Reklama

Nie wierzcie artystom

Kiedy piszę te słowa, nad moim domem szaleje burza z piorunami. Niemal każde dotknięcie klawisza wywołuje błysk na zewnątrz i straszliwy grzmot. Aż mam ciarki ze strachu. Zerkam na malutki telewizorek stojący obok. Na ekranie Krzysztof Cugowski mówi coś do tłumu ludzi.

Pochylam się. Krzysztof przeprasza braci Kaczyńskich za to, że kilka lat temu nie poszedł ślepo za nimi. Grzmot. Zaczyna być niebezpiecznie, więc wyłączam zasilanie w całym domu.

Reklama

* * *

Kiedyś nie lubiłem Polski. Nie lubiłem jej flagi, nie lubiłem jej hymnu, godła na ścianie w sklepie i portretów polityków w klasie nad tablicą. Nienawidziłem obowiązkowego machania chorągiewkami na pochodach i powitaniach radzieckich przywódców wzdłuż Alei Żwirki i Wigury. Jak byłem starszy, po jakiejś imprezie osobiście piłką do metalu oderżnąłem dwie tuleje od balkonu, w które należało wtykać flagi biało-czerwoną i czerwoną, kiedy zbliżał się 1 maja czy 22 lipca. Dostałem za to kolegium.

Ale potem spotkałem się z kumplami i nad flaszką snuliśmy marzenia. Gadaliśmy, jak to będziemy kiedyś w wolnej Polsce w te flagi się owijać i jak będziemy śpiewać "Mazurka Dąbrowskiego" na głosy, kładąc dłoń na piersi. I rzucając nazwiska licytowaliśmy się, kto w naszej wolnej Polsce w parlamencie będzie zasiadać. Najpierw desygnowaliśmy myślicieli i ludzi prawych. Ktoś mówił, że Kaczorowski z Londynu, ktoś dorzucał niby dla jaj, że Zawisza Czarny z Garbowa. Różnie bywało, ale standard był wysoki.

Dopiero gdy byliśmy już kompletnie pijani, zaczynaliśmy rzucać nazwiska piosenkarzy, aktorów, pisarzy, a także własne. Zaś na sam koniec, w fazie mamrotania przed zwałką, desygnowaliśmy do parlamentu słynnych bandytów i bokserów pobliskiej Gwardii Warszawa.

* * *

Jello Biafra, wokalista punkowej kapeli Dead Kennedys, po raz pierwszy postanowił zostać prezydentem USA w 1984. Miał na tyle poczucia humoru, że na konwencji Partii Demokratycznej pojawił się w kapturze Ku Klux Klanu, powitał zebranych i życzył im szczęścia. Gdy służby porządkowe rzuciły się, by go zwlec ze sceny - zdjął kaptur i okazało się, że ma na twarzy maskę Ronalda Reagana.

* * *

Było oczywiste, że Jello robi to dla żartu, choć z głębokim podtekstem.

Zanim ogłosił swój start w wyborach prezydenckich, miał całkiem niezłe doświadczenia polityczne. W 1979 roku wystartował w wyścigu po fotel burmistrza San Francisco. Eksperyment ten dał zaskakujące rezultaty. Otóż najpierw, jak każe dobre wychowanie, Biafra ogłosił swój program wyborczy, a zawierał on następujące punkty:

1. Obsadzanie najważniejszych funkcji w mieście w drodze licytacji na aukcji (kto da więcej, przy czym najwyższa cena wywoławcza była za fotel sędziego).

2. Ustanowienie oficjalnej listy miejskich gangsterów i powołanie ich w skład Komisji Przyznającej Licencje Na Sprzedaż Alkoholu.

3. Przyznanie mafii włoskiej wyłączności na prowadzenie robót publicznych, remontów szkół i wywóz śmieci.

4. Zakaz wjazdu samochodami do miasta San Francisco

oraz...

5. Wprowadzenie obowiązkowego stroju clowna dla biznesmenów.

Były i podpunkty, choć mniejszej rangi, spośród których jeden zyskał aplauz lokalnych kloszardów: Jello obiecał im przyznanie prawa własności do opuszczonych budynków miejskich.

Nie uwierzycie - na 14 startujących, Jello Biafra zdobył czwarte miejsce i to jak najbardziej serio.

* * *

Nigdy nie atakowałem artystów i - mam nadzieję - nigdy tego nie zrobię. To taka deklaracja na wszelki wypadek. Za to chętnie ich obronię, kiedy ktoś im przyłoży nóż do gardła. Broniłem i Janka Bo, kiedy coś mu się w życiu zdarzyło; i Shazzę przed Janem Pospieszalskim, kiedy chciał na nią wydać wyrok śmierci; i Michała Wiśniewskiego, kiedy odbywał się nad nim sąd medialny; i Dorotę Nieznalską, kiedy szaleńcy z LPR postanowili ją wsadzić do więzienia za instalację plastyczną.

Ale żaden artysta nie może liczyć na moje wsparcie, kiedy artystą być przestaje, a zaczyna bić żonę po pijanemu czy napada na furgon z pieniędzmi, bo wtedy staje się menelem i bandziorem. A to już nie moja jurysdykcja. Tym bardziej więc żaden artysta nie może liczyć na przymknięcie moich powiek, jeśli zamierza zostać prezydentem, senatorem czy posłem na Sejm Rzeczypospolitej - wtedy bowiem kończy się jego śpiew czy piękne granie na gitarze, a zaczyna się majstrowanie przy moich losach i losach moich dzieci.

Tym zaś przyglądam się wyjątkowo dokładnie.

* * *

Kora jest kobietą wyjątkową. Jej uduchowienie i operowanie słowami ze świata metafizyki rozgrzesza ją ze wszystkiego. Na polityce znać się nie musi. No bo kto inny może spojrzeć na światła w zadymionej sali, zmrużyć powieki i powiedzieć "Popatrz, Feniks"...

Więc kiedy Kora popiera panią Bochniarz, to ja Korze wierzę. Wiem, że tu nie ma cwaniactwa, nie ma chytrej kalkulacji. Kora zna panią Bochniarz, lubi ją osobiście, dostrzega w niej kobiecość, ufa jej i ufa także, że jej własny los ulegnie poprawie, gdy pani Bochniarz zostanie prezydentem. I tylko nie wiem, czy Kora zna program pani Bochniarz, bo a nuż ma on w swojej zawartości punkty w stylu Jello Biafry? No dobra, bez żartów: co zrobi Kora, jeśli pani Bochniarz podpisze hipotetyczną ustawę, która na przykład zezwoli stacjom radiowym na pominięcie polskiej twórczości muzycznej całkowicie?

Kiedy Michał Wiśniewski twierdzi, że popierał SLD i się tego nie wstydzi, bo Polska jest jedna i on poprze każdego, kto się do niego zgłosi - to zastanawiam się, czy poparłby także NSDAP z Adolfem, gdyby tutaj żyli i zechcieli skorzystać z jego dobroczynności.

Kiedy Mezo swoją piękną piosenkę sprzedaje panu Borowskiemu, to zastanawiam się, czy pisał ją w tym celu i czy naprawdę będzie szczęśliwy, kiedy już pan Borowski zostanie prezydentem. Czy na przykład Mezo w ogóle wie, jak się zachowa pan Borowski względem samego Mezo, jeśli chodzi o podatki, albo czy nie wyśle syna Mezo na wojnę w Iraku. Czy Mezo zastanawiał się nad tym w ogóle, kiedy sprzedawał siebie do kampanii politycznej?

* * *

Krzysztof Cugowski wyjawił w jednym z wywiadów, że na polityce właściwie się nie zna i nie ma żadnego programu. Nie wie, czy będzie głosował za paradą gejów, czy przeciw. Nie wie, czy będzie głosował tak, jak mu pan Kaczyński każe. Twierdzi jedynie, że będą w Senacie ludzie głupsi od niego i dodaje: "No, znam się na rozrywce i sporcie trochę". Coś, jakbym słyszał Jello Biafrę, tyle że traktującego siebie serio.

* * *

Tomek Lipiński, artysta niezwykły i niezłomny, zaśpiewał przed laty piosenkę "Nie wierzę politykom". Gdybym miał to nagranie pod ręką - puściłbym je teraz bez wahania. Ale nie mam. Więc włączam absolutnie genialną płytę Roberta Planta i zespołu Strange Sensation sprzed paru tygodni i zatapiam się w dźwiękach. Burza odeszła znad mojego domu. Robert Plant na szczęście nie kandyduje do żadnego urzędu, choć na rozrywce zna się pewnie nienajgorzej. Zbawia ludzi dźwiękami.

Zbigniew Hołdys

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: niewierzący | wierząca | Krzysztof Cugowski | flaga | Artysta | burza | Mezo | Nie | Zbigniew Hołdys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje