Reklama

"Melodia i agresja"

Kiedy mowa o tzw. szwedzkim brzmieniu, o szkole death metalu z Goeteborga, jedni spluwają z obrzydzeniem, inni rozpływają się w zachwytach. In Flames to grupa, do której wszystko się zaczęło – melodyjne gitary, ciężkie brzmienie, ostry głos wokalisty, chwytliwe refreny. To właśnie In Flames wymyślili szwedzki death metal na nowo. Na rynku jest już najnowszy, piąty album zespołu, zatytułowany „Clayman”. O okolicznościach jego powstania, tekstach i nadchodzących koncertach z gitarzystą In Flames, Bjornem Gelotte, rozmawia Jarosław Szubrycht.

Wasz nowy album rozpoczyna się od szumu, charakterystycznego dla przechodzonej, winylowej płyty. Tęsknicie za starymi czasami?

Reklama

Ten szum to symbol pewnego klimatu, który chcieliśmy stworzyć na tej płycie, a który należy już raczej do przeszłości. To bardzo specyficzne uczucie mieć wydaną płytę winylową, która jest większa, ma więcej zdjęć. Wielu ludzi twierdzi, że to najlepszy format dla muzyki. Oczywiście, nie zamierzam ukrywać, że ja sam wychowałem się już na płytach kompaktowych i uważam, że brzmienie płyt winylowych jest zbyt płaskie, ale prawdą jest, że mają coś w sobie. Może przez to, że są analogowe są bardziej prawdziwe.

Wydany na winylu, czy nie... powiedz, jaki jest nowy album In Flames?

Myślę, że ma w sobie dużo więcej dynamiki niż poprzedni – „Colony” – a to był jeden z najważniejszych celów, jakie przed sobą postawiliśmy. Myśleliśmy o tym, żeby wszystkie brutalne i ciężkie partie były tym razem naprawdę brutalne, natomiast między nimi wstawiliśmy fragmenty muzyki bardzo łagodnej i spokojnej. Poza tym wykorzystujemy instrumenty w nieco odmienny sposób niż do tej pory, więcej jest czystych, akustycznych partii gitar, ale przeplatamy je z naprawdę agresywnymi. Anders [Friden – wokalista] również wykorzystuje swój głosy w sposób dużo szerszy niż przedtem. Dzisiaj moje ulubione utwory to „Pinball Map”, „Clay Man” oraz „Sattelites And Astronauts”, ale wciąż odkrywam ten album na nowo, więc wszystko może się jeszcze zmienić.

Jeszcze przed wejściem do studia zapowiadaliście, że „Clayman” będzie najcięższym albumem w dyskografii In Flames. Dotrzymaliście obietnicy?

Jak najbardziej. Na tej płycie właściwie nie ma szybkich utworów, bo położyliśmy nacisk właśnie na ciężar. Nastroiliśmy gitary niżej niż do tej pory i uzyskaliśmy bardzo dobre, niesamowicie ciężkie brzmienie. Jest wiele zespołów, które grają muzykę bardzo szybką i melodyjną, więc w pewnym momencie pomyśleliśmy, że nie musimy robić tego samego. Chcieliśmy po prostu, żeby muzyka dobrze płynęła i wpadała w ucho. Cała tajemnica stylu In Flames to chwytliwe melodie nałożone na ciężko brzmiące gitary.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: utwory | teksty | muzyka | śmiech | melodia | agresja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje