Reklama

Zające też walczą

Wystrzelił znienacka, niemal wprost spod moich stóp. Ciemny kawałek futra śmignął zaśnieżonym polem, zanim moje jamniki zdążyły cokolwiek zajarzyć. Długimi susami przecwałował kilkadziesiąt metrów i wtedy zza pobliskiej stodoły wybiegł drugi. Dogonił pierwszego, zawahał się i skoczył mu na kark. Śnieg się zakotłował, bójka trwała krótko, po czym obydwa zające odskoczyły od siebie i popędziły w przeciwnych kierunkach. Wkrótce znikły mi z oczu.

* * *

Reklama

Jacek Kurski prezentuje agresję w czystej, krystalicznej postaci. Istnieją tacy ludzie; należą do kolorytu gatunku. Gdyby ich znakował specjalny jubiler - byliby najwyższej próby.

* * *

Oglądam program "Co z tą Polską?". Kurski nie rozmawia, nie spiera się, nie polemizuje - on równo niszczy wszystkich i wszystko, co mu staje na drodze. Gdyby mu ktoś zadał pytanie: "Która godzina?", odpowiedziałby: "Niech pan spyta swoich przyjaciół, Berii i Stalina" lub w wersji soft: "A co, nie udało się ukraść zegarka?!". Jest jak meteoryt tunguski, który powalił kilkadziesiąt kilometrów tajgi, nie oszczędzając ani jednego drzewa, póki nie zarył w leju, jaki sam stworzył swoim upadkiem.
Zerkam i widzę, jak prominentny dziennikarz chce mu zadać pytanie, ale nie jest w stanie - Kurski funkcjonuje w amoku, nie słyszy nic, non stop mówi swoje i jest zahipnotyzowany.

* * *

"Nie będzie w tym roku rozdania Fryderyków..." - mówi głos w telefonie i po sekundzie wahania dodaje: "...najprawdopodobniej". W tle śpiewa mi unikalny zespół południowoafrykański Ladysmith Black Mambazo. Cudo, cudo, cudo. Nie przyciszam. "Zaskoczony?" - pyta głos. "No co ty" - odpowiadam.

* * *

Nie wiedziałem, że zające walczą ze sobą. Naprawdę. Do dziś uważałem, że to jest niemożliwe.
Wiele lat temu, jako dziecko, spędzałem wakacje na wsi, a wtedy wieś to była wieś. Drewniane stodoły, krowy ogryzające żywopłoty, cieśla strugający specjalnym nożem drewniane koła do furmanek, które miały "kwaśny" zapach. Biegałem na bosaka po ubitych drogach i zbierałem do zielnika roślinki, którym wymyślałem im nazwy.
Czasami chodziliśmy z wiejskimi chłopakami do lasu, który nazywaliśmy Borek. Tam budowaliśmy z gałęzi indiańskie szałasy i tropiliśmy niewidzialne ślady, a w lepsze dni bawiliśmy się w poszukiwania skarbów i podchody. Czasami towarzyszył nam pies wilczur. Pewnego razu szliśmy gromadą i nagle mój kuzyn poszczuł tym wilczurem zająca, którego dostrzegł w polu. Pies błyskawicznie dopadł szaraka, schwycił go zębami za kark i uderzył nim o ściernisko.
Zobaczyliśmy to i popędziliśmy na miejsce. Zziajany pies stał w rozkroku nad zającem, który leżał na boku i oddychał szybko. Nie poruszał kończynami, pewne miał złamany kark. I wtedy to zobaczyłem: jego wielkie przerażone oczy. Oczy zwierzęcia, które nic już nie może zrobić. Ogromne, piwne, zrozpaczone. Do dziś je widzę. Do dziś się czuję winny, choć wiem, że to bez sensu. I do dziś coś mi dławi gardło, gdy sobie to zdarzenie przypominam.

Więc o co mogą się bić zające?

* * *

Uwielbiam artystów niepowtarzalnych. To oni pchają świat do przodu.
Sarah McLachlan stoi na scenie w otoczeniu afrykańskiego chóru. Jest fenomenalną artystką, pianistką, gitarzystką, wokalistką, kompozytorką i poetką, a jednak zerka nieśmiało na przywódcę muzycznego plemienia. Bo to jest ich utwór, przez nich wymyślone brzmienie, ich sposób śpiewania na głosy i ich niepowtarzalny rytm. Prezentują światu utwór "Homeless", wykonując przy tym dziwne, pozornie niezborne ruchy.
Ludzie Zulu.

W zeszłym roku tańczyli w pociągu tak rytmicznie, że wagony wyskoczyły z szyn. Nie wolno im tańczyć na moście, bo się na pewno zawali. A kiedy w liczbie kilku tysięcy manifestują przeciwko rządowi na ulicach Kapsztadu - ich równe, rytmiczne kroki wywołują na asfalcie przerażające dudnienie. To ostatnie zjawisko jest niewykonalne przez białą rasę, bo każdy z nas ma nieco inne wyczucie rytmu - a oni mają jedno, wspólne. Niby machną w tłumie ręką albo nogą byle jak, ale kiedy te setki rąk i nóg uderzą w cokolwiek - będzie to jeden strzał z karabinu.
Ich przedstawiciele tworzą chór Ladysmith Black Mambazo.

* * *

Seppuku "Fryderyków" nie zaskakuje mnie nic a nic. To nigdy nie była nagroda wiele warta. Smutne, ale prawdziwe. Ludzie, którzy ją stworzyli i potem nią sterowali, to byli źli ludzie. Niekompetentni, nietaktowni, pozbawieni wyobraźni. Do dziś pewnie nie kumają, co i kiedy schrzanili. W ich rękach nagroda "Oscara" poszłaby na dno w tydzień.
Inna rzecz, że wcześniej by ich pogoniono.

* * *

Historia muzyki potrafi być urzekająca.
Zulusom, gdzieś pod koniec w XIX wieku, gdy byli niewolnikami w kopalniach węgla i złota, w soboty wolno było bawić się do rana, a w niedziele, jedyne wolne dni od pracy, odpoczywali. W owe szalone soboty tańczyli, rozbijając rytmicznymi uderzeniami stóp podłogi w hostelach. Z czasem właściciele budynków przestali naprawiać deski, a potem postanowili ich nie wpuszczać do tanecznych sal. Modyfikowali więc swoją muzyka i zachowanie, aż w końcu wymyślili inny, mniej agresywny i cichy rodzaj muzyki, który nazwali isicathamiya. Czyli "chodzenie na czubkach palców".
Słucham i patrzę, jak Sarah McLachlan stara się im nie przeszkodzić, jako jedyna biała. Patrzy na ich kocie ruchy, wyczytuje sygnały z ich rąk. Uwielbiam takie zdarzenia.

* * *

Headman Shabalala, jeden z założycieli chóru, został zastrzelony przez ochroniarza w RPA w 1991 roku. Podobno "szedł za szybko", a zabójca dostał 3 lata.

* * *

Kilka lat temu pojechałem z Gusią do Sopotu. Poszliśmy do jakiejś smażalni ryb, gdzie na frytki kazano nam czekać pół godziny. Było nam wszystko jedno, więc usiedliśmy. Oprócz nas czekało kilkanaście osób. Po kwadransie do jakiegoś stolika podeszła kelnerka i postawiła tackę z rybą, frytkami i widelcami. Facet, który zamówił posiłek, eksplodował z jakiegoś powodu. Najpierw wybuchnął histerycznym śmiechem, potem zerwał się i wykonał podskok, po którym wydał okrzyk "Czerwoni, kurwa, koniec z wami!". Na koniec rzucił frytkami w powietrze i wyszedł.
Był to Jacek Kurski.

* * *

"Podaj mi tytuł jakiejś piosenki ze słowem hate w środku"- proszę smsem specjalistkę w kwestii muzyki black metalowej, Goddess Of Fire. Znam ją z czata. Dostaję odpowiedź: "Learn To Hate - Silverchair. Postgrungowe, tekst bez przekleństw, wnosi coś w życie". Nie mam płyty Silverchair w domu, jestem chory, nie mogę pojechać, by ją kupić. "A jakiś kawałek ze słowem love w tytule?" - pytam. Odpowiedź brzmi "Miss You Love, też Silverchair, hehe".

* * *

Nigdy się nie dowiem, o co pobiły się dwa zające niedaleko mojego domu. Wolałbym, żeby miały jakiś powód, bo wtedy można by im było z nimi porozmawiać, coś wytłumaczyć, a przynajmniej je zrozumieć. Jeśli jednak była to czysta, krystaliczna agresja - rozmowa nie będzie miała sensu. Niestety.

Zbigniew Hołdys

PS. Ladysmith Black Mambazo z Sarą McLachlan jest do obejrzenia na oficjalnej stronie zespołu pod adresem www.mambazo.com.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: zajęcie | zając | zajecia | Jacek Kurski | PSY (Park Jae-Sang) | kark | Kurski | Zbigniew Hołdys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje