Reklama

Reklama

Wolność moja jedyna

Zawsze uważałem, że wolność nie może mieć jakichkolwiek ograniczeń - inaczej przestaje być wolnością. Zastanawiałem się jedynie, jak będzie wyglądał świat, kiedy wolność taka wreszcie zafunkcjonuje w pełni. Pamiętam bowiem, że w 1976 roku w Chicago, pewien pijany Polak powiedział do mnie: "Ja tu mogę kopnąć w dupę każdego, bo tu jest wolny kraj".

* * *

Nie dodał jedynie, że ów każdy może go za to w tym kraju zastrzelić.

* * *

Na stronie słownika Kopalińskiego wpisuję w wyszukiwarce wyraz "wolność". Po chwili zgłasza się wiele skojarzonych z wolnością haseł i ich definicje. Jedna z nich przykuwa moją uwagę: "mahatma w Indiach - tytuł osoby godnej czci z racji jej wzniosłych zasad, mądrości i bezinteresowności. Przydomek Gandhiego, przywódcy hinduskiego ruchu wolnościowego".

* * *

Pierwszy raz zobaczyłem to ogólnodostępnym w sklepie z gazetami przy Bulwarze Zachodzącego Słońca w Los Angeles. Był to sklep ogromny, z tysiącami tytułów prasowych. Cały dział pism pornograficznych znajdował się tuż obok gazet muzycznych i filmowych. Pornosy wyróżniały się jednym: wszystkie co do jednego były szczelnie zafoliowane, a fotografie i erotyczne tytuły zakryte były czarnymi plastrami. Nie kupując pisma nie można było zajrzeć do środka. Przez folię treści nie dawało się dostrzec.

Reklama

W pierwszej chwili pomyślałem, że jest to zabezpieczenie przed narwańcami. Widziałem kiedyś w Berlinie gościa, który masturbował się w kiosku z taką gazeta w ręku. Sprzedawca w Los Angeles wyprowadził mnie jednak z błędu. "Kids" - powiedział krótko. Dzieciaki. Chodziło o to, by takie gazety nie trafiły w ręce dzieci. Osób, dla których tego typu treści mogłyby być szkodliwe.

Myślę o tym od kilku dni.

* * *

Kończę właśnie pisać sztukę teatralną, o która poprosił mnie Tytus. Jest o nietolerancji wobec gejów, jaką zauważył w swojej szkole. Postanowiłem, że ilustracją jednoaktówki będą trzy utwory: "Sorry Seems To Be A Hardest Word" Eltona Johna, "Sunny Afternoon" zespołu The Kinks oraz "We Are The Champions" Queen.

Zgadnijcie dlaczego.

* * *

"Sorry Seems To Be A Hardest Word" usłyszałem po raz pierwszy równo trzydzieści lat temu. Grasowała na szczytach wszystkich amerykańskich list przebojów, co dziś byłoby niemożliwe, bo jest to utwór bez perkusji. Odtwarzam go sobie teraz. Jest po prostu cudny.
Jeszcze słówko na jego temat: grałem i śpiewałem go w polonijnych knajpach z nieskrywaną przyjemnością i nawet miałem niezłe powodzenie u lasek z tego tytułu. To by było na tyle.

Nieco później Elton John przyznał w wywiadzie dla pisma "Rolling Stone", że "ma kłopoty ze zdefiniowaniem swojej seksualności". Było to pierwsze w świecie publiczne wyznanie jakiejkolwiek wielkiej gwiazdy na temat jej homoseksualizmu. Tydzień potem sprzedaż płyt Eltona stanęła i jego amerykańska kariera zawaliła się na dobrych kilka lat. Nigdy tego nie zaakceptował. "Myślałem, że w USA istnieje tolerancja, której nie spotkałem w Europie - i myliłem się" - powie wiele lat później w wywiadzie dla telewizji Sky.

Ciekawe, czy kiedy jechał do USA po raz pierwszy wiedział, że na terenie całych Stanów Zjednoczonych i na wszystkich plażach tego kraju obowiązuje zakaz pokazywania się topless? Że coś, co jest dopuszczalne np. w takiej Polsce - tam będzie uznane za wyraźne naruszenie obyczajowości i zostanie ukarane więzieniem?

* * *

"Polacy mają skłonność do pojmowania wolności w dziwny sposób. Z jednej strony wstydzą się jeść w dobrej restauracji kurczaka rękami, bo uważają, że nie wypada, a z drugiej twierdzą niekiedy, że jak jest wolność, to można nasrać na stół" . Te słowa powiedział Bob Lewandowski, właściciel pierwszej polonijnej rozgłośni radiowej wiele lat temu.

* * *

Na portalu Słownika Języka Polskiego PWN, po wpisaniu hasła "wolność", zamiast jednej prostej definicji pojawia się lista słów skojarzonych. Są to kolejno: areszt, więzienie, oswobodzić, stan, zbrodnia, anarchista, aresztować, bić. Tak, jakby trudno było zdefiniować "wolność" samą przez się - i prościej było określić ją sytuacjami, kiedy jest odbierana.

* * *

Zespół The Kinks jest zjawiskowy. Podobno ma się teraz reaktywować, ale dla mnie - póki istnieją ich stare nagrania - nie przestał istnieć nigdy. Po pierwsze, bili się między sobą na scenie, a to - musicie mi uwierzyć - nie zdarza się często. Po drugie są autorami jednego z pierwszych i kto wie czy najważniejszego riffu w historii muzyki rockowej: "You Really Got Me" . (Słowo do fachowców: nikt nigdy wcześniej nie grał gitarowych kwint, którymi dziś szasta każdy, nawet Linkin' Park). Po trzecie wreszcie - mieli kapitalne poczucie humoru, a ich kawałki "Lola", "Dedicated Follower Of Fashion" czy "Waterloo Sunset" są olśniewające pod tym względem.

Jednak najwspanialszy jest "Sunny Afternoon". Swingujący song o komorniku, który oskubuje bohatera niemal ze wszystkiego, zachowując się przy tym jak "stara tłusta maciora, która stara się go złamać". W drugiej zwrotce - jakby tego było mało - dziabie bohatera narzeczona, która znika wraz z jego samochodem i przy okazji rozpowiada wszędzie (niesłusznie), że "pił i był okrutny". Tymczasem - wyjaśnia bohater - nie chodziło o nic wielkiego, tylko "o piwo i możliwość poleżenia w słoneczne popołudnia". Utwór jest unikalną kompozycją, niezwykle oryginalną gitarowo, którą usiłuje sobie od wielu lat wstrzyknąć w żyły kopiujący wszystkich zespół Oasis - na szczęście bez rezultatu.

Pochwaliłem Kinksów chyba najlepiej, jak umiałem.

No to do dzieła: wokalista zespołu, Dave Davies, jest biseksualistą.

Teraz spróbujcie się z tym oswoić.

* * *

Pewnego dnia skonstatowałem, że ja, człowiek ulicy, który na co dzień klnie straszliwie i podobno widowiskowo, nigdy nie zakląłem w obecności zakonnicy, księdza, małego dziecka czy przed kamerami telewizji. Nie dlatego, żebym się czegoś bał - w końcu kląłem w Ministerstwie Kultury w obecności ministra. Po prostu mam zakodowane, że w takiej sytuacji moja wolność może odebrać wolność komuś innemu - a wtedy nie będzie już wolności w ogóle. A wolność wyboru w kwestii "chcę słuchać bluzgania czy nie chcę słuchać bluzgania", jest dla wolności zakonnicy pryncypialna.
Szybkie skojarzenie: nawet najwięksi gitowcy, jakich znałem, nie klęli nigdy w kościele. Nie dlatego, żeby nie potrafili. Po prostu byłoby to "strzelenie pufa" (od francuskiego fau pax).

* * *

Dużo mam dziś skojarzeń. Buhaj, jeden z poważniejszych żuli z ulicy Nowolipki w Warszawie, gdzie przez jakiś czas spędzałem nastolactwo, jak chciał na coś przysiąc, to mówił: "wolność moja jedyna", co znaczyło po polsku: "jeśli mówię nieprawdę, to niech stracę wolność".

* * *

O tym, że Mahomet jest postacią świętą dla ludzi islamu i że nie ma jego portretów, wiem mniej więcej od 1983 roku. Wtedy, w obliczu jakiegoś bezsensu życia, jaki mnie ogarnął po sukcesie i rozwiązaniu Perfectu, postanowiłem się bliżej przyjrzeć wszystkim religiom. Możliwe, że instynkt pchał mnie w tym kierunku po to, bym się nie zapił na śmierć.
Podręczników i encyklopedii, w ogóle jakichkolwiek rzetelnych opracowań religijnych w Polsce wówczas nie było, albo było malutko. Prędzej znaleźć można było to i owo w kserowanych broszurach, choć kserowanie w czasach Jaruzelskiego i wcześniejszych było zakazane.

(To może być ciekawe: trzeba było wypełnić druczek, w nim określić, co się kseruje i dać się spisać z dowodu osobistego. Potem pracownik punktu xero musiał sprawdzić i zatwierdzić, że się drukuje to, co się w druczku zgłosiło. Jak miał wątpliwości - odmawiał (i kto wie, czy nie kablował dalej), jak wątpliwości były niewielkie - jedną kopię kserował dla siebie, na potrzeby kontroli. Kiedy się coś w kserowaniu nie udało, np. maszyna się zepsuła - musiał składować wszystkie uszkodzone i nie wydane kartki na dowód, że nie zużył ich na druk czegoś nielegalnego. Posiadanie własnego prywatnego xero było zakazane, fax i skaner jeszcze nie istniały - to tak dla przypomnienia).
Tak wyglądała wówczas wolność na tym odcinku.

Mimo tych trudności zebrałem całkiem poważną bibliotekę i zacząłem studiować. Zajęło mi to kilka lat. Zacząłem od buddyzmu, następnie połknąłem Biblię, jako trzeci przeczytałem Koran. Równocześnie zacząłem rozmawiać z wyznawcami tych religii.

* * *

Właśnie zadzwonił do mnie zaprzyjaźniony ksiądz. Zapytał, co robię. Powiedziałem, że piszę tekst o religiach. "Ups, sorki Zbigniew, zadzwonię kiedy indziej takim razie". Takich znam księży.

* * *

Nie szukałem religii do wyznawania. Szukałem raczej jakiejś bliżej nieokreślonej prawdy. Statystyki mówiły o proporcjach, które zaskakiwały, zaskakują pewnie także i dziś:
1. dziś katolików jest na świecie miliard
2. dziś muzułmanów jest na świecie miliard i dwieście milionów.
A więc muzułmanów jest więcej, niż katolików.
Boli?

(Jeśli boli bardzo, to wyrównuję straty: poza katolikami jest jeszcze na świecie 450 mln protestantów, którzy nie uznają Watykanu, a ich kapłan - pastor - ma żonę i dzieci; jest około 150 mln wyznawców prawosławia, które jest w bardzo poważnym sporze z Watykanem i obchodzi wszelkie święta w inne dni, według innego kalendarza; 60 mln anglikanów, gdzie zamiast papieża głową kościoła jest królowa brytyjska; 30 mln członków starożytnych Kościołów wschodnich - wszystko to razem wzięte daje łącznie barwny miliard i osiemset milionów chrześcijan na kuli ziemskiej).

Wracam do najliczniejszych wyznań.
Czy miliard ludzi może być w błędzie?
Albo czy może być w błędzie miliard dwieście milionów?
Jak to możliwe, że oba miliardy są jednakowo zdeterminowane w swej wierze, skoro jeden - przynajmniej jeden z nich i przynajmniej w zasadniczej części - musi być w błędzie?

To mną powodowało najbardziej.

* * *

Za każdym razem, gdy zgłębiałem jakąś religię, starałem się rozmawiać z jej wyznawcami. Było to fascynujące zajęcie. Odkrywałem tajemnice, których wcześniej nie znałem. Dowiadywałem się o obyczajach i zachowaniach, których nawet nie przewidywałem, a przecież wyobraźnię mam nienajgorszą. Szybko też zaczęły znikać wszelkie moje uprzedzenia i równie szybko dowiadywałem się, jak mogą wyglądać szykany z pobudek religijnych.

Zacząłem rozumieć mojego przyjaciela z czasów licealnych Kubę Wajnberga, na którego budynku przy ulicy Orlej ktoś napisał pędzlem: "Żydzi won do Syjamu", co zresztą wkrótce się spełniło o tyle, że Kuba został zmuszony do opuszczenia Polski w 1968 roku. Otóż jego rodzice rozmawiali przy mnie po hebrajsku, a on przekonywał mnie wtedy speszony: "Wiesz, starzy, jak nie chcą, żebym wiedział o czym gadają, to zaczynają mówić po niemiecku". Zrozumiałem też co znaczy i jak skomplikowana jest "koszerność". Skąd wzięła się jarmułka i skąd się wzięły pejsy. Jako dojrzały człowiek zacząłem szanować Żydów, bo powolutku zaczynałem ich rozumieć.

Kiedy dziś widzę na murze napis "Jude raus" albo "Żydzi do gazu", to widzę napis "Hołdys do gazu", "dzieci do gazu", "kobiety do gazu", "wszyscy ludzie do gazu". W takiej chwili zaczynam nabierać przekonania, że jednak Boga nie ma i jesteśmy tylko banalnymi zwierzętami.

* * *

Zrozumiałem pewnego krysznowca, którego imienia nie pamiętam, a który mi opowiadał, jak banda gitowców chciała go zgwałcić w usta w bramie na Woli za noszenie "damskich przecwelonych ciuchów" - jak nazwali jego szafranową szatę. Na szczęście, kiedy już klęczał, pocięli mu jedynie twarz żyletkami i coś ich spłoszyło.

* * *

O ludziach islamu wiedziałem nie tylko to, że modlą się żarliwie pięć razy dziennie, zawsze zwróceni twarzą w stronę Mekki - bo to po prostu widziałem na własne oczy, kiedy jeden z moich arabskich rozmówców w hotelu "Forum" nagle mnie przeprosił, wyjął charakterystyczny różaniec i oddał się takiej modlitwie przy stoliku, podczas gdy ja piłem wiśniówkę z filiżanki do kawy. I zapamiętałem na zawsze, jak przechodzący obok pijany cinkciarz odezwał się do niego słowami: "spowiadaj się, spowiadaj, pierdolony brudasie".

Wiedziałem też, że pokazanie komuś języka albo podeszwy buta jest w arabskiej obyczajowości obelgą straszliwą. Dlatego gdy po latach ujrzałem, jak Irakijczycy okładają sandałami twarz Saddama z obalonego pomnika, wiedziałem od razu, co to znaczy.

Wiedziałem wreszcie od 23 lat coś, czego zdaje się nie wiedział redaktor Gauden z "Rzeczypospolitej", mianowicie że... Może zacytuję za "Leksykonem teologicznym" katolickiego wydawnictwa WAM, który dostępny jest (mam nadzieję, że legalnie, bo na stronach UMCS) w internecie: "Wyznawcy islamu mają absolutny zakaz przedstawiania Boga w obrazach. Ogólnie rzecz biorąc, sztuka islamska unika nawet malowania ludzi, ponieważ zostali oni ukształtowani na obraz Boży".

Tak więc w meczetach nie ma obrazów świętych, nie ma rzeźb na podobieństwo chrześcijańskich figur ukrzyżowanego Chrystusa czy malowideł przedstawiającą Matkę Boską. Nie ma nawet fresków przedstawiających jakiekolwiek postaci. Wyznawcy islamu są tak pokorni wobec swojego Boga, że nie ośmieliliby się gromadzić czy tworzyć współczesnych relikwii na jego cześć - modlą się wyłącznie do wizji Allacha, którą noszą w sercu.

Na tym tle ktoś namalował karykatury Mahometa i udostępnił je wszystkim (także zaskoczonym muzułmanom) na łamach różnych gazet.
Nie mam pytań.

* * *

Publikacja karykatur Mahometa w "Rzeczypospolitej" ani mnie nie zaskoczyła, ani mnie nie oburzyła. Nic a nic. Ludzki umysł nie ma limitu i na taki rodzaj twórczości stać go na pewno. Na opublikowanie jej w dowolnej formie i miejscu - także.
Nie zaskoczyła mnie także reakcja na publikacje wyznawców islamu. Wszak różnie się może dziać, jak się komuś opluwa jego wolność (w tym wypadku wyznania) - nie można potem zabronić człowiekowi zaatakowania naszej wolności w odwecie. Śmieszne wydaje mi się mówienie islamistom: "Ej, stary, my ci ośmieszymy Boga, ale pamiętaj, my ci też wyznaczymy granice protestu". Jak się drażni lwa, to nie może mieć pretensji, że lew tnie kłami.

Zaskoczyło mnie natomiast to, co powiedział redaktor Gauden na swoje usprawiedliwienie. Wyznał, że "opublikował karykatury dlatego, gdyż chciał zaprotestować przeciw szantażowi wobec wolności słowa, jakim stały się akty agresji ze strony świata muzułmańskiego". Miał na myśli palenie konsulatów, redakcji, grożenie śmiercią wydawcom gazet itp. "Musimy bronić wolności słowa za wszelką cenę" - konkludował pan Gauden.
Dziwne.

Nie mogę znaleźć nigdzie sprzeciwu "Rzeczypospolitej" przeciwko skazaniu Doroty Nieznalskiej za stworzenie instalacji o tytule "Pasja". Nie stanęła "Rzeczpospolita" w obronie Jerzego Urbana (jak wolność to wolność) za tekst o papieżu, za który Urban dostał wyrok skazujący. Nie zawyła "Rzepa" przeciwko ciąganiu po sądach po dziś dzień twórców plakatu do filmu "Skandalista Larry Flint".

Przeciwko szantażowi wobec wolności wypowiedzi, jakim były niewątpliwie powyższe akcje - redaktor Gauden nie zaprotestował nigdy.
Zaprotestował dopiero przeciwko zdarzeniom w odległej Danii i Paryżu.

To coś mu powiem.

Kiedy wiele lat temu 59 intelektualistów zaprotestowało przeciwko dławiącym suwerenność zmianom w konstytucji PRL, wysłali swój memoriał wprost na ręce komunistycznych władz. Wiedzieli, że spotkają ich szykany (i spotkały), ale postąpili jak ludzie honoru i odwagi. Idąc tym tropem: byłbym pełen podziwu dla odwagi i honoru redaktora Gaudena, gdyby pojechał z karykaturami Mahometa do Syrii i tam stanął z nimi uniesionymi wysoko pod budynkiem tamtejszego rządu. Wtedy uwierzyłbym, że jest wojownikiem o wolność słowa naprawdę. A tak?
Wiemy wszyscy, że chodziło o promocję gazety i że się kiepsko udała.

* * *

Za chwilę odpalę sobie cichutko "We Are The Champions", utwór, który zna każdy człowiek na świecie. Że Freddie Mercury był gejem i zmarł na AIDS - wiemy wszyscy. Pamiętam dobrze jego bohaterstwo - tak, było to wielkie ludzkie bohaterstwo - kiedy umierając brał udział w nagraniach, aby dać światu nadzieję, że żyć i tworzyć należy do końca, godnie i bez ograniczeń.
Już leci.
Genialna pieśń.

Jest 3:35 nad ranem.

Dlaczego publikując te wszystkie rzeczy nikt nie zapakował gazet w folię i dla dobra innych ludzi, dla okazania im szacunku, nie napisał na etykiecie: "Wewnątrz są treści, które dla niektórych mogą okazać się obraźliwe, co nie jest naszym zamiarem"...?

Nie wiem.

Zbigniew Hołdys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy