Reklama

"Z miłości do muzyki i fanów"

Doszliśmy do roku 2000, kiedy to fani poznali obecny skład Skid Row. Wspomniałeś przed chwilą, że komunikacja w zespole jest tak dobra, jak nigdy wcześniej. Pamiętam wywiady sprzed lat z tobą i Scottim, gdy mówiliście, że muzycy Skid Row są jak jedna wielka rodzina. Teraz też używacie słowa "rodzina". Czym różni się rodzina Skid Row w 2003 roku od tej sprzed kilkunastu lat? Czy to głównie chodzi o tę komunikację między jej członkami?

Reklama

O tak. Na pewno. Moim zdaniem, kiedy tworzy się zespół, towarzyszy ci wszechobecne poczucie niewinności. Chodzisz sobie po niewzburzonym morzu i nie masz bladego pojęcia o tym, co może się zdarzyć. Nie wiesz, co robisz, mimo tego, że starasz się uczyć tak wiele, jak to tylko jest możliwe. Jednak wszystko tak naprawdę zależy od tego, czego doświadczasz. Różnica jest mniej więcej taka, jak między znajomością ścieżki, którą wybierasz, a chodzeniem po niej. To jest bardzo wielka różnica.

Pewnie, że możesz się uczyć tyle, ile się da, lecz zanim czegoś nie doświadczysz, nie masz pojęcia, co tak naprawdę na ciebie czeka. Wszyscy byliśmy bardzo, bardzo naiwni, kiedy zaczynaliśmy. Perspektywa doświadczenia czegoś nieznanego stworzyła z nas wspólnotę. Nagle ni stąd, ni zowąd staliśmy się bardzo sławni i bardziej znani niż moglibyśmy sobie wymarzyć. Interpretacja takiego stanu różni się w zależności od członka zespołu. Są tacy, dla których sukces jest czymś, co było im przeznaczone od chwili narodzin, a są tacy, którzy uważają, że to coś, co zdarza się dzięki życzliwości niebios. Ja wybrałem tę drugą wersję, a ktoś inny z kolei wybrał pierwszą.

Jeżeli ktoś mi mówi, że zasłużył na sukces, że zawsze wiedział, że go odniesie, to ja nie jestem w stanie identyfikować się z kimś takim. To takie egoistyczne podejście, które dla mnie nie ma uzasadnienia. Teraz jest tak, że jest nas pięciu i każdy z nas stawia sobie takie same cele i każdy nas myśli w podobny sposób. Każdy z nas wie, że ma wsparcie w pozostałych we wszystkim, co robi. Pracy jest więc teraz więcej, ale za to nagroda za nią jest o wiele przyjemniejsza. Istniejemy dzięki naszym decyzjom, a nie jakiegoś kolesia w garniturze i krawacie urzędującego na 30. piętrze Rockefeller Plaza. Oczywiście radzimy się ludzi, którym ufamy i którzy w nas wierzą. Dla mnie to jest największa nagroda, która sprawia, że chce ci się żyć.

Dowiedz się więcej na temat: reaktywacja | wymiar | przyszłość | trasa | szczęście | śmiech | muzyka | powroty | muzyka. | rzeczy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje