Reklama

"Z manifestów dawno wyrosłem"

Ludzie, którzy słuchają takiej muzyki, takiego klubowego, smoothjazzowego grania, mogą nie wiedzieć, że trzeba tego szukać na płycie Voo Voo. Jak do nich dotrzeć?

Reklama

Na szczęście przyzwyczailiśmy ludzi, że nie mogą się do niczego przyzwyczajać, bo na każdej płycie Voo Voo pojawiają się nowe rzeczy. Faktem jest jednak, że w mediach funkcjonujemy obok zespołów bardzo nam odległych w sposobie myślenia, takich jak Perfect czy Lady Pank. Na szczęście ludzie, którzy kupują nasze płyty i przychodzą na koncerty wiedzą, czego mają się spodziewać, albo raczej czego się nie spodziewać. Natomiast nowa płyta została bardzo przyjęta przez rynek klubowy, który bardzo nas interesuje, chociaż w Polsce póki co zdominowany jest on przez DJ-ów. Współpracy z zespołami żywymi nie ma i trzeba jeszcze dużo zrobić, żebyśmy z tego grajdołka wyszli. No, ale może za jakieś 15 lat uda się to zrobić...

Wasze koncerty wyglądają jak koncerty rockowe, z ludźmi skaczącymi pod sceną i śpiewającymi "Łobi jabi". Może "Płytę" warto byłoby promować w małych klubach, grając ludziom do tańca? Choć wiem, że niektórzy muzycy uważają granie do tańca za rzecz w jakiś sposób im uwłaczającą...

Nie, to jest moje marzenie! Niestety, ograniczają nas kłopoty natury technicznej. Z całą pewnością "Płyta" nie będzie promowana w teatrach czy filharmoniach, tak jak poprzedni album, bo to już kompletnie nie to miejsce, ale z małymi klubami jest kłopot, bo jesteśmy dość liczną załogą, a ja poza tym chciałbym zapraszać gości. Tymczasem sponsorzy nie są zainteresowani promowaniem się w pubach na 200 osób i nie ma skąd wyciągnąć na to wszystko kasy. Efekt jest taki, że jesteśmy zdani na duże miejsca. Raczej kluby, ale jednak duże...

Podobno w dużej mierze kształt tej muzyce nadała nowa gitara. To tak też może być?

Może tak być. Ta płyta pod względem instrumentalnym w ogóle jest dla nas rewolucyjna. Podstawą jest kontrabas, który do tej pory pojawiał się w ilościach śladowych. Po raz pierwszy pojawił się saksofon barytonowy, który Mateusz kupił dawno temu za śmieszne pieniądze, w jakimś domu kultury. Nagle się okazało, że nadaje on kapeli całkiem inne brzmienie, niż tenorowy - bardziej miękkie, ale znacznie szersze. Perkusja została zminimalizowane zupełnie do tzw. zestawu włoskiego, czyli stopy, break-maszyny i werbla, bez żadnych półkotłów, z jedną tylko blachą. Sam tytuł płyty wskazuje na minimalizację środków po to, żeby skutecznie osiągnąć cel. Natomiast gitara... To niebywałe, bo posiadam bardzo dużą ilość instrumentów, ale przestały dla mnie mieć znaczenie poza znaczeniem historycznym. Udało mi się bowiem nabyć drogą kupna fantastyczny instrument jazzowy, który cieszy mnie tak, jakbym po raz pierwszy w życiu zaczął grać na gitarze. On mi daje inny pomysł na życie i wypełnia bardzo głęboko całe brzmienie kapeli. Na "Płycie", z czego się bardzo cieszę, najbardziej fantastycznie zrealizowana jest faktura rytmiczna - do ujazzowionych, swingujących rytmów, dochodzi delikatna house'owa stopka i całość nabiera takiej transowej historii. To buja! Ale im mniej jest instrumentów, im mniej się człowiek bawi w aranże, tym bardziej koncentruje się na rzeczach czasami ważniejszych dla muzyki.

Dowiedz się więcej na temat: kłopoty | bartek | problem | telewizja | gitara | dziki | koncerty | manifesty | szczęście | rzeczy | muzyka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje