Reklama

Reklama

Witold Paszt zmagał się z chorobą. Jak się czuje?

Witold Paszt to muzyk znany z zespołu VOX. Obecnie realizuje się również jako trener w programie "The Voice Senior". Kilka miesięcy temu pojawiły się informacje, że wokalista zmaga się z koronawirusem.

Witold Paszt i jego finaliści w "The Voice Senior": Ewa Olszewska i Andrzej Pawłowski

Pod koniec 2020 roku pojawiły się zdjęcia, na których widać było, że wokalista ciężko przeszedł zakażenie koronawirusem. 

"Wspaniałe dziewczyny z teamu i cała ekipa programu robiła wszystko, bym przed kamerą wyglądał i czuł się dobrze. Jak zawsze pięknie im dziękuję! Ale był to dla mnie trudny dzień. Wirus odebrał mi siłę, oddech i parę kilogramów, czasem kilka kroków to wyzwanie. Cieszę się, że udało mi się pokonać to cholerstwo, ale wiem, że przede mną teraz dłuższa chwila na powrót do formy" - napisał wokalista grupy VOX (sprawdź!) po zakończeniu nagrań do programu "The Voice Senior"

W wywiadzie udzielonym redakcji Wirtualnej Polski muzyk opowiedział o swojej walce. "Muszę przyznać, że przeżywałem naprawdę trudne chwile. Po dwóch, trzech krokach byłem zmęczony, jakbym przebiegł maraton. Chciałem przestrzec wszystkich, którzy bagatelizują tę chorobę - to naprawdę nie są żarty. Jasne, są tacy, którzy przechodzą ją bezobjawowo i bezboleśnie, ale czasem to jest prawdziwa gra ze śmiercią" - wytłumaczył.

Uspokoił też fanów, że obecnie czuje się dużo lepiej. "Nie jest to jeszcze co prawda dokładnie to, o czym marzę, ale jestem już zdecydowanie bliżej normalności: mogę się swobodnie poruszać i oddychać. To brzmi jak drobiazgi, ale to drobiazgi naprawdę kluczowe dla życia" - powiedział, dodając, że boi się jeszcze możliwych powikłań.

Opowiedział także o "The Voice Senior". "Nie spodziewałem się, jak ogromne emocje będą się z tym wiązać. Miałem jakieś przypuszczenia, jak to może wyglądać, ale to, co się tam działo, zburzyło moje wszystkie oczekiwania" - zdradził.

Reklama

"Nie przyjmowałem wcześniej zaproszeń do jury różnych konkursów. Zawsze miałem poczucie, że kogoś skrzywdzę swoją oceną. Tu też początkowo miałem taki problem, ale bardzo szybko zauważyłem, że wśród uczestników zupełnie nie ma atmosfery współzawodnictwa, nie ma żadnego stresu związanego z tym, że ktoś odpada albo przechodzi do dalszego etapu" - wyjaśnił, zapytany o to, czy trudno było oceniać śpiewających.

Zdradził też, że jego zespół wykorzystuje czas pandemii na tworzenie nowego materiału: "Singel już jest, kilka innych piosenek mamy prawie gotowych. Czekamy tylko na jakiś lepszy moment, żeby je premierowo zaprezentować".

Przypomniał również kilka sytuacji z historii zespołu. "Siedem razy byliśmy na trwających po półtora miesiąca trasach po nieistniejącym już dziś ZSRR. Już choćby o tym można dziś napisać grubą książkę. Co się tam działo... (...). To były takie historie i takie dramaty, że kiedy jechaliśmy do Polski, a na drodze pojawił się drogowskaz na Terespol - tam było przejście graniczne - płakaliśmy ze szczęścia" - wspominał. 

Opowiedział też o podróży na Kubę. "Lecieliśmy wielkim Iłem-86. Nad Nowym Jorkiem złapała nas potężna burza. Pilot manewrował wąskim korytarzem między frontami, po obu stronach kabiny raz za razem uderzały pioruny. Kiedy wreszcie wylądowaliśmy w Hawanie sami nie wiedzieliśmy, czy jesteśmy bardziej spoceni z powodu czterdziestostopniowego upału, który tam panował, czy, mówiąc wprost, ze strachu" - mówił. 

Jak się okazało, muzyk miał szansę zrobić ogromną karierę w Stanach Zjednoczonych. "Występowaliśmy wtedy z Kombi w polskiej dyskotece w New Jersey. To był piątek, wczesna pora, pierwsze sety graliśmy w zasadzie dla pustej sali. Naszą uwagę zwrócił skromny facet w czapce, stojący pod filarem (...). Potem gdzieś zniknął, ale po koncercie podszedł do nas szef klubu i pyta: 'widzieliście tego faceta?'. No tak. 'A wiecie, kto to był?' No nie. 'To menedżer Bruce’a Springsteena (sprawdź!). Bardzo mu się podobało'. Szczęki nam opadły" - opowiadał.

Wytłumaczył, dlaczego nic z tego nie wyszło. "Jakiś czas później przyszła do nas oficjalna propozycja, żeby otwierać nowojorski koncert zespołu Kansas pod gołym niebem. Nie zdecydowaliśmy się na to. Występowalibyśmy z półplaybacku, bez żywego zespołu. Baliśmy się, jak to zostanie przyjęte. (...) Bardzo żałuję" - podsumował.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje