Reklama

Reklama

"Krok do przodu"

Overkill to pewniak. Każda nowa płyta nowojorczyków przynosi solidną porcję thrash metalu najwyższej próby. Nie inaczej sprawy się mają z „Bloodletting”, najnowszym albumem zespołu, którym od niedawna możemy torturować sąsiadów i cieszyć nasze uszy. Jarosław Szubrycht rozmawiał z Bobbym „Blitzem” Ellsworthem, wokalistą grupy.

”Bloodletting” to kolejna zabójcza płyta w dyskografii Overkill. Jak wy to robicie?

Po prostu robimy, co do nas należy! (śmiech) Najpiękniejsze w tym zespole jest to, że koncentrujemy się wyłącznie na muzyce, na doskonaleniu własnego stylu, zamiast ciągłego oglądania się na boki i sprawdzania, co robią inni. Mody przychodzą i odchodzą, a my wciąż chronimy to, co kochamy najbardziej. Myślę, że właśnie ta postawa owocuje takimi płytami jak „Bloodletting” – pełnymi mocy, agresywnymi, posuwającymi Overkill o krok do przodu. Jak zwykle staraliśmy się połączyć nowe elementy z tym, co gramy od lat, a dodatkowym atutem „Bloodletting” jest wspaniała gra Dave’a Linska. Dawno Overkill nie miał takiego gitarzysty...

Reklama

Trudno się z tym nie zgodzić. Nowy album wydaje się w pewnym sensie powrotem Overkill do grania, które uprawialiście w latach 80. Jest mniej mrocznie niż na „Necroshine”, za to bardziej agresywnie.

To prawda. Przez lata wzbogacaliśmy nasz styl o nowe elementy, którymi teraz możemy dowolnie się posługiwać. Nie planowaliśmy odejścia od „Necroshine”, ale raczej nagranie płyty innej od wszystkich poprzednich, która będzie jednocześnie ich uzupełnieniem. Dlatego w takich utworach jak „Thunderhead”, „Left Hand Man” czy „Can’t Kill A Dead Man” powraca klimat „Necroshine”, głównie za sprawą charakterystycznego, hipnotycznego rytmu. Z drugiej strony powróciliśmy do typowego thrashowego grania, co słychać na przykład w „What I’m Missin’” i „Bleed Me”. Tak naprawdę Overkill ma różne oblicza i robiąc nową płytę możemy wykorzystać je wszystkie. Zgadzam się jednak ze stwierdzeniem, że na „Bloodletting” przeważają motywy, które przywodzą na myśl lata 80. Już kiedyś szliśmy tą ścieżką...

Które z nowych utworów włączycie w program koncertów? Nie możecie przecież grać całej płyty, bo ludzie będą domagali się również starych numerów.

Trudno przewidzieć, które z nich wytrzymają próbę czasu i co z „Bloodletting” będziemy grać za pięć lat. Jednak na trasie promującej tę płytę na pewno zagramy „Thunderhead”, „What I’m Missin’”, „Bleed Me” i „Death Comes Out To Play”.

Nie będzie „Can’t Kill A Dead Man”?

Na pewno nie będziemy go grali otwierając koncerty innych zespołów, bo po prostu nie starczy na to czasu. Ale kiedy ruszymy na własną trasę i nie będziemy ograniczeni 45 minutami, najprawdopodobniej włączymy „Can’t Kill A Dead Man” do programu. To pewnie twój faworyt?

Nie da się ukryć... Brzmienie „Bloodletting” jest niemal wzorcowe. Zatrudnienie Colina Richardsona przy miksach było chyba słuszną decyzją.

Colin to pewniak! Jak mało kto zna się na tej muzyce. Wiesz, chociaż sami potrafimy nieźle poruszać się po studiu, korzystamy z pomocy Colina, bo tylko on wie, co należy zrobić, żeby płyta była głośniejsza od jakiejkolwiek innej, nie tracąc nic z przejrzystości, tak byś mógł bez trudu odróżnić każdy dźwięk. To co robi Colin nazywamy ‘brutalnym miksem’. Potrafi sprawić, że każde uderzenie perkusji jest niczym eksplozja, gitary wrzeszczą jak opętane, bas poraża potęgą, a nad tym wszystkim góruje wokal. W teorii wydaje się to bardzo proste, ale nie znam nikogo innego, kto potrafiłby osiągnąć ten efekt. Przyznam ci się, że początkowo próbowaliśmy nawet sami tę płytę zmiksować, ale tylko straciliśmy czas. Przez to musieliśmy odwołać nas występ na festiwalu Wacken Open Air.

Dlaczego więc nie powierzyliście Colinowi całej produkcji?

Dokładnie wiemy czego chcemy, więc bez problemu mogliśmy się tym zająć sami. To zawsze zajmuje trochę czasu, ale nie potrzebujemy nikogo obcego do pomocy.

Trochę, to znaczy ile? Jak długo powstaje płyta Overkill?

DD Verni [basista zespołu] tak naprawdę nigdy nie przestaje komponować. Przez okrągły rok zbiera pomysły, nagrywa je, przerabia... Jakieś cztery lub pięć miesięcy przed wejściem do studia zbiera nas wszystkich w sali prób i zaczyna się aranżowanie pozostałych instrumentów. Kiedy chłopaki upierają się z tym, nagrywają wersje demo i wysyłają je do mnie. Do tak przygotowanego materiału piszę teksty i układam linie wokalne. Potem gramy gotowe numery, cały czas je modyfikując... aż w końcu wchodzimy do studia i nagrywamy płytę. Cały ten proces zajmuje nam rok z okładem. Myślę, że siła Overkill polega na tym, że tak naprawdę nigdy nie przestajemy pracować. Oczywiście bardzo to lubimy i chociaż to czasami ciężka praca, nie wyobrażamy sobie innego życia.

Pozwól, że pogratuluję wam świetnej okładki „Bloodletting”. Bardzo różni się od komiksowego stylu, do którego przyzwyczailiście swoich fanów, a jednak od razu wiadomo, że to płyta Overkill.

Autorem okładki jest Travis Smith, ten sam człowiek, który odpowiedzialny jest również za oprawę graficzną trzech po przednich płyt. Tym razem jednak dokładnie opisaliśmy mu, o co nam chodzi, jakich elementów ma użyć i jaki ma być ostateczny efekt jego pracy. Chcieliśmy by wyglądało to nieco inaczej do tej pory, by okładka była bardziej rzeczywista i jednocześnie bardziej przerażająca. Travis wysłuchał nas uważnie i po paru tygodniach przedstawił wstępny projekt okładki. Szczęki nam opadły z wrażenia i niewiele już poprawialiśmy... Uważam, że okładka „Bloodletting” po prostu doskonale pasuje do muzycznej i tekstowej zawartości albumu. Mamy naprawdę dużo szczęścia, że znaleźliśmy artystę, który naprawdę nas rozumie.

Czy teksty są równie mocne jak okładka?

Na pewno jest w nich sporo mroku. Wiesz, zawsze piszę o sobie, o tym co ukrywa się gdzieś głęboko. Staram się zdzierać wszystkie wierzchnie warstwy i czerpać z samego dna. Niestety, często znajduję tam rzeczy, które bynajmniej mi się nie podobają. Nadają się za to świetnie na tematy tekstów Overkill. (śmiech) Tym razem chyba dotarłem głębiej niż zwykle i wydobyłem na światło dzienne rzeczy, które są zarówno dziwaczne, jak i agresywne. „Bloodletting” to płyta o braku zrozumienia, które wynika z lęku, bólu i śmierci – rzeczy, które prędzej czy później odciskają na każdym z nas ogromne piętno. Jestem bardzo szczęśliwy, że dobraliśmy się z DD Vernim tak doskonale, że potrafimy połączyć moje teksty i jego muzykę w jedną, nierozerwalną całość.

Czy czuliście się oszukani, kiedy wasz poprzedni gitarzysta, Joe Comeau, odszedł do Annihilator?

Ależ skąd! Powiedziałem mu wręcz – „Joe, to dla ciebie wspaniała szansa, powinieneś z niej skorzystać”... Wciąż jesteśmy bardzo dobrymi kumplami, a Joe zagrał z nami ostatnio trasę. Na początku zresztą Joe miał zaśpiewać w Annihilator wyłącznie na płycie, ale okazało się, że chce również grać z nimi koncerty. Wtedy zrozumiałem, że mamy problem, bo Overkill gra więcej koncertów niż Annihilator, a Joe przecież nie może się rozdwoić. Poprosiliśmy go więc o podjęcie decyzji. Długo z nią zwlekał, chciał pogodzić pracę w obu zespołach, ale w końcu zmusiliśmy go do jednoznacznego zdeklarowania się. Wybrał Annihilator, ale potrafiliśmy to zrozumieć i rozstaliśmy się w przyjaźni.

Myślę, że jedynym człowiekiem, który nie płakał po odejściu Joe był Dave. W końcu dzięki temu mól nagrać wszystkie partie gitary na „Bloodletting” i udowodnić jak dobrym jest gitarzystą.

Nikt nie zagrałby tego lepiej! Dave posiada rzadką wśród gitarzystów zdolność grania z równą pasją zarówno partii gitary rytmicznej, jak i solówek. Na „Bloodletting” potrafił wydobyć z gitary naprawdę fantastyczne dźwięki.

Ostatnia europejska trasa Overkill zahaczyła również o Polskę. Mam nadzieję, że podobało wam się na tyle, że szybko tu wrócicie?

Tak, zagraliśmy trzy koncerty, w... Katowicach, Poznaniu i Warszawie. Widzisz, pamiętam! (śmiech) To całkiem inna Polska niż ta, którą widziałem w 1988 roku, kiedy byliśmy u was razem z Helloween. Polska to dzisiaj bardzo fajny kraj, przypominający bardzo Europę Zachodnią sprzed 10 lat. Wiesz, wydaje mi się, że pamiętałem kilka twarzy z naszego pierwszego koncertu w Polsce i że zobaczyłem tych ludzi również tym razem. To naprawdę niesamowite uczucie. Żałuję tylko, że nie mieliśmy czasu by zwiedzić Warszawę lub Poznań, bo mieliśmy na to wielką ochotę.

A jak w ogóle wspominasz całą trasę z Annihilator?

Za***ista! Annihilator to naprawdę wspaniali kolesie z którymi bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język. Zero konfliktów...

Są w dechę, tylko czasami kradną gitarzystów...

O, to nic wielkiego... (śmiech) Chyba wyślę Jeffowi Watersowi list z ostrzeżeniem – „Uważaj, kiedy dymasz własną kuzynkę!” (śmiech) Prawda jest taka, że na trasie zaczęły się problemy Randy’ego z alkoholem i problemy Annihilator z Randym, a to akurat nie miało z nami nic wspólnego.

Kiedy zobaczymy Overkill ponownie w Polsce?

Mam nadzieję, że podepniemy się pod marcową trasę Kinga Diamonda. W tej chwili to jeszcze nic pewnego, ale zrobimy wszystko, by dotrzeć w te miejsca, w których nie mogliśmy być podczas jesiennej trasy z Halfordem.

Dziękuję za wywiad.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: nowa płyta | teksty | okładki | koncerty | okładka | MAN | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy