Reklama

Reklama

"Chaos pod kontrolą"

Nazwa Overkill znana jest fanom thrash metalu od kilkunastu lat. Z niesfornych, zbuntowanych młodzieniaszków wyrośli na klasyków gatunku. Na początku bieżącego roku ukazał się nowy, niezwykły album zespołu, zatytułowany „Coverkill” i zawierający wyłącznie przeróbki nagrań grup, których muzyka ukształtowała styl twórców „Horrorscope”. W ramach europejskiej trasy promującej to wydawnictwo, Overkill zawitał również do Polski. Przed występem w warszawskim klubie „Proxima”, z wokalistą zespołu Bobbym „Blitzem” Ellsworthem, rozmawiał Jarosław Szubrycht.

Jesteście na scenie od przeszło 20 lat. Skąd bierzecie energię, żeby wciąż dawać czadu?

Myślę, że siłę daje mi po prostu życie. Ten zespół jest dla mnie czymś bardzo specjalnym, najważniejszą rzeczą w moim życiu i to właśnie Overkill jest dla mnie niewyczerpanym źródłem energii. Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie odkryłem będąc w tym zespole, to fakt, że gdy skończy się 25 lat, życie dalej trwa. Kiedy miałem 18 lat myślałem, że trzydziestka to już absolutny koniec. Okazało się, że to nieprawda. Nie czuję się stary, nie czuję się zmęczony. Jest takie powiedzenie w Stanach, że jeśli znajdziesz coś, co kochasz robić, to nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia. Nam się właśnie to przydarzyło, nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że pracujemy. Kochamy to co robimy i będziemy to chronić.

Reklama

Jednak wasze podejście do muzyki musiało przez te wszystkie lata ulegać zmianom?

Na pewno. Na początku to był całkowity chaos. Hałasowaliśmy i to wszystko. Teraz jest to chaos kontrolowany. Jesteśmy świadomi mocy, którą posiadamy. Potrafimy kontrolować proces komponowania muzyki, pisania tekstów. I muszę przyznać, że kontrolowany chaos dużo bardziej nam odpowiada. Dzięki niemu nasze występy są po prostu lepsze.

Byliście świadkami narodzin i upadku metalowej muzyki, która znów wydaje się powracać do łask. Czy te wahania koniunktury miały na was jakiś wpływ?

Nie, nigdy nas to nie interesowało i myślę, że właśnie dzięki temu Overkill przetrwał wszystkie burze nienaruszony. Graliśmy naszą muzykę i wydawaliśmy płyty, kiedy wszyscy inni posprzedawali gitary i zaczęli pracować na stacjach benzynowych, czy w biurach. Byliśmy do tego stopnia skupieni na tym co robimy, na własnych sprawach, że nie zauważyliśmy, co się stało z tak zwaną dużą sceną. Inni dyskutowali ciągle o tym, ile dostaną za koncert tutaj, a ile za trasę tam, za jakie pieniądze opłaca im się nagrywać płytę, a za jakie nawet nie kiwną palcem... Mówiąc szczerze myślę, że lata 80. wyprodukowały zbyt dużo p****lonych gwiazd rocka i bardzo dobrze się stało, że szlag trafił większość z nich. Wiesz, tych wszystkich kolesi, którzy byli przekonani, że wszystko im się należy, podczas gdy powinni być wdzięczni za wszystko, co ich spotkało. Wyobraź sobie, że Overkill co roku grał przynajmniej jedną trasę po Stanach. Nawet wtedy, kiedy rzekomo metal w Ameryce zdechł, graliśmy dalej, bo nie wiedzieliśmy, że zdechł, albo nie zrozumieliśmy tego (śmiech). Po każdej płycie zagraliśmy przynajmniej sto koncertów, mieliśmy gdzieś to, co dzieje się wokół.

Nie tylko nie przestaliście grać, ale też nie daliście się skusić wielkiej karierze i łagodniejszemu brzmieniu – drodze, którą wybrali wasi rówieśnicy z takich grup jak Metallica, czy Megadeth.

Niektórzy ludzie twierdzą, że jesteśmy wierni sobie, inni utrzymują, że nic innego nie potrafimy robić. Myślę, że jedni i drudzy mają trochę racji (śmiech). Kiedy odnajdziesz coś, co naprawdę kochasz, nie czujesz potrzeby zmian, nie chcesz się rozwijać. W porządku, Metallica i Megadeth osiągnęły wielki sukces komercyjny, ale ja również odniosłem ogromny sukces, z tą różnicą, że mierzę go niezapomnianymi chwilami, a nie dolarami lub złotówkami. Kochamy tę muzykę, więc nasze pomysły, standardy i wartości pozostały niezmienione od 1984 roku. Jedyna różnica polega na tym, że dzisiaj jesteśmy starsi i potrafimy kontrolować chaos.

Jaka była największa wpadka Overkill z czasów, kiedy jeszcze nie w pełni potrafiliście zapanować nad chaosem?

Myślę, że poważnym błędem z naszej strony było to, że na początku nie dbaliśmy o własne interesy, sprawy biznesowe zespołu powierzyliśmy innym ludziom. Nie wiedzieliśmy tak naprawdę co jest grane, nie mieliśmy pojęcia ile jesteśmy warci i jak daleko możemy zajść. Dopiero od jakichś siedmiu, może ośmiu lat, wszystkie sprawy Overkill są całkowicie pod naszą kontrolą. Od finansów, poprzez sprawy menedżerskie, promocje - kontrolujemy absolutnie wszystko i bardzo podoba mi się to uczucie.

Dla równowagi, powiedz, jakie było najlepsze posunięcie w całej historii Overkill?

Najlepsze, co robimy to fakt, że od zawsze najważniejszy jest dla nas koncert. Nie żarcie, które czeka na nas w garderobie, nie piwo, nie dziennikarze, którzy przyszli robić wywiady. Koncert jest dla dzieciaków, które zapłaciły za bilet, które od zawsze nas wspierały i wyniosły nas tu, gdzie teraz jesteśmy. Myślę, że zbyt wiele zespołów o tym zapomina i samych siebie stawia na pierwszym miejscu. Dla nas liczy się koncert, a na koncercie występuje zgrany zespół, nie zbieranina ważniaków. Nie Bobby Blitz, nie D.D. Verni, ale pięć części składowych większej całości, jaką jest zespół Overkill.

Jednak Overkill postrzega się jako zespół, w którym rządzisz ty i D.D. Verni - reszta muzyków jest dodatkiem do tego duetu.

Z zewnątrz może tak wyglądać. Ja i D.D. Verni zajmujemy się interesami Overkill, do nas należy nazwa, ale to wszystko. W sprawach muzycznych, podczas komponowania utworów i na scenie, podczas ich wykonywania, jest nas pięciu.

Kto wpadł na pomysł wydania płyty „Coverkill”, zawierającej wyłącznie przeróbki nagrań innych zespołów w waszym wykonaniu?

Overkill powstał w 1981 roku, jako zespół, który grał wyłącznie cudze utwory. Podczas naszej pierwszej wizyty w studiu nagraniowym, zarejestrowaliśmy przeróbkę utworu „Sonic Reducer” zespołu, który się nazywał the Dead Boys i pochodził z Cleveland. Zawsze to robiliśmy, zawsze bardzo bawiło nas granie cudzych numerów, a przy okazji nagrywania każdej płyty, dla rozgrzewki, nagrywaliśmy na początek jakieś covery. Jeden z nich nagraliśmy jako bonus na japońskie wydanie którejś z płyt, inny wyłącznie dla zabawy, jeszcze inny na jakąś składankę i w końcu uzbierało się ich kilkanaście. Nigdy tak naprawdę nie wpadliśmy na pomysł nagrania płyty z przeróbkami, ale od kilkunastu lat po prostu ją nagrywaliśmy. Rok temu jadłem kolację z ludźmi z naszej wytwórni i pochwaliłem się, że mam w garażu, na jakichś starych taśmach, sporą kolekcję tego typu utworów. Pomyśleliśmy więc, że fajnie będzie je zebrać na jednym wydawnictwie. I dostać trochę kasy za coś, co i tak się zrobiło. (śmiech)

Słyszałeś kiedyś innego wykonawcę grającego utwór autorstwa Overkill?

Tak, grupa Dew-Scented z Niemiec nagrała swoją wersję „Fatal If Swallowed”, z deathmetalowym wokalem. Jakie to uczucie? Myślę, że nic nie mogło nam bardziej pochlebić.

Mówi się często, że Europa to raj dla metalu, a Amerykanie nie lubią i nie rozumieją tej muzyki. Co ty na to?

Sprzedajemy więcej płyt w Stanach, niż w Europie - oto moja odpowiedź. Jak już mówiłem, Overkill nigdy się nie poddał, graliśmy nieprzerwanie, nawet wtedy, kiedy wszyscy wokół twierdzili, że ta muzyka już się skończyła. Graliśmy wszędzie, gdzie nas tylko zapraszano, bez wybrzydzania. Ludzie z metalowego podziemia zaczęli przychodzić na nasze koncerty, docenili to, co robimy. Natomiast te amerykańskie kapele, które przyjeżdżają pracować do Europy, bo straciły publiczność w Stanach, same sobie są winne - „Nie zagram w tym klubie, nie zagram w tamtym, jestem na to za dobry...” Nie to nie, Overkill zagra wszędzie! (śmiech)

Powiedz, jakie przesłanie niesie z sobą Overkill. Kiedyś stwierdziłeś, że nie jesteście jednym z tych „negatywnych” zespołów.

Myślę, że eksponujemy negatywne aspekty życia i one nadają naszym utworom siłę. Poprzez muzykę staramy się pozbyć wszystkiego co złe, wyrzucić to z siebie. Z koncertu Overkill nie wychodzisz naładowany negatywnymi emocjami, bo wypociłeś je pod sceną. I w takim rozumieniu jesteśmy rzeczywiście zespołem pozytywnym. Nasz główny cel to wskazanie całego tego syfu, po to, żeby się z nim rozprawić. Nasze główne przesłanie można sprowadzić do stwierdzenia – Możesz robić co chcesz, jeżeli tylko wystarczająco ciężko na to zapracujesz. Możesz być szczęśliwy, bez względu na to, jakie g**no cię otacza.

Kiedy możemy spodziewać się następnej płyty Overkill?

Dziesięć utworów już skomponowaliśmy, może dopiszemy jeszcze kilka. W każdym razie do studia wchodzimy w czerwcu, a płyta będzie na rynku we wrześniu. Nowe kawałki brzmią jak coś pomiędzy Shanią Twain a apokalipsą. (śmiech)

Pamiętasz wasz pierwszy koncert w Polsce, w 1988 roku?

Na Metalmanii? Jasne, że pamiętam. To było nasze pierwsze spotkanie z państwem komunistycznym i od tamtej pory inaczej patrzę na świat. Myślę, że sprawiliśmy wówczas, że na wielu twarzach pojawiły się wielkie uśmiechy i to jest coś, czego nigdy nie zapomnę. Nie zapomnę też publiczności, która robiła coś niesamowitego. Kilkunastu gości stanęło w kręgu i chwyciło się za ramiona. Na nich wspięło się kilku innych i też chwycili się za ramiona, na tych wlazło paru następnych i tak dalej... Powstała wielka piramida ludzi, która kręciła się w koło, to było niewiarygodne, nigdy wcześniej, ani później czegoś takiego nie widziałem. Poza tym kilkanaście dziewcząt rzuciło nam na scenę liściki, które można streścić w jednym zdaniu: „Zabierz mnie do Ameryki, będę dobrą żoną”. (śmiech)

Wizyta w Polsce była naprawdę niesamowitym doświadczeniem. Bardzo cieszą mnie polityczne i społeczne zmiany, które dokonały się w waszym kraju przez ostatnie 10 lat. Zdaję sobie sprawę, że dokonują się one dość powoli, ale są to zmiany pozytywne. Za kilka lat doświadczycie wszystkich plusów tej transformacji, doświadczycie tego, co my mamy od dawna. Oczywiście, jednym się to podoba, innym nie – ale najpiękniejszą rzeczą w demokracji jest to, że wszyscy mogą dokonać wyboru na własny rachunek, nikt nie zrobi tego za ciebie.

Czyli Polska, jako kraj, dzisiaj podoba ci się bardziej, niż 12 lat temu?

Wiesz, jestem 12 lat starszy... to znaczy, że mam już 24 lata... (śmiech) Na pewne rzeczy patrzę dzisiaj inaczej, ale powiem ci, że na to, co zastałem w Polsce, zareagowałem z prawdziwym entuzjazmem. Najważniejsze, że widzę szczęście na ludzkich twarzach i mnie samego napawa to radością. Jestem zachwycony polskimi kobietami, ciągle się na jakąś gapię, ale nie mogę się powstrzymać – są takie świeże, takie delikatne i kobiece... Jedynym problemem jest bariera językowa. Szkoda, że nie mogę w pełni komunikować się z ludźmi w Polsce.

Czy twój pseudonim – Blitz – jest wciąż aktualny? Czy dalej na niego zasługujesz?

Nie, już nie. Blitz w amerykańskim slangu oznacza kolesia, który ostro daje w szyję, dla którego życie to wieczna impreza, stroma droga w dół. Kiedyś piłem zbyt dużo, ale od pięciu lat jestem całkowicie czysty. Nie piję nawet piwa, ani kropli. Nie zażywam żadnych narkotyków, chyba że przepisze mi je lekarz. (śmiech) Wydaje mi się, że pseudonim, który został mi nadany ze względu na moje złe nawyki, jest teraz przypomnieniem drogi, którą przeszedłem i przestrogą przed tym, żebym nie próbował wrócić do punktu wyjścia. Jest też świadectwem zwycięstwa z samym sobą. Nie znam zbyt wielu straceńców, którzy – jak ja – potrafiliby oczyścić się całkowicie w wieku 40 lat i rozpocząć nowe życie.

Jak długo jeszcze będziecie mieli wystarczająco dużo sił na to, by grać koncerty i nagrywać płyty? Jak długo będzie istniał Overkill?

Nigdy nie przypuszczałem, że możliwe będzie to, co dzieje się dzisiaj. Dlatego nie chciałbym wyznaczać jakichkolwiek granic. Będziemy grać, dopóki starczy sił.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: muzyka | koncert | śmiech | chaos

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy