Reklama

Reklama

"Minister Rock'n' Rolla"

Aż trzy lata trzeba było czekać na nową płytę Lenny'ego Kravitza. W 2001 roku ukazał się album "Lenny", który nie przyniósł wielkich przebojów na miarę tych sprzed lat. Potem artysta trochę koncertował, aż słuch o nim na jakiś czas zaginął. Na czołówki gazet Lenny powrócił w 2003 roku, ale nie z powodu przedsięwzięć muzycznych, lecz romansu z gwiazdą kina Nicole Kidman. Na szczęście Lenny nie zapomniał o tym, co robi najlepiej, czyli o muzyce. Po latach znów powrócił do pracy w Nowym Jorku. Tam, w studiu zlokalizowanym w piwnicach hotelu Edison, Kravitz nagrał album "Baptism", który miał swoją premierę 17 maja. Z tej okazji Lenny Kravitz opowiedział w Paryżu Piotrowi Welcowi z radia RMF o nowej płycie, nominacji na ministra rock'n'rolla, zmianach, jakie zaszły w nim samym oraz o filmowych projektach.

Kiedyś powiedziałeś, że nagrywając płytę zawsze towarzyszą ci silne emocje. Kto lub co jest ich źródłem?

Po prostu życie - wsłuchuję się w jego rytm. Płyta nie powstaje w jakiś zaplanowany sposób - to raczej wynik przemyśleń na temat życia, spraw duchowych, miłości. Dużo się dowiaduję o sobie, kiedy nagrywam płytę. Staram się nie zapominać o jego duchowej stronie, o tym, by kochać i akceptować siebie takim, jakim się jest. Ja jestem bardzo krytyczny w stosunku do siebie i bardzo ciężko byłoby mi spojrzeć na siebie w inny sposób. Kiedyś nie akceptowałem siebie.

Reklama

Wiele się zmieniło w twojej pracy od czasu powrotu po latach do Nowego Jorku...

Nagrywając "Baptism" pozbyłem się wszystkiego, byłem sam. Nie było ochroniarzy, kierowców, asystentek, tych wszystkich osób, które kręcą się wokół, kiedy pracujesz. Miałem tylko rower, kilka par spodni, może ze dwie koszule. Zerwałem z takim środowiskiem. Przypomniałem sobie chwile, kiedy nagrywałem pierwszą płytę "Let Love Rule", to jak się wtedy czułem, jak żyłem.

Wtedy, w Los Angeles, nikt jeszcze wtedy nie wiedział, kim jestem. Coś tam o mnie pisano, było głośno o moim ślubie, ale to nie było na taką skalę jak teraz. Prowadziłem życie niczym Cygan. Czy było łatwiej? Nie wiem. Mnie było łatwiej, życie wokół było łatwiejsze. Ostatnio znowu zacząłem tęsknić za anonimowością. Piosenka "I Don?t Wanna Be A Star" jest trochę przewrotna, nie mógłbym powiedzieć, że nie lubię tego zamieszania jakie mam teraz, niemniej czasami chciałbyś także mieć to zwykłe życie.

Mówisz o tym w bardzo zgorzkniały sposób...

Bo życie teraz wygląda inaczej, niż kiedyś mi się wydawało, że będzie wyglądać. Sława... Cały ten zawrót głowy... Nie istnieje nic, co by cię przygotowywało do takich zmian w życiu. Niemniej, jeśli o mnie chodzi, zawsze skupiałem się na muzyce. W niej szukałem oparcia. Wykorzystuję ten dar, dany mi od Boga.

A jednak to ty sam się mianowałeś się na stanowisko Ministra Rock'n' Rolla - czy to jakiś żart?

Na początek nie było to takie zabawne! Brutalna prawda wyglądała tak, że moja firma nagraniowa uważała, że nie powinienem poprzestawać tylko na jednym singlu promującym płytę. Nie chciałem już nagrywać kolejnych, nowych piosenek. Uważałem, że zrobiłem już to, co do mnie należało. Myślałem tak jak zbuntowany bohater rock opery "Tommy": "To wy próbujecie mi powiedzieć, co mam robić ?! To ja jestem The Minister Of Rock?n?roll, pieprzcie się !".

No... ale jestem przecież miłym facetem (śmiech), staram się pracować w porozumieniu z zespołem. Uległem namowom. Potem okazało się, że nagraliśmy naprawdę fajną piosenkę, a ja pomyślałem sobie: skoro istnieje ojciec chrzestny soulu, król rock?nrolla i królowa popu, więc czas teraz na Ministra Rock'n'Rolla. Myślałem o piosence o miłości, zjednoczeniu, Bogu, pokoju. Zebrane razem - daje fajny tytuł.

Również i na tej płycie grasz na prawie wszystkich instrumentach...

...bo potrafię. Kocham to robić i umiem to robić. Kocham grać na instrumentach. Praca w studio to jedyna możliwość, jaką dostaję. Na scenie mogę grać tylko na jednym instrumencie naraz. Gdy wchodzę do studia, cały się cieszę: wreszcie mogę zagrać na bębnach, na basie, na pianinie, na czymkolwiek, co tam akurat stoi. Świetnie się bawię.

Na koncert wybieram jednak gitarę - to lepszy instrument, jeśli chodzi o prezentowanie się publiczności. Gitara lepiej się sprawdza w występach przed publicznością, bo perkusisty nie widać. (śmiech)

Co się kryje za tytułem płyty "Baptism"? Czy słowo to oznacza nowy rozdział w twojej karierze, czy jest to również symbol zmian twoich poglądów religijnych?

To symbol tego, w jakim momencie jestem w życiu

To nowy rozdział w twoim życiu?

Tak, czuję się, jakbym zaczynał na nowo.

Czy zatem była jakaś dramatyczna chwila, poranek, gdy obudziłeś się i powiedziałeś sobie, że odtąd masz nowe życie?

Chodzi mi o to, jak się czułem, kiedy pracowałem nad nową płytą. Byłem pełen inspiracji, jak zawsze, gdy wchodzę do studia i nagrywam płytę, ale tym razem byłem wyjątkowo w dobrej formie, czułem się bardzo świeżo. Czułem się tak, jak wtedy, gdy nagrywałem moją pierwszą płytę- mam na myśli emocje, jakie mi wtedy towarzyszyły. Po paru ostatnich latach pełnych koncertów i tych wszystkich wydarzeń, przez które przeszedłem, a przeszedłem przez wiele - mam na myśli sprawy osobiste - odczuwałem potrzebę, by w końcu uporządkować swoje życie. Taki moment nadchodzi, gdy pewne rzeczy ciągle odkładasz na bok, bo po prostu nie masz czasu by się nimi zająć.

Wszyscy mamy problemy, dorastamy z bagażem z poprzednich związków. Ale pewnego dnia w końcu musisz stawić im czoła. No i taki moment dopadł mnie podczas ostatniej trasy koncertowej - cała masa spraw w moim życiu, które musiałem w końcu rozwiązać. Skończyło się ostrą depresją. Jakoś się z tym uporałem - to, że zająłem się nagrywaniem nowej płyty, pomogło mi rozwiązać pewne sprawy. Pozwoliło mi poczuć, że zaczynam od nowa.

Rozumiem, że to, w czym jesteś zanurzony na okładce płyty to farba, a nie krew - czy to również jakiś symbol?

(śmiech) Taaak, to jest... To znaczy to miała być krew. Ja z gitarą, zanurzony w krwi: moje muzyczne i duchowe odrodzenie. Dla mnie, jeśli mówimy o chrzcie, to traktuje to jako ceremonię, w której oczyszczasz się poprzez krew Chrystusa. Ta krew przedstawia krew Chrystusa.

Podobno miałeś objawienie, gdy byłeś trzynastolatkiem.

Dużo wiesz.

Więc co się wydarzyło?

Byłem chory. Nie chodzi o to, że coś się wydarzyło, bo byłem chory. Przez parę dni leżałem w izolatce z innym chłopakiem. Rozmawialiśmy o Bogu, dwoje niewinnych dzieci, próbujących naprawdę pojąć istotę rzeczy. Po czym coś się stało w pokoju, w którym byliśmy. Bóg tam był. Nie mogę tego wyjaśnić. Było to bardzo przejmujące doświadczenie.

Czy pytanie z twojej piosenki "Are You Gonna Go My Way" (Czy pójdziesz razem ze mną), jest nadal aktualne?

Jak najbardziej! Ta piosenka została napisana tak, jakbym mówił za Chrystusa. O tym tak naprawdę jest ta piosenka. Nabrała podwójnego znaczenia. Ludzie myślą, że mówię do nich, by poszli za mną, a każdy ma przecież wolny wybór. Ja robię swoje.

A więc jesteś na nowej drodze. Czy stawiasz sobie teraz jakieś nowe cele?

Tak. Chcę się rozwijać, rosnąć, robić kolejne rzeczy. Mam zamiar zająć się projektowaniem ubrań i mebli. To moje nowe hobby: firma zajmująca się wyposażeniem wnętrz, projektowaniem i architekturą. Założyłem ją w zeszłym roku z przyjaciółmi. Nie chodzi tu o rozwijanie jakichś interesów, przyklejanie mojego nazwiska, żeby zarobić pieniądze. Meble są właśnie w produkcji, a do sklepów powinny trafić przed 2005. I zapewniam, że nie zamierzam zabić nikogo cenami.

Chcę, by w moim życiu jeszcze więcej się działo, tym bardziej, że kocham to robić. Kiedy mnie nie widzicie, nie oznacza to, że po prostu siedzę sobie w domu. Piszę moją muzykę, projektuję dom, wyrabiam meble, robię zdjęcia, piszę. Jestem również zajęty przygotowaniami do produkcji dwóch filmów.

Jednym z filmów, o których wspomniałeś, jest zapewne zapowiedziany przez prasę "Barbecues And Bar Mitzvahs"?

Tak, to mój film i ja go będę reżyserował.

Czy są w nim jakieś elementy autobiograficzne?

Tak. Choć nie jest to film o mnie, ale oczywiście znalazły się w nim elementy autobiograficzne, jako że wyrastałem w takim środowisku. W planach jest jeszcze drugi film, który będziemy kręcić w sierpniu, a do którego przygotowujemy się już teraz. Nie jest to mój film, niemniej będę w nim grał. Pracują przy nim niesamowici ludzie, a więcej będę wiedział w przyszłym tygodniu.

Czy wiesz, jak wygląda twoja rola?

Cóż, dostałem ją zaledwie dwa tygodnie temu i jeśli nic się nie zmieni, to przez najbliższych kilka tygodni czas, który pozostanie mi po występach, będę spędzał na nauce tekstu. Postać, którą będę grał, to niewidomy mężczyzna. Założę specjalne soczewki kontaktowe, by się "oślepić" - w wolne dni będę funkcjonował jako niewidomy. To będzie interesujące.

Miałem kiedyś niewidomego znajomego, klawiszowca w moim starym zespole, więc wiem mniej więcej co się z tym wiąże. Kiedy grasz niewidomego, musisz spróbować zrozumieć, co on czuje, choć nigdy to ci się nie uda w pełni - zawsze mogę wyjąć szkła i znowu widzieć. Wiele razy się wywrócę, potknę, nim pojmę, o co chodzi. Mam zamiar odwiedzić też instytut niewidomych. Cały projekt zapowiada się naprawdę interesująco.

Czy to był ten jeden jedyny raz, gdy czułeś presję ze strony wytwórni?

Obecnie przemysł płytowy jest naprawdę popieprzony. Nikt nie zarabia, ludzie tracą pracę. Branżę napędza strach, a nie muzyka i artyzm. Towar trzeba sprzedać, towar ma zaskoczyć. I okazuje się, że nie ma czasu na rozwijanie talentu artysty. Jeżeli podpisuje się umowę z wykonawcą i jego pierwsza płyta się nie sprzeda, to żegnaj, koniec.

Kiedyś było inaczej. Gdyby dziś podpisywano umowy na wydawanie płyt, 95 procent ludzi, których dziś uważamy za legendy, to na pewno nie staliby się legendami. Bob Dylan nie podpisałby kontraktu z firmą płytową, Bob Marley pewnie też nie. Dziś żyjemy w bardzo komercyjnym, korporacyjnym świecie.

Wiosną 2003 roku wyraziłeś swój sprzeciw wobec wojny w Iraku, poprzez nagranie antywojennej piosenki "We Want Peace", z muzykami z Iraku, Palestyny i Libanu. Dlaczego zdecydowałeś się zaangażować w działalność polityczną, antywojenną? Jak zareagowali na to twoi rodacy w Stanach?

Dość kiepsko. Nie dlatego, że piosenka nie stała się przebojem - nie o to przecież chodziło. Wydałem ją w Internecie, nie chodziło o pieniądze, o nic z tych rzeczy. Było to jak oświadczenie. Pomyślałem, że to piękna sprawa, że zaśpiewaliśmy w tym gronie, że chcemy pokoju. Nie wiem, jak ludzie w Europie rozumieją takie rzeczy, ale w Ameryce ludzie byli bardzo wzburzeni. Gazety źle o mnie pisały tylko dlatego, że powiedziałem "pokój". W Ameryce jest teraz wojna i jeśli jej nie popierasz, uważa się, że nie jesteś patriotą. Mamy w sobie dużo gniewu. W Ameryce ludzie ciągle popierają tę wojnę.

Czy zamierzasz się w jakiś sposób zaangażować w nadchodzące wybory prezydenckie w Ameryce?

Będę głosował, na pewno. Sądzę, że to oczywiste, na kogo. Cokolwiek innego będzie lepsze.

Masz mnóstwo kolczyków: w uszach, w nosie, w innych miejscach podobno też. Czy to rodzaj fetysza?

Lubię to. Nie przeszkadza mi.

Za to nie lubisz, kiedy dziennikarze pytają się ciebie o sprawy prywatne...

Skoro są to sprawy prywatne... Poza tym, chodzi przecież o życie innych osób. No i wy dziennikarze słyszeliście na ten temat wystarczająco dużo. Skoro ja słyszałem... Jestem pewny, że wy też.

Dziękuję za rozmowę.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: śmiech | symbol | film | piosenka | rzeczy | krew | minister | rock

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje