe nie próbowały mieć was u siebie? Czy może próbowały, ale wy nie chcieliście podpisać z nimi umowy i od początku wiedzieliście, że chcecie teraz sami zajmować się swoimi sprawami?

Reklama

Kiedy znowu zaczęliśmy mówić o reaktywowaniu zespołu, koncertowaniu i tak dalej, na pewno dyskutowaliśmy o tym, czy podpisać umowę z dużą wytwórnią, czy nie. Jedyną osobą, która zdecydowanie nie chciała mieć nic wspólnego z wielkimi wytwórniami, był Scotti. Rachel i ja myśleliśmy właśnie o umowie z dużą firmą. Jednakże im więcej zaczęliśmy się nad tym zastanawiać i im bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, jak biznes się zmienił, doszliśmy do wniosku, że zarówno na krótką, jak i na długą metę, lepiej dla nas będzie zrobić to wszystko samemu.

Doskonale znamy zasady panujące w wielkich amerykańskich wytwórniach. Zasada pierwsza - nigdy nie dostajesz tego, czego potrzebujesz; zasada druga - jeżeli nie sprzedajesz odpowiedniej liczby płyt, nie jesteś pokazywany, to wtedy oni przestają zwracać na ciebie uwagę i zajmują się czymś innym. Wtedy stajesz się więźniem wytwórni. Oni nie będą cię promować, nie interesujesz ich i nie wierzą już w ciebie. Mało ich obchodzi, czy istniejesz, czy też nie.

W tym biznesie nie istnieje już nic takiego, jak dbanie o rozwój artysty. Jeśli jesteś artystą popowym, który na dodatek ma odpowiedni wygląd i sprzedaje sporo płyt, to możesz na coś liczyć. Artysta grający cięższą, melodyjną muzykę, nie ma co liczyć na podobne traktowanie. Ich zajmuje to, co się sprzedaje. Dla nas najważniejsze jest, aby być szczerymi wobec siebie, naszej muzyki i naszych fanów.

Nie tylko sami płytę wydaliście, ale sami też ją wyprodukowaliście. Pierwsze dwa wasze albumy produkował Michael Wagener, zaś "Subhuman Race" Bob Rock. Wyciągnęliście jakieś wnioski ze współpracy z tak uznanymi nazwiskami? Pytam, bo "Thickskin" w zestawieniu z jedynką lub "Slave To The Grind", brzmi inaczej, niczym płyta live nagrana w studiu.

I tak została nagrana. Postanowiliśmy od samego początku, że płyta ma brzmieć surowo i tak szczerze, jak to tylko jest możliwe. Rozebraliśmy więc nasze kawałki, podeszliśmy do nich w stylu AC/DC. Nie ma za wiele ozdobników, za to są dobre piosenki i są one dobrze zagrane. Wszystko jest bardzo bezpośrednie, prosto w twarz. Nie ma żadnych trików. Ustawiliśmy mikrofony, włączyliśmy wzmacniacze i staraliśmy się być tak energetyczni, jak to tylko możliwe oraz uchwycić ten moment na taśmie. O wiele bardziej zależało nam właśnie na czymś takim niż na montowaniu wszystkiego w kółko i zrobieniu rzeczy doskonałej. Niedoskonałości dowodzą tego bardziej ludzkiego podejścia zespołu.

Dowiedz się więcej na temat: reaktywacja | wymiar | przyszłość | trasa | szczęście | śmiech | muzyka | powroty | muzyka. | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje