Reklama

Reklama

"Piromania"

Płyty z niemieckim heavy metalem, choć w swojej ojczyźnie osiągają godne pozazdroszczenia nakłady, od wielu lat stają się w innych krajach obiektem niewybrednych kpin. Mówi się i pisze, że toporne, że przewidywalne, że wtórne. Nikt jednak nie żartuje z Primal Fear – supergrupy założonej przez Mata Sinnera, utalentowanego basistę i producenta i Ralfa Scheepersa, byłego wokalistę Gamma Ray. Z tym ostatnim rozmawiał Jarosław Szubrycht. A okazja ku temu była nie byle jaka, bowiem ukazała się właśnie nowa płyta Primal Fear, zatytułowana „Nuclear Fire”.

Na początek chciałbym ci powiedzieć, że moim skromnym zdaniem „Nuclear Fire” to najlepsza płyta w dyskografii Primal Fear. Podejrzewam jednak, że słyszysz to na każdym kroku?

Płyta trafi do sklepów dopiero za kilka dni, więc nie wiem jeszcze jak przyjmą ją fani, ale reakcja dziennikarzy, którzy mieli już okazję zapoznać się z tym materiałem jest wprost fantastyczna! W niemieckim „Metal Hammerze” okrzyknięto „Nuclear Fire” albumem miesiąca, podobnie jak w „Rock Hardzie” i wielu innych magazynach... Cieszy nas to ogromnie, tym bardziej, że sami uważamy, że nagraliśmy najlepszą płytę na jaką było nas stać.

Reklama

Czy wasza wytwórnia, Nuclear Blast, zmusiła was do nadania płycie takiego, a nie innego tytułu?

(śmiech) Nie! Nikt nas tutaj do niczego nie zmusza. Współpraca z Nuclear Blast to prawdziwa przyjemność, o czym świadczyć może chociażby fakt, że zdecydowaliśmy się przedłużyć z nimi kontrakt. Kiedy nasza poprzednia umowa wygasła, wiele innych wytwórni zaproponowało nam wydanie „Nuclear Fire”. Odrzuciliśmy jednak ich oferty, bo wiedzieliśmy, że nikt nie potrafi promować metalu lepiej niż Nuclear Blast. Świadczy o tym chociażby dwutygodniowy press-tour, z którego właśnie wróciliśmy, świadczą o tym dziesiątki wywiadów telefonicznych, czy pierwsze tłoczenie „Nuclear Fire” - cztery tysiące płyt z trójwymiarową okładką i teledyskiem w formacie DVD. Jaka inna wytwórnia wyłożyłaby na to pieniądze? Poza tym, wszyscy pracownicy Nuclear Blast słuchają heavy metalu, wychowali się na tej muzyce i doskonale

Ogień na okładce, ogień w tytule płyty i trzech utworów... Czy przypadkiem nie cierpicie na lekką obsesję na tym punkcie?

Nie, to nie piromania... (śmiech) To czysty przypadek! Nasz sposób pracy polega na tym, że każdy osobno pisze utwory i okazało się, że aż trzech z nas zainspirował ogień, że wszyscy komponując mieli w głowie obraz, który znalazł się na okładce płyty. Zapewniam cię jednak, że utwory te opowiadają całkowicie odmienne historie.

Muzyce też nie brakuje ognia...

Nie planowaliśmy tego! Kiedy wróciliśmy z naszej ostatniej europejskiej trasy, energia nas rozpierała i od razu zabraliśmy się za pisanie numerów na nową płytę. Szybko okazało się, że wciąż rozgrzewa nas adrenalina, która towarzyszyła nam na scenie i „Nuclear Fire” będzie najcięższą i najszybszą płytą w historii Primal Fear. Było to również możliwe dzięki temu, że okrzepliśmy jako zespół, że jesteśmy doświadczeni i doskonale zgrani.

O ile mi wiadomo, do kompozycji „Angel In Black” nakręciliście teledysk?

Jesteśmy zespołem metalowym, a podstawą dobrego metalowego teledysku są oczywiście ujęcia zespołu na scenie i fanów szalejących pod nią. Szybki montaż, dużo zbliżeń każdego z członków zespołu, naprawdę fajnie się to ogląda. A rolę tytułowego anioła w czerni odtwarza piękna kobieta i warto zwrócić uwagę na ten klip choćby po to, by zobaczyć jak ona tańczy, jak się porusza...

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony faktem, że w czasie, kiedy wszystkie telewizje świata boją się metalu jak diabeł święconej wody, patronat nad waszym albumem objęła stacja VIVA 2.

Ludzie z VIVY słyszeli naszą płytę, przypadła im do gustu i postanowili pomóc nam w promocji. Nie ma się co jednak oszukiwać, najważniejsze w tym wszystkim były długie rozmowy o interesach prowadzone przez przedstawicieli Nuclear Blast i stacji. W końcu doszło do tego, że VIVA 2 bez problemów pokazuje nasze teledyski, promuje naszą trasę koncertową i reklamuje album. Zdaję sobie sprawę z tego, że mało jest zespołów metalowych, które mają tyle szczęścia, co my, ale może właśnie dzięki nam sytuacja ulegnie zmianie? Może metal wróci do telewizji?

Być może dojdzie do tego w Niemczech, ale szczerze wątpię w nagłe nawrócenie polskich stacji telewizyjnych na ostre granie. Skoro już mówimy o twojej ojczyźnie, to ciekawi mnie, czy zwróciłeś uwagę na pewien fenomen - Niemcy to największy rynek metalowy na świecie, macie najwięcej wytwórni, najwięcej festiwali, sprzedajecie i kupujecie ogromne ilości płyt z tą muzyką, ale zespoły naprawdę dużego formatu ostatnimi czasy u was się nie rodzą.

Niestety, muszę się z tobą zgodzić. Taki stan rzeczy wynika zapewne z faktu, że na rynku wciąż dominują metalowi giganci sprzed lat. Mówię o takich grupach jak Iron Maiden, Judas Priest czy Manowar, które od dwudziestu lat nieprzerwanie dzierżą palmę pierwszeństwa. Myślę jednak, że czują już na plecach oddech wielu nowych, naprawdę dobrych zespołów, z których wiele pochodzi również z Niemiec. Oczywiście niełatwo jest konkurować z tymi największymi. Oni przecież nie stawali się popularni z dnia na dzień. Zdobywanie fanów, podbijanie nowych rynków to ciężka, trwające wiele lat praca. Zdaję sobie sprawę z tego, że przed nami jeszcze długa droga. Niemniej uważam, że pod względem jakości naszej muzyki możemy śmiało stawić im czoła.

Podczas sesji nagraniowej „Nuclear Fire” zarejestrowaliście również kompozycję, która znajdzie się na płycie poświęconej grupie Thin Lizzy. Który z utworów Irlandczyków nagraliście?

Nagraliśmy „Out In The Fields”, numer Thin Lizzy z okresu, kiedy w zespole grał Gary Moore. Nasza wersja jest o tyle wyjątkowa, że razem z Matem [Sinnerem, basistą Primal Fear - red.] śpiewamy go na dwa głosy. Matowi przypadły w udziale niższe partie, a ja ciągnę wysokie. Muszę się pochwalić, że efekt jest całkiem niezły. Przyznam ci się jednak od razu, że chciałbym, by płyta w hołdzie Thin Lizzy była ostatnim tego typu wydawnictwem, w którym bierze udział Primal Fear. Moda na przeróbki cudzych kompozycji osiągnęła niepokojące rozmiary i przestało mnie to już bawić. Tak naprawdę nie ma już zespołów, którym można byłoby nagrać płytę w hołdzie. Ostatnio co prawda nagrywa się nawet albumy w hołdzie zespołom, które wciąż istnieją, ale moim zdaniem to wyjątkowo głupia i niepotrzebna zabawa. Oczywiście, czym innym jest płyta poświęcona Judas Priest, zespołowi na którym się wszyscy wychowaliśmy, a czym innym album ku czci Helloween, który przecież jest stosunkowo młodym i wciąż aktywnym zespołem.

Wspomniałeś o Judas Priest. Ciekaw jestem twojej opinii o nowej płycie Roba Halforda, ich byłego wokalisty. Dla wielu było to metalowe wydarzenie ubiegłego roku?

„Resurrection” to płyta na którą czekaliśmy od lat! Rob znów jest w znakomitej formie i bardzo się cieszę, że dał sobie spokój z tymi bezsensownymi eksperymentami w których pogrążył się na płycie Two...

Wróćmy do Primal Fear. Nowa, świetna płyta trafia do sklepów - i co dalej?

Oczywiście koncerty! W lutym zamierzamy zjeździć całą Europę... niestety, znowu nie dotrzemy do Polski. Nie mam pojęcia, dlaczego tak trudno zorganizować u was choćby pojedynczy koncert. No, ale nie znam się na tym, a agencja, która się tym zajmuje znowu oświadczyła, że do Polski nie jedziemy. Szkoda, bo nigdy jeszcze nie graliśmy dla polskiej publiczności, a z relacji innych zespołów wiemy, że bywa naprawdę gorąca. Latem zamierzamy zaliczyć wszystkie największe festiwale, a pod koniec roku czeka nas trasa po Japonii i Ameryce Południowej. To będzie pracowity rok.

Dziękuję za wywiad.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy