Reklama

"Indianka z Niemiec"

Czyli twoją solową działalność możemy traktować jako kontynuację tego, co robiłaś w Warlock?

Reklama

Tak, myślę, że różnice są niewielkie. Zresztą wciąż na koncertach wykonuję utwory Warlock. Oczywiście, na każdej płycie wprowadzałam jakieś nowe elementy, chcę żeby ta muzyka wciąż była interesująca, żeby zaskakiwała. Za każdym razem wymyślam siebie na nowo. Nie lubię się nudzić w muzyce i próbuję różnych rzeczy, choć robię to raczej na zasadzie ewolucji, niż radykalnych zmian. Na nowej płycie też znalazło się parę smaczków, na przykład dwa duety z Lemmym z Motorhead.

Oprócz Lemmy’ego na „Calling The Wild” pojawia się wielu innych znakomitych gości, na przykład Slash, Al Pitrelli z Megadeth, Andreas z Siters Of Mercy. Jak udało ci się namówić ich do współpracy?

Współpraca z tym ludźmi była wspaniałym przeżyciem. Kiedy zaczynaliśmy nagrywać „Calling The Wild”, po każdej sesji przychodziłam do domu i puszczałam sobie „No Sleep At All” Motorhead. Przy tej płycie najlepiej się relaksowałam. W jej wkładce jest moje zdjęcie z Lemmym, zrobione chyba na festiwalu Monsters Of Rock w 1987 roku, pomyślałam więc, że to dobry pretekst, żeby się z nim skontaktować. Napisałam więc list, w którym zapytałam, czy byłby zainteresowany jakąkolwiek formą współpracy. Pewnego dnia zadzwonił do mnie i powiedział: „Jasne Doro, przyjeżdżaj do Los Angeles, to zrobimy coś razem”. Spędziłam z nim dwa tygodnie w Los Angeles, nagrywając nową wersję „Love Me Forever”, klasycznego utworu z repertuaru Warlock i jeden nowy, akustyczny utwór, który znajdzie się tylko na limitowanej edycji płyty. Lemmy prywatnie to bardzo miły, cichy i przezabawny facet. Było naprawdę niesamowicie. Nagrywanie z kimś takim to dla mnie wielki zaszczyt, tym bardziej, że w sesji nagraniowej wzięli udział tak wspaniali muzycy jak Eric Singer, który grał na perkusji m.in. z Kiss i Alice Cooperem oraz Bob Kulick, brat Bruce’a.

Na Slasha natknęli się przypadkiem ludzie z mojego zespołu. Poszli na koncert Type O’ Negative i spotkali go gdzieś na zapleczu. Wtedy akurat pracowali nad utworem „Now Or Never (Hope In The Darkest Hour)”, więc zapytali, czy nie miałby ochoty zagrać w nim solówki. Na początku Slash nie wykazywał entuzjazmu, ale kiedy posłuchał piosenki, od razu się zgodził. Pewnego ranka przyszedł do nas do studia, wypalił na śniadanie cały karton papierosów, wypił butelkę „Stolicznej” i zagrał rewelacyjną solówkę.

import rozrywka

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: nazwy | utwór | muzyka | rzeczy | śmiech | Niemiec

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje