Reklama

Roskilde tańczy: Relacja reportera INTERIA.PL

Gwiazdą drugiego dnia (piątek, 30 czerwca) duńskiego festiwalu w Roskilde był legendarny amerykański bard Bob Dylan. Jednak ten dzień stał przede wszystkim pod znakiem szeroko rozumianej muzyki tanecznej. Tłumy do zabawy porwali między innymi Gogol Bordello, Kaizers Orchestra, Happy Mondays, The Streets i Scissor Sisters. Nic więc dziwnego, że tym razem Roskilde bawiło się prawie do białego rana.

W godzinach wczesnopopołudniowych na mniejszych scenach zaprezentowali się między innymi trio Babar Luck, duńscy eksperymentalni soulowcy z Melk i Gogol Bordello, którzy określają siebie jako "cygańskie punki".

Reklama

Ich koncert w największym namiocie "Arena" był na pewno jednym z ważniejszych wydarzeń tego dnia. Liczny zespół gra mieszankę folku i punk rocka, którą wspiera świetnym scenicznym show - poza muzykami na scenie szaleją ubrane w przedziwne kostiumy dwie tancerki-wokalistki. Uwagę skupiał oczywiście wokalista formacji (imponujący wąs!), który zmusił technicznych do bardzo wydajnej pracy (permanentnie ustawiali przewracane statywy i instrumenty) i pokazał, że mikrofon może służyć nie tylko do śpiewania...

Nie mniej imprezowy nastrój panował w "Odeonie", gdzie występował nowojorski raper Matisyahu. Przypomnijmy, że ten pochodzący z Nowego Jorku artysta jest ortodoksyjnym Żydem i na scenie prezentuje się w tradycyjnym hebrajskim ubiorze. Matisyahu zarapował podczas ponadgodzinnego setu najlepsze piosenki ze swej debiutanckiej studyjnej płyty "Youth", a także pochwalił się sporymi umiejętnościami beatboxerskimi.

Pierwszy koncert na głównej scenie "Orange" odbył się o godz. 17. Licznie zgromadzonych jak na tę porę fanów zabawiali Norwedzy z Kaizers Orchestra. Zespół na kontynencie jest raczej mało znany, ale sądząc z reakcji publiczności cieszy się ogromną popularnością w Skandynawii. Ludzie przyjęli ich wręcz entuzjastycznie, śpiewając chórem większość prezentowanych utworów. A jaką muzykę grają Kaizers Orchestra? Czerpią po trochu z rocka, szantów, międzywojennego kabaretu i folka. Dodajmy, że grupa prezentuje się ze wszech miar efektownie. Wystarczy wspomnieć, że pianista wystąpił w białym garniturze i... masce gazowej z okresu II wojny światowej.

Później scenę główną objął w panowanie Morrissey. Były wokalista kultowej angielskiej grupy The Smiths zaprezentował świetną formę i wyspiarskie poczucie humoru, "drażniąc" się z publicznością. Śmiech kilkudziesięciu tysięcy osób wywołała między innymi prezentacja sześcioosobowego zespołu ("Nazywamy się... Morrissey") czy konwersacja z nieistniejącą Julią, która miała ponoć stać tuż pod sceną. Tego typu dowcipów było jeszcze kilka.

Teraz o muzyce. Popularny "Mozz" nie poszedł na łatwiznę i zagrał większość kompozycji ze swego ostatniego albumu "Ringleader of the Tormentors". To akurat nikomu nie przeszkadzało, gdyż jest to świetny album. W mojej opinii zabrakło jednak wycieczek w przeszłość - o ile Morrissey zaśpiewał trzy utwory z repertuaru The Smiths ("Panic", "Girlfriend In A Coma" i "Stairways To Heaven lat 80.", czyli "How Soon Is Now"), to nie sięgnął głębiej po solową twórczość (nie było przede wszystkim "Everyday Is Like Sunday", sztandarowego utworu artysty).

Po występie "Mozza" pozostał pozytywny niedosyt, podobnie zresztą jak po nieprawdopodobnym, ale krótkim show popularnej na przełomie lat 80. i 90. angielskiej grupy Happy Mondays. Przyznaję się, że jestem fanem legendy sceny "madchesterskiej", ale planowałem obejrzeć jedynie fragment ich występu i przenieść się z powrotem na "Orange", by posłuchać Bob Dylana. Jednak Shaun Ryder i koledzy zahipnotyzowali mnie i chyba cały "Metropol"!

Ich występ był podróżą w czasie właśnie do przełomu lat 80. i 90., kiedy najmodniejszym miejscem na Ziemi był Manchester i klub "Hacienda". Tancerz Bez od razu porwał publiczność - a dużą jej część stanowili Brytyjczycy - do nieprawdopodobnej zabawy, która trwała, niestety, tylko godzinę. "Mondaysom" można by wiele zarzucić - brak było selektywności dźwięku, wokalista Shaun Ryder bardziej skrzeczał, niż śpiewał - ale nie można im na pewno odmówić charyzmy i świetnego kontaktu z publicznością, którego nie utrudniał nawet często niezrozumiały manchesterski slang używany przez zespół.

Po tej godzinnej dawce tanecznych klasyków (usłyszeliśmy między innymi "Step On", "24 Hour Party People" czy "Halellujah"), przeniosłem się pod główną scenę, gdzie trwał już koncert Boba Dylana. Kilkadziesiąt osób bez żywszych reakcji przysłuchiwało się kameralnemu koncertowi, podczas którego wokalista o "głosie jak piasek i klej" - tak określił Dylana David Bowie - zaśpiewał legendarne już utwory (między innymi "Like A Rollin' Stone").

Wiadomo, że artyście o statusie Dylana nie wypadało wystąpić w innym miejscu, niż scena główna. Ale szkoda, że ten koncert nie odbył się w "Arenie". Wtedy muzyka trafiałaby bezpośrednio do słuchacza, a i Dylan miałby lepszy kontakt z fanami... Niestety, ani jednego, ani drugiego nie można było poczuć w piątkowy wieczór. Na szczęście obroniła się sama muzyka.

Właśnie w "Arenie" wystąpili Mike Skinner i jego The Streets, którzy wyśrubowali na razie rekord frekwencji w największym festiwalowym namiocie. Raper zaprezentował się na scenie z żywymi muzykami i czarnoskórym wokalistą Kalvinem. Skinner pokazał, że jest świetnym showmanem, "zmuszając" publiczność do "pobicia rekordu Guinnessa w ilości klękających osób" czy picia potrójnych wódek i "marlon brandos", jak raper nazywa brandy.

Szaleństwo wywołało wspomnienie z roku 1992 - Skinner przypomniał, że to wtedy Duńczycy zdobyli Mistrzostwo Europy w piłce nożnej. Ciekawe, jaki piłkarski temat Mike poruszy podczas zbliżającego się festiwalu Heineken Open'er w Gdyni? Czyżby słynny mecz na Wembley z 1974 roku?

Występ The Streets to jednak nie tylko zabawa, ale także świetne piosenki. "Turn The Page", "Let's Push Things Forward", "Weak Become Heroes", "Blinded By The Lights" czy "Dry Your Eyes", to nie tylko klasyka grime'u, ale szeroko rozumianego hip hopu w ogóle. Set zakończyło brawurowe wykonanie "Fit But You Know It", a w trakcie koncerty świetnie zabrzmiał także poświęcony zmarłemu ojcu Mike'a ostatni single The Streets "Never Went To Church".

Na koniec tego dnia festiwalu w Roskilde postanowiłem zobaczyć Scissor Sisters. Nowojorczycy wystąpili na głównej scenie już po pierwszej w nocy, ale potrafili kolorowym spektaklem porwać do tańca padających ze zmęczenia festiwalowiczów. Zabawa trwała prawie do białego rana, a w trakcie koncertu "Nożyczek" w mniejszych namiotach można było zobaczyć interesujące występy formacji Kashmir czy przede wszystkim Serena-Maneesh. Występ tych ostatnich oglądali jednak tylko najwytrwalsi.

Kolejna relacja Roskilde już jutro na stronach INTERIA.PL!

Zobacz galerię zdjęć z pierwszego dnia festiwalu w Roskilde

Zobacz galerie zdjęć z drugiego dnia festiwalu!

Artur Wróblewski, Roskilde

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: zabawy | rana | występ | raper | Bob Dylan | koncert | muzyka | wokalista | relacja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje