Reklama

"Mamy coś do powiedzenia"

Amerykańską grupę Creed tworzą trzej muzycy: wokalista Scott Stapp, gitarzysta Mark Tremonti i perkusista Scott Philips. Ich muzyka to melodyjne, aczkolwiek ostro zagrane utwory. Od początku działalności sprzedali ponad 16 milionów płyt, z czego ponad 10 milionów przypada na wydany w 1999 roku longplay "Human Clay". Pod koniec 2001 roku na rynku ukazał się trzecia płyta w karierze tria - "Weathered". Album od razu zadebiutował na pierwszym miejscu listy "Billboardu" i przebywał tam aż 8 tygodni. W tym wywiadzie muzycy Creed opowiadają, jak doszło do powstania zespołu, skąd wziął się tytuł płyty "Weathered" i dlaczego nie lubią mówić o znaczeniu swoich piosenek.

W jaki sposób doszło do powstania zespołu Creed?

Reklama

Mark Tremonti: Chodziłem do tej samej szkoły ze Scottem w Orlando, na Florydzie. Mieszkając w jednym stanie i ucząc się w jednym collage'u, musieliśmy kiedyś wpaść na siebie. Obaj chcieliśmy grać w jakiejś kapeli. Któregoś dnia usłyszałem, jak śpiewa i pomyślałem - to jest to! Potem skrzyknąłem jeszcze parę osób i tak w skrócie powstał Creed.

Scott Stapp Jak już powiedział Mark, uczęszczaliśmy razem do tego samego liceum, ale nie byliśmy kumplami, nie chodziliśmy nigdzie razem. Ja miałem swoje towarzystwo, on swoje. W wieku 19-20 lat zacząłem umawiać się na randki z pewną hipiską, która zabierała mnie na różne rockowe koncerty. Z nią też zacząłem robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłem. Wychowywałem się po prostu w zupełnie innym środowisku i prowadziłem inne życie. Ona pokazała mi kompletnie inną stronę życia, o której nie wiedziałem. Pozwoliła odnaleźć moje prawdziwe 'ja' - to kim naprawdę jestem, a nie kogo chcieli zrobić ze mnie rodzice. Śpiewałem już od dziecka, ale dopiero wtedy zrozumiałem, że mogę to robić profesjonalnie. Kiedy przeniosłem się do Tallahassee, od razu rozpuściłem wici, że szukam kapeli. Szukam kolesi, z którymi mógłbym pograć. Kolega wspomniał mi wtedy o Marku z liceum. Podczas pierwszej wspólnej próby, nie miałem praktycznie pojęcia o muzyce, wiedziałem tylko, że chcę śpiewać. Nie umiałem też rozróżnić, czy ktoś gra dobrze, czy źle - po prostu albo mi się czyjeś granie podobało, albo nie. Myślę, że Mark również był w takim momencie swojego życia, że czekał, aż spotka kogoś, kto potrafi śpiewać i nie będzie mu za bardzo działał na nerwy. Miał za sobą większe i bardziej bolesne doświadczenia z graniem w kapelach, niż ja. Spotkaliśmy się chyba w idealnym momencie, stojąc na rozdrożu i decydując, czy muzyką aby nie warto się na serio.

Mark: Myślę, że właśnie dlatego tak się stało. Albo będziemy kucharzami do końca swojego życia, albo wdrożymy swoje marzenia w życie - zaczniemy traktować muzykę na serio i założymy zespół.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: utwory | liceum | rzeczy | słuchać | trasy | muzycy | muzyka | piosenki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje