Reklama

Adam Duritz (Counting Crows) przed koncertem w Polsce: Wyprawa na Księżyc [WYWIAD]

Adam Duritz stoi na czele grupy Counting Crows /Lloyd Bishop/NBC/NBCU Photo Bank /Getty Images

- Ekscytuje nas podróż w nieznane, tak jak kiedyś wikingów, czy Krzysztofa Kolumba - opowiada w rozmowie z Interią Adam Duritz, wokalista amerykańskiej grupy Counting Crows. Formacja pamiętana z przebojów "Mr. Jones" czy "Accidentally in Love" ze "Shreka 2" 18 września wystąpi w klubie Stodoła w Warszawie (koncert został przełożony z 13 marca).

U szczytu kariery, w pierwszej połowie lat 90., w rodzimych Stanach Zjednoczonych Counting Crows byli jednym z najbardziej cenionych zespołów, porównywanym do R.E.M. W dorobku mają ponad 20 milionów sprzedanych płyt na całym świecie. W 2009 roku, po prawie dwóch dekadach, zespół opuścił wytwórnię Geffen i zdecydował się na niezależną działalność.

Sprawdź tekst do utworu "Mr. Jones" w serwisie Tekściory.pl

Największym sukcesem była debiutancka płyta "August And Everything After" (1993), która w USA siedmiokrotnie pokryła się platyną (z przebojem "Mr. Jones" - ponad 237 mln odsłon) oraz piosenka "Accidentally In Love" (posłuchaj!) z animowanego filmu "Shrek 2".

Reklama

W 1994 r. zespół otrzymał dwie nominacje do Grammy (za utwór "Round Here" (posłuchaj!) i dla najlepszego debiutanta), a dekadę później - nominację do Oscara za wspomnianą piosenkę "Accidentally In Love".

Formacja zawsze słynęła ze swojej koncertowej formy, kiedy to liderujący Adam Duritz często modyfikował teksty śpiewanych piosenek, a repertuar poszerzał o utwory z dorobku m.in. Joni Mitchell ("Big Yellow Taxi" wykorzystany w filmie "Dwa tygodnie na miłość"), George'a Harrisona, Madonny, The Rolling Stones, Boba Dylana, Bruce'a Springsteena, U2, Simon And Garfunkel, Oasis czy Roda Stewarta.

Grupa do tej pory tylko raz wystąpiła w Polsce - w roli supportu na pożegnalnej trasie The Police na Stadionie Śląskim w Chorzowie w czerwcu 2008 r.

Counting Crows - koncert w Polsce w 2022 r. Ceny biletów

Grupa zakończyła trasę "The Butter Miracle Tour" w Stanach Zjednoczonych. Jesienią 2021 r. zespół ogłosił długo oczekiwany powrót do Europy z "Counting Crows: Butter Miracle Tour 2022". Trasa składająca się z 26 koncertów miała rozpocząć się w Helsinkach w House of Culture 28 lutego, a na 13 marca zaplanowano występ w klubie Stodoła w Warszawie. Ostatecznie polski koncert przełożono na 18 września w tym samym miejscu.

Amerykanie w maju 2021 roku wypuścili składającą się z czterech utworów EP-kę "Butter Miracle, Suite One" ("Tall Grass", "Elevator Boots", "Angel of 14th Street" i "Bobby and the Rat-Kings").

Adam Drygalski, Interia: Powiedziałeś niedawno, że "Butter Miracle Tour" jest jednym z najlepszych w jakich brałeś udział. Co jest w nim takiego wyjątkowego?

Adam Duritz (Counting Crows): - Złożyło się na to kilka kwestii, ale ta najważniejsza jest taka, że po prostu przez dwa lata w ogóle nie koncertowaliśmy, a odkąd pamiętam, zawsze grałem koncerty. W show-biznesie jest tak, że jeśli nie ma cię w mediach, ludzie szybko o tobie zapominają. Jeśli znikasz ze sceny, wszyscy przestają się tobą przejmować. I przed pierwszym koncertem po tak długim czasie zastanawiałem się, czy ludzie w ogóle pojawią się na sali. I kiedy zobaczyłem ten tłum, oniemiałem. To było coś niesamowitego.

Druga sprawa to fakt, że stuknęło nam trzydzieści lat. Myślę, że mało kto przypuszczał, że Counting Crows przetrwa taki szmat czasu. W setliście umieściliśmy więc cały przekrój naszej twórczości, włącznie z utworami, które graliśmy na żywo bardzo rzadko bądź wcale. Ludzie, którzy są z nami od samego początku, którzy są naszymi fanami, ale i bliskimi przyjaciółmi byli bardzo szczęśliwi słuchając właśnie takiego doboru muzyki. Zupełnie inną kwestią jest koncertowanie w czasie pandemii. Jest trudne, stresujące. To naprawdę duże wyzwanie wymagające olbrzymiej ostrożności.

Co było najtrudniejsze w czasach twardego lockdownu?

- Z całą pewnością brak możliwości koncentrowania był dołujący. Ale odchodząc już od kwestii zawodowych. Unikanie kontaktu z rodzicami, którzy są już w podeszłym wieku, było dla mnie trudne, ale oczywiście najbardziej przykre w tym wszystkim jest to, jak ktoś z twoich bliskich odchodzi. Niestety wielu z nas miało wśród znajomych osoby, które pokonał covid. Straszne w tym wszystkim było to, że z tymi ludźmi nie mogliśmy się nawet pożegnać. Że odchodzili w samotności. David Bryson, nasz gitarzysta nie mógł pożegnać się ze swoją mamą. To są bardzo ciężkie wspomnienia.

Chcę jednak powiedzieć, że życie w lockdownie było zapewne dużo łatwiejsze dla mnie niż dla wielu innych osób. Jestem w takiej sytuacji, że mogę przetrwać dwa lata bez pracy. Zdaję sobie sprawę, że zapewne dla bardzo wielu utrata możliwości zarabiania była olbrzymim problemem.

Gdybym musiał przechodzić przez ten czas samotnie, byłoby to dla mnie brutalnie trudne. Zresztą w pandemii nauczyłem się nieźle gotować. Nigdy nie miałem na to czasu, więc gdy nagle zrobiło się go tak wiele, postanowiłem coś z tym zrobić. Tym bardziej, że mam dla kogo gotować.

W takim razie, jakie danie jest twoim popisowym?

- Bardzo lubię gotować meksykańskie potrawy, a moja ulubiona to chili verde. Dużym wyzwaniem jest kuchnia chińska i tajska. Lubię też włoskie dania. Wiele zależy od nastroju i od tego, ile czasu i siły chcę poświęcić na gotowanie.

Niedługo spotkamy się na koncercie w Polsce! Będzie to wasz drugi występ. Powiedz, czy pamiętasz pierwszy - ten na którym supportowaliście The Police?

- Do dziś pamiętam Kraków! Jest po prostu cudowny. To kwintesencja snu o pięknym, starym, europejskim mieście. Zachowało swój klimat z przeszłości. Mieszkaliśmy przy samym Rynku, w samym sercu Krakowa. Była też tam restauracja, która serwowała wyśmienite dania, ale widzisz - znów zbaczamy w kierunku jedzenia. No i przede wszystkim to był świetny koncert, bo występowaliśmy u boku The Police.

Natomiast tak samo jak odwiedzanie znanych miejsc, wspaniałe jest poznawanie nowych. Choć po tylu latach gry w zespole może to wydawać się wam trochę dziwne, bo przecież w tym wieku nie wypada już się pewnie tym ekscytować, ja już nie mogę się doczekać koncertów w miejscach, których jeszcze nie dane nam było odwiedzić. Nigdy nie byłem w Warszawie, ani w Pradze, ani w Helsinkach i bardzo się cieszę na samą myśl, że będę w tych miejscach.

Lubisz koncertować w Europie? Czy są jakieś różnice między starym kontynentem a Ameryką?

- O tak, jest ich sporo. Z naszego punktu widzenia grając w Ameryce gramy lokalne koncerty. Jakkolwiek byś na to nie spojrzał, bo przecież to jest olbrzymi kraj. Ale mimo wszystko jesteś cały czas u siebie. Kiedyś trudno byłoby mi sobie wyobrazić, że nasza muzyka będzie znana, dajmy na to, w Filadelfii czy w Phoenix. Więc wyobraź sobie jak muszę być podekscytowany faktem, że nasze utwory dotarły do Paryża czy do Warszawy. Przecież to cholernie daleko! Pamiętam jak po raz pierwszy przyjechaliśmy do Europy w 1994 roku. Muszę przyznać, że czułem się tak jakbym grał w The Beatles. Byliśmy rozpoznawalni, wystąpiliśmy w "Top of The Pops". Polecieć za Ocean i zagrać koncert to chyba najlepsze, co mogłem sobie wymarzyć. Myślę że ludzie już tak mają od dawien dawna. Ekscytuje nas podróż w nieznane, tak jak kiedyś wikingów, czy Krzysztofa Kolumba. To jest trochę jak wyprawa na Księżyc.

Wasza muzyka była jedną z wizytówek lat dziewięćdziesiątych. Zastanawiam się, czy masz jakieś szczególne wspomnienia związane z tą dekadą, przez którą przewinęło się tyle różnorodnych stylów i wykonawców?

- Nie ma czegoś takiego, jak dobry lub zły czas w muzyce, bo zawsze wiele się wokół nas dzieje. Raz więcej dzieje się w mainstreamie, raz w offie. Jedno jest pewne - dzięki nowym technologiom muzyki wokół nas jest teraz zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek. Natomiast nie dzielę muzyki na lata czy na dekady. To dla mnie długotrwały proces, w którym jedno wynika z drugiego.

"Somewhere in the Wonderland" było wydane ponad siedem lat temu. Pytanie jest więc proste, gdzie byliście przez te wszystkie lata i czemu nie trafiliście ani razu do studia do czasu wydania EP-ki "Butter Miracle"?

- Jesteśmy typowo koncertowym zespołem. Koncertowaliśmy w zasadzie bez większych przerw przez dziesięć lat. Dopiero pandemia to wszystko przerwała. A dlaczego nie nagraliśmy nowej płyty? Kurcze, chyba po prostu nie miałem na to ochoty. Dla mnie muzyka to też przebywanie na scenie z moimi najlepszymi przyjaciółmi. To jest to miejsce gdzie czuję się z nimi najlepiej, choć oczywiście komponowanie ma swój urok. Natomiast nie zawsze cała otoczka jest delikatnie mówiąc fascynująca. Ta wszystkie promocyjne zabiegi, taśmowo przeprowadzane wywiady to nie jest coś, czego szczególnie mi brak. Wystarcza mi po prostu granie muzyki. Nie muszę z nikim się ścigać pod kątem ilości wydanych płyt. I jest jeszcze jedna ważna sprawa, o której nikt nie mówi. Płyty jako takie przeżywają kryzys. Nie zmieniają już świata, jak kiedyś, nie mają już takiego wpływu na ludzi. Mechanizmy promocyjne, które działały jeszcze kilkanaście lat temu, teraz są już bezużyteczne.

Longplaye trzeba wymyślić na nowo? W społeczeństwie, które przyswaja formaty tiktokowe nie ma już czasu na dłuższe formy?

- Coś w tym zapewne jest. Zdecydowanie łatwiej jest teraz wydawać single, tyle że my nie jesteśmy takim zespołem. My zawsze tworzyliśmy albumy i patrzyliśmy na płyty, jak na całość. Czy teraz jest sens wydawać album, na który jutro nikt nie zwróci uwagi, bo po prostu życie nabrało takiego tempa? Skupiamy uwagę przez chwilę i bardzo szybko zapominamy. Wiele miesięcy pracy nad płytą w studio jest tylko małą chwilą i tu jest na pewno najtrudniejszy problem w promowaniu nowej muzyki. Nie ma co się na to obrażać, trzeba nauczyć się z tym żyć i robić to, w czym jest się dobrym.

Czy w związku z tym pojawi się w najbliższym czasie następca "Butter Miracle"?

- Tak, na początku roku zaplanowaliśmy wejście do studia i rozpoczęcie pracy nad płytą długogrającą, ale nie mogę obiecać, że do Europy przyjedziemy już z nowym materiałem. Mogę za to obiecać, że z wielką radością wystąpimy przed polską publicznością.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL