Reklama

Reklama

Pohoda: Kraftwerk na pietruszce

W każdy weekend wakacji, na terenie naszego kraju, odbywa się jakiś festiwal. Można nawet mówić o klęsce urodzaju - tyle tego, że nie wiadomo na co się zdecydować. Tymczasem, warto spojrzeć za naszą południową granicę, gdzie w słowackim Trenczynie, w dniach 8-10 lipca odbyła się kolejna, 14. już edycja, festiwalu Bažant Pohoda. Impreza o niesamowitej atmosferze ("pohoda" możemy przetłumaczyć jako "luzik") i świetnej obsadzie, na której ciężko spotkać Polaka. Żałujcie! Koncerty w tym roku dali m.in. Ian Brown, The xx, Does It Offend You, Yeah?, Friendly Fires, Crystal Castles, The Stranglers, Klaxons, Scissor Sisters i wielu innych.

O Pohodzie, dowiedziałem się w zeszłym roku. Stacje telewizyjne donosiły o tragicznym wypadku, jaki miał miejsce na lotnisku w Trenczynie. W czasie jednego z koncertów wichura porwała największy festiwalowy namiot - na miejscu zginęły trzy osoby, dwie kolejne zmarły w szpitalu. Zresztą zeszłoroczna tragedia odcisnęła piętno na zakończonej w niedzielę (11 lipca) nad ranem edycji. Pomysłodawca całego przedsięwzięcia, Mišo Kaščák zastanawiał się nawet, czy nie zrezygnować z organizacji tegorocznego festiwalu. Możemy być mu wdzięczni, że tak się nie stało. Niżej podpisanemu nie zdarzyło się jeszcze uczestniczyć w imprezie, na której jeden koncert był lepszy od drugiego, w trakcie której, ani przez chwilę nie czujesz znużenia kolejnymi występami. Co więcej, z każdą kolejną godziną, z jeszcze większą ciekawością wybierasz się na kolejne muzyczne atrakcje.

Reklama

Atmosfera? Wcale nie "hovnona"

Słowacja, kraj w centralno-wschodniej Europie, gdzie po męczeńskiej śmierci trafiają bojownicy Dżihadu. To pewne - jeżeli istnieje muzułmańskie niebo, gdzie każdy terrorysta samobójca ma zostać otoczony tabunem pięknych kobiet, to jest to właśnie ten niewielki kraj.

Tegoroczna pogoda sprzyjała podziwianiu kobiecych kształtów. Ponad trzydziestostopniowe upały sprawiały, że 90% chodziło w bikini, 10% w skąpych koszulkach, 100% swoja urodą powalało na kolana. Terrorystów o arabskich rysach nie odnotowano. Zwrot "poszukajmy jakiś ładnych dziewczyn" stracił kompletnie sens - bardziej pasowałby "poszukajmy jakiś brzydkich" - ale to raczej zadanie niewykonalne. Zauważyli to również artyści, kilkukrotnie komentując ten fakt ze sceny, lub po prostu biorąc sprawy w swoje ręce (koncert Sexi Sushi o czym poniżej)!

Tubylcy to publiczność specyficzna - w ząb nie rozumieją angielskiego, co niejednokrotnie doprowadzało do zabawnych sytuacji w relacjach artysta-widownia. Za to świetnie się bawią, żywiołowo reagują na muzykę, oddają się tańcom bez żadnych kompleksów i maja niesamowite poczucie humoru, o którym przekonałem się już na kampingu.

Na polu namiotowym, bez żadnej dopłaty, mógł mieszkać każdy, kto kupił bilet na festiwal. Teren jest jednak na tyle duży, że dla każdego znalazło się miejsce. Mieszkańcy kampingu oddawali się specyficznej zabawie - nazwijmy ją "hovno" (bystry czytelnik domyśli się co to słowo oznacza, mniej bystry rozwiąże mini rebus ho=gó). O każdej porze dnia i nocy, w jakimś zakątku pola, ktoś krzyczał na głos "hovno". Wiadomo, nikt nie chciał mieć "hovna" koło siebie, więc kolejne namioty krzyczały to samo, oddalając "hovno" od swojego terytorium. Działało to w dwie strony. Jeżeli ktoś w sąsiedztwie krzyknął "hovno", słowo to powtarzane przez kolejnych mieszkańców oddalało się i oddalało , aż wreszcie ginęło niczym echo w skalnej dolinie. W druga stronę - gdzieś daleko padała ledwo słyszalna, wiadoma komenda i z każdą chwilą , niesiona gardłami kolejnych mieszkańców, "hovno" nieubłaganie zbliżało się do twojego namiotu. Techniki były różne, "hovno" bywało grupowe, bywało indywidualne, słyszałem wykonanie operowe, a także klasyczny growl. Spotkałem też "hovno" pytające!

Niestety, na pole namiotowe dotarły w tym roku pierwsze egzemplarze wuwuzeli. Aż chciało się krzyknąć "Hovno!".

Kamping jest ogólnodostępny, jednak jedna strefa, dostępna była tylko dla rodzin z dziećmi. Był tam stały dostęp do ciepłej wody, a warunki sanitarne lepsze niż na "zwykłym" polu namiotowym. Rodzin z dziećmi, nawet bardzo małymi, trzy-, czteromiesięcznymi brzdącami było bardzo dużo. Zachęcała do tego też cena biletów dla dzieci - każdy kto nie ukończył 12. roku życia miał darmowy wstęp na festiwal. Porównajmy to teraz z polityką "najlepszego festiwalu w Europie", który odbywa się w Gdyni...

Nie tylko muzyka

Wpływ na atmosferę imprezy miały też te niewielkie drobiazgi, które sprawiały, że życie festiwalowicza było po prostu ciekawsze. Np. organizator nie skazał uczestników tylko na picie piwa - można było też kupić białe czy czerwone wino, od prostego stołowego po bardziej wymyślne gatunki, w wolnych chwilach wyszaleć się w lunaparku czy zagrać w piłkę nożną w basenie.

Poszczególne sceny miały swoich sponsorów. Każdy z nich zapewniał dodatkowe atrakcje.

Przy scenie Garnier, codziennie ustawiała się kolejka dziewczyn - był tam darmowy stylista. Naprawdę, nie wiem czego te wszystkie, piękne Słowaczki tam szukały... Byłem pewny, że taki zawód jak stylista w Słowacji nie ma szans, a jednak...

Obok było mini spa, gdzie słuchano relaksacyjnej muzyki i chłodzono się pod sztucznym wodospadem.

Golden Zone - w klimatyzowanym pomieszczeniu, palono papierosy, zażywano kąpieli w basenie z pianą, a wieczorami było tzw. silent disco - każdy dostawał słuchawki na uszy z imprezowa muzyką i tańczył. Z boku wyglądało to bardzo zabawnie - kilkadziesiąt osób tańczy, a muzyki nie słychać.

Rano odbywały się seanse jogi, w których uczestniczyło mnóstwo ludzi, głównie dziewczyn. Panowie oddawali się innym ćwiczeniom - głównie przedramienia, wychylając kolejne kufle piwa.

Harmony Kids Park - strefa dla dzieci, teatrzyki, ale nie do końca wiem co się tam działo.

Organizatorzy świetnie poradzili sobie też z kwestią porządku. Dzięki akcji 1 litra za 1 metra można było wymienić puste kubki na kufelek piwa. Zresztą to nie jedyna chmielowa atrakcja - za złoty trunek płaciło się też smsem.

Był też kinematograf, supermarket (gdzie można było kupić piwo innych marek niż oficjalnego sponsora), strefa dla organizacji społecznych, ładowanie komórek i wiele innych atrakcji.

Żeby nie było tak słodko - ceny w strefie gastro były nieznacznie, ale jednak wyższe niż na gdyńskim Open'erze (chociaż piwo tańsze).

Roztrzaskali kapustowe gitary

W pierwszym dniu działała tylko jedna scena, Tesco Stage, na której odbył się tylko jeden koncert - The Stranglers. Publiczności było niewiele, większość osób przybyła do Trenczyna dopiero w piątek. Kompletny brak kontaktu z publicznością (z powodów o których pisałem powyżej) nie przeszkodził ludziom bawić się do takich klasyków, jak "Always the Sun" czy nieśmiertelne "No More Heroes". Po godzinie i 15 minutach zeszli ze sceny. Co ciekawe, był to jeden z dłuższych koncertów festiwalu, na Pohodzie prawie wszystkie zespoły dają godzinne występy. Wyjątkiem był Leftfield (1,5 godziny) i niektóre sety DJ'ów. Organizatorzy bardzo tego pilnowali - nie raz stojąc z boku, widziałem jak przepędzają ze sceny wykonawców.

Piątek zaczął się dla mnie od najdziwniejszego koncertu, jaki kiedykolwiek było dane mi oglądać. Na Garnier Arena zagrała Vienna Vegetable Orchestra. Austriacy grają na instrumentach zrobionych z... warzyw - flet z marchewy czy kabaczkową perkusje możecie pewnie sobie wyobrazić, ale czy słyszeliście kiedyś utwory Kraftwerk wykonane m.in. na pietruszce? Co więcej - spokojnie można było rozpoznać melodię! Na koniec zagrali "ostry" utwór na kapustach i roztrzaskali kapustowe gitary o scenę. Po koncercie zespół rozdawał instrumenty i zupę. Oczywiście jarzynową.

Po południu zajrzałem na Bažant Stage (główna scena festiwalu) na koncert Miss Platnum, która swoim żywiołowym koncertem zabawiała publiczność do momentu, w którym aparatura nagłaśniająca zepsuła się na amen.

Na koncert Adama Greena (jeżeli oglądaliście film "Juno" to on był właśnie twórcą ścieżki dźwiękowej) nie miałem daleko. Sceny na festiwalu są tak rozłożone, ze nie trzeba pokonywać całych hektarów, żeby dotrzeć na występy. Poza tym po terenie lotniska jeździ meleksowa kolejka. Trochę folku, trochę hippisowskiego luzu i humor artysty, wystarczyły żeby rozruszać publiczność. Wokalista zorientował się, że widownia nie do końca rozumie to co do niej mówił i zaczął sobie stroić żarty. Zadawał coraz bardziej kretyńskie pytania: "Czy chcecie żeby Jezus zaprosił mnie do waszej kuchni?", "Czy mogę być Waszym słowackim Ozzy Osbournem?". Cisza. Tłum ożywił się dopiero gdy Adam zapewnił, że uwielbia to francuskie piwo "Bażą". Na koniec na bujanym fotelu wykonał fragment swojej wersji "Everything I Do (I Do It For You)".

Ciężko się skupić

Zerknąłem na chwilę na występ The Futureheads i publiczność bawiącą się przy nowych singlach zespołu - "Heartbeat Song" i "I Can Do That". Po punkowcach z Sunderland, na głównej scenie wystąpił Ian Brown. Zblazowany do granic możliwości Angol był właśnie pierwszym, który publicznie docenił urodę Słowaczek. Po "Stellify" zażądał aplauzu dla towarzyszącego mu zespołu: "Wszystkie dziewczyny tutaj są tak piękne, że ciężko się skupić moim muzykom, a jednak w tych ciężkich warunkach dają radę". Tak czy inaczej brawa im się należały - niedociągnięcia wokalne Browna były przez nich świetnie tuszowane. Na koniec wokalista poprosił publiczność żeby wybrała sobie piosenkę, którą chciałaby usłyszeć - "Dali nam tylko godzinę więc, zagram co chcecie". Wybór padł na "Whispers" - i chyba lepiej stać się nie mogło, bo to świetna piosenka z lekko funkującą gitarą.

Kierując się w stronę strefy gastronomicznej, dobiegł mnie głośny aplauz z namiotu o nazwie "Tanecny Dom". Wpadłem tylko zerknąć i zostałem do końca koncertu. To był pierwszy występ, na którym zebrani reagowali tak żywiołowo, w dodatku nie była to żadna zagraniczna gwiazda, tylko "miejscowi". Zespół Chiki liki tu-a mógłbym porównać do krzyżówki naszego Mitch & Mitch i Pogodno. Dziwne stroje muzyków, i totalny rozstrzał gatunkowy - zaczęli od soulu, w trakcie pojawił się kower Bee Gees, a skończyli parodią Iron Maiden. Widownia, po standardowej godzinie nie chciała ich puścić ze sceny.

Podążając za radami z festiwalowego przewodnika, koniecznie trzeba było zobaczyć koncert Francuzów z Sexi Sushi. Cytując "Rebbeka Warrior, wokalistka elektro-punkowego Sexi Sushi, ma zabawny zwyczaj rozbierania się na scenie, gdy robi się naprawdę gorąco." Taaaaak, było ponad 30 stopni, więc to był ten punkt wycieczki, na którym nie mogło mnie zabraknąć! Przecież ma być "zabawnie"! No i w trakcie drugiego utworu mogliśmy podziwiać Rebekkę topless. W publiczność weszła już ubrana, ale można było poczuć się nieswojo - każda napotkana na drodze dziewczyna była pytana "Are you gay?" I wreszcie się udało - jedna się przyznała, i po kolejnym pytaniu "May I Kiss You?" panie wymieniły gorący pocałunek. Jak na punkowy zespół przystało, po 20 minutach zespół zaczął demolkę na scenie - rozwalili kwiatka, i dobrali się do sprzętu. To już było dla organizatorów za wiele - po 25 minutach scenicznej anarchii, przerwali koncert. Szkoda! Fanom na tyle się podobało, że jeden z nich ukradł baner z nazwą zespołu.

Ciekaw byłem jak na tym tle wypadnie Crystal Castles, występujące dnia następnego. Wyczyny Alice przy tym co zrobiła Rebekka Warrior wyglądać mogą jak bunt pięciolatki. Tak też było - mimo całkiem dobrego koncertu, Crystal Castles nie przebili 25 minut Francuzów z Sexi Sushi.

Piątek skończyłem mega imprezą w największym, wypełnionym po brzegi, festiwalowym namiocie - O2 Stage - koncertem Friendly Fires.

Pierwsza lateksowa rewolucja w Słowacji

Trio z Vivian Girls - to początek koncertowej soboty. Instrumenty dam ze Stanów Zjednoczonych sprawiały, że brzmiały trochę jak rozstrojona wersja Sonic Youth. Dzięki nie do końca idealnie brzmiącym instrumentom, panie były jeszcze słodsze.

Jak rozkręcić prawdziwe party w środku dnia pokazał francuski DJ The Shoes. Imprezowy bit dodany nawet do utworu Smashing Pumpkins sprawił, że w namiocie nie stał nikt - nawet ochrona.

Zupełnie inny klimat panował na scenie "Dobra Krajina" - zresztą to była chyba najfajniejsza scena tego festiwalu. Niewielki cyrkowy namiot, w środku cały w drewnie, sprawiał że można się było poczuć jak w innej epoce. "Dobra Krajina gościła też bardzo ciekawych wykonawców. Tym razem był to koncert londyńczyków z Belleruche. Spokojne bity DJ'a, do tego stonowana gitara i niesamowity głos wokalistki - to wszystko sprawiło, że namiot był wypełniony po brzegi, a publiczność nie chciała ich puścić ze sceny. Muzycznie porównałbym ich do weselszej wersji Portishead. Jeden z lepszych koncertów festiwalu.

O 21. na głównej scenie "Pierwszą lateksową rewolucje w Słowacji" rozpoczęli Scissor Sisters. Tłumy sprawiły jednak, że szybko sprawdziłem co dzieje się w "Dobrej Krajinie" i jak zwykle się nie zawiodłem. Z Anglii, tym razem z Leeds, trzech dżentelmenów (perkusja, saksofon, bas) przywitało się "Ahoj". Jakieś 10 osób w namiocie odpowiedziało im "Ahoj". No i się zaczęło. TrioVD (tak się nazywają) momentalnie sprawiło, że w namiocie ciągle przybywało ludzi. Basista, wyczyniał cuda a la Les Claypol, Saksofonista wydawał dźwięki zbliżone do skreczującego gramofonu. Gdy ich żegnaliśmy namiot wypełniony był już w ponad połowie.

Powrót na główną scenę gdzie zaczynał się koncert The xx. Przez cały czas trwania ich występu organizatorzy wypuszczali w niebo setki świetlnych lampionów. Ludzie leżeli na ziemi, patrząc w niebo rozświetlone płonącymi latawcami. Pięknie się to oglądało i świetnie słuchało. Muzyka The xx, w której jest jakaś niesamowita przestrzeń i smutek, dzięki temu prostemu zabiegowi nabrała jeszcze więcej magii.

Koncert festiwalu! Kolejny

Po północy zmęczeni fani dostali dopalacza w skondensowanej formie. Godzinny koncert Does It Offend You, Yeah? na Garnier Arena, był najbardziej energetycznym i jednym z najlepszych na festiwalu. Ekspresyjna mieszanka bitów w stylu Prodigy z Daft Punkowymi wstawkami nie pozostawiła obojętnym nikogo. Szaleństwo ogarnęło nawet trybuny. James Rushnett wspomniał w trakcie show, że mieli tutaj zagrać rok wcześniej, ale niestety nie udało się (wypadek z namiotem). Nieobecność sprzed roku została w pełni zrekompensowana. Gdy zespół z przyczyn technicznych przestał w pewnym momencie grać, frontman zaintonował muppetowe "manamana" - kilka tysięcy ludzi natychmiast odpowiedziało "papaparara". Koncert festiwalu! Ale o ilu koncertach na Pohodzie już tak pisałem?

Ostatnia wizyta w "Dobrej Krainie" - koncert Japandroids. Kanadyjski duet, który ma energii za całą orkiestrę. Jest w nich coś z At The Drive In, coś z NoMeansNo, przyprawione szczyptą dobrego stonera. Skończyli gdy słońce wstawało nad górami otaczającymi Trenczyn. W tle grali jeszcze New York Pony Club, ale już nie miałem siły.

Drogi czytelniku, jeżeli dotarłeś aż tutaj, to czas na wnioski. 200 km od naszej południowej granicy, co roku odbywa się świetna impreza. Tańsza, lepiej zorganizowana niż jakikolwiek polski festiwal, z zaskakującymi koncertami. Wybór należy do Ciebie. A jeśli to Cię nie przekonuje, to czas na argument ostateczny - całe stada pięknych kobiet.

Do zobaczenia za rok!

Tomasz Balawejder, Trenczyn

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje