Reklama

The Doors znów grają! W kinie

Premiera dokumentalnego filmu Toma DiCillo o zespole The Doors to świetna okazja do przypomnienia najlepszych muzycznych dokumentów w historii kina oraz spojrzenia na wciąż aktualne zagadnienie: jak pokazać w kinie fenomen muzyki?

"The Doors - historia nieopowiedziana" nie jest typowym dla naszych czasów dokumentem muzycznym. Wzorcem dokumentalnej muzycznej biografistyki jest dzisiaj twórczość Martina Scorsese. Ten wielki miłośnik muzyki zrealizował w ostatnim czasie dwa muzyczne filmy: "Bob Dylan: No Direction Home" oraz "The Rolling Stones - w blasku świateł". Idea jest prosta: archiwalne materiały przeplata Scorsese z przeprowadzonymi współcześnie wywiadami, tzw. "gadającymi głowami". Powstaje dokumentalna narracja o artyście, bądź grupie muzycznej.

Reklama

Wchodzący właśnie na ekrany naszych kin "The Doors - historia nieopowiedziana" jest w tym kontekście filmem niezwykłym. Reżyser Tom DiCillo (znany niezależny filmowiec i operator, jest autorem zdjęć do pierwszego ważnego filmu Jima Jarmuscha - "Inaczej niż w raju") w całości oparł bowiem swój film o The Doors na archiwalnych nagraniach. Niektóre z nich nigdy nie ujrzały światła dziennego, jak fragmenty reżyserskiego filmu "Highway" autorstwa Jima Morrisona.

Jedynym "autorskim" wkładem DiCillo jest słowny komentarz, który czytany jest przez Johnny'ego Deppa. Tak naprawdę obowiązki DiCillo ograniczyły się do pracy montażysty - przekonujący portret The Doors z stworzył z setek godzin wyszperanych w filmowych archiwach materiałów.

W rozmowie z INTERIA.PL podczas europejskiej premiery filmu na ubiegłorocznym festiwalu w Berlinie DiCillo zwrócił uwagę na postać, bez której powstanie "The Doors - niedokończona historia" nie byłoby możliwe. To operator Paul Ferrara - bliski przyjaciel zespołu, towarzyszący grupie z kamerą nie tylko na scenie, ale też podczas wyczerpujących tras koncertowych: w garderobach, za kulisami, w czasie wolnym.

Siła dokumentu DiCillo bierze się w dużej mierze z niezwykłej intymności archiwalnych obrazów, nakręconych w latach 60. ubiegłego wieku.

Za początki gatunku muzycznego dokumentu należy uznać właśnie eksplozję popularności muzyki rockowej oraz rozwój technologiczny, dzięki któremu na rynku pojawiły się lekkie, przenośne kamery filmowe. Pionierzy amerykańskiego kina dokumentalnego, które nazywamy dziś "kinem bezpośrednim" - byli też pionierami muzycznego dokumentu. Jednym z nich był D.A.Pennebacker - autor przełomowego dokumentu "Don't Look Back", w którym śledzi brytyjską trasę koncertową Boba Dylana.

Świeżość tego dokumentu polegała na zniesieniu granicy między prywatnym a publicznym - Pennebacker ze swą małą, przenośną kamerą towarzyszył Dylanowi zarówno na scenie, jak i w limuzynie, którą artysta woził się po swingującym Londynie. Pennebacker uchwycił nie tylko skomplikowaną osobowość bohatera swego dokumentu, ale też oddał przy pomocy kamery ducha tamtych czasów.

Fragment filmu "Don't Look Back":

Drugim filmem Pennebackera, którym na stałe zapisał się w historii kina jest "Monterey Pop" - rejestracja wielkiego festiwalu muzycznego, który w 1967 odbył się na wyspie Monterey. Film jest zbiorem scenicznych występów legend ówczesnej sceny rockowej, m.in. Janis Joplin i Jimiego Hendrixa. Po raz pierwszy występy gwiazd sfilmowane zostały nie tylko ze sceny, ale też z perspektywy widowni, sprawiając, że widz podczas seansu czuł się jak na prawdziwym koncercie.

Bez filmu Pennebackera nie byłoby zapewne najsłynniejszego muzycznego filmu w historii, czyli monumentalnego "Woodstock" (jednym z montażystów filmu był... Martin Scorsese), czy też "Gimme Shelter" braci Maysles, będącego zapisem amerykańskiej trasy koncertowej Rolling Stonesów, która zakończyła się tragicznym koncertem w Altamont.

Fragment filmu "Monterey Pop":

Paradoksem niezwykłej świeżości filmu Toma DiCillo jest brak klasycznie rozumianej narracji. To raczej ciąg następujących po sobie obrazów, którym rytm nadaje jedynie głos Johnny'ego Deppa jako narratora filmu. Polski podtytuł "Historia nieopowiedziana" - genialnie oddaje klimat tego dokumentu. Uwolnienie go od brzemienia przyczynowo-skutkowej narracji nadaje temu obrazowi zwiewność i energię, która charakteryzuje najlepsze muzyczne dokumenty wszech czasów.

Oglądając "When You're Strange" (tak brzmi oryginalny tytuł filmu) ma się wrażenie obcowania z filmem, który powstał właśnie w latach 60. ubiegłego wieku. Na moment zapominamy o twarzy Vala Kilmera z głośnego biograficznego filmu Olivera Stone'a i przez kilkadziesiąt minut jesteśmy sam na sam z prawdziwym Jimem Morrisonem.

Val Kilmer w filmie "The Doors":

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Guardian | filmy | film | The Doors

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje