Reklama

"Uchwycić emocje"

No to może właśnie to jest receptą na nagrywanie rockowych płyt - najpierw myśleć o muzyce, a dopiero potem o tym, by cokolwiek dalej z tym zrobić? W ten sposób nie gubi się radość z grania.

Reklama

Taką receptę mogę polecić każdemu. Ja mam już za sobą sporo doświadczeń i utrzymywaliśmy się z grania przez jakiś czas, i to tylko i wyłącznie z grania. Wiemy, czym to pachnie. Wiemy, jak trudny jest to rynek i do jaki głupich czasem rzeczy muzyka jest w stanie popchnąć i do czego może się muzyk posunąć pod wpływem pieniędzy, jeżeli z muzyki żyje. Każdy, kto zarabia jako artysta, wie o czym mówię. My mamy tę swobodę, że zarabiamy w inny sposób i mimo iż jest nam ciężko, nie zarabiamy na tym wielkich pieniędzy, to wchodząc do sali prób, czy na scenę wiemy, że mamy z czego żyć, a to daje nam zupełną swobodę i pozwala być w 100% szczerym.

Kolejną bardzo ważną rzeczą, którą sobie założyliśmy i która się póki co sprawdza, jest to, że staramy się nie obracać na innych, nie słuchać innych ludzi, ich rad. Mamy swoje drobne założenia, np. spotkania co trzy miesiące, na których układamy plan na następne trzy i tego się trzymamy. Nie słuchamy osób "życzliwych", które na każdym kroku chcą na mówić, co jest dobre, a co nie, albo doradzają, że muzycznie powinniśmy pójść w inną stronę. Nie. Robimy to, co czujemy.

Waszą płytę produkował Marcin Boros z zespołu Funny Hippos.

Tak, Marcin jest gitarzystą Funny Hippos. W zasadzie zespół zmienił ostatnio nazwę i nazywa się po prostu Funny. Genialna grupa. Wiem, że szykują się do nagrania płyty. Nie wiem, kiedy do tego dojdzie, ale bardzo gorąco im kibicuję.

Skoro jesteśmy przy produkcji - wasza płyta wydana została przez wytwórnię Grinhead Records/Mokotovo. Co to za firma, bo mam wrażenie, że nie mogą to być ludzie przypadkowi?

Ocean to pierwsza płyta, jaką wydała ta firma. Jest to grupa ludzi od dawna związanych z branżą fonograficzną. Osoby te po kilkanaście lat pracowały w największych polskich firmach fonograficznych. W pewnym momencie stwierdziły, że mogą zrobić to samemu i mogą to zrobić nawet trochę lepiej. Chcą trzymać się nieco bardziej artystycznych założeń. Wiedzą, co jest naprawdę najważniejsze. Grinhead to pierwsza firma, z którą od początku rozmawialiśmy o jakości wydawnictwa. Chodzi o to, żeby osoba kupująca płytę była z tego produktu maksymalnie zadowolona. Chodzi tu zarówno o muzyczną produkcję płyty (to już była nasza działka), ale także o okładkę, teledysk, oprawę multimedialną itd.

Chcieliśmy zmienić stereotyp, że jak płytę wydaje mała, niezależna firma fonograficzna, to wydaje coś, co tak naprawdę jest średnie jakościowo. Niezależne albumy najczęściej słabo brzmią, mają "wytanioną" okładkę, a teledysk je promujący jest beznadziejny, albo w ogóle go nie ma. My doszliśmy do wniosku, że właśnie dlatego, że jesteśmy nieznanym, debiutującym zespołem, a Grinhead Records jest małą firmą, która wydaje pierwszą płytę, to tym bardziej musimy się postarać i pokazać, że to, co robimy, robimy w sposób profesjonalny.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: dzień dobry | Wrocław | utwór | utwory | piosenki | rzeczy | firma | Ocean | emocje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje