Reklama

Nick Cave & The Bad Seeds w Gliwicach: Czujesz, jak bije mi serce? [RELACJA]

Nick Cave zagrał koncert w Gliwicach /Jordi Vidal/Redferns /Getty Images

Na fejsbukowym profilu "Posłuchaj to do ciebie" po tym koncercie pojawiła się opinia, że "rock'n'roll umarł, skoro Nick Cave nie zapełnia Areny", mimo że ma zaplanowane w Polsce tylko dwa koncerty. No i istotnie tak było. Widziałam w tym roku m.in. zapełniony krakowski Tauron i to nie przez światowej sławy gwiazdę. Tylko że… koncert Cave'a to bomba, a kto nie był ten trąba.

Ostatnio wraca do mnie cały czas temat transcendencji w muzyce. Koncert Nicka Cave'a w końcu chyba wyjaśnił temat. Pierwsze na setliście było energetyczne "Get ready for love". Potem "There she goes, my beautiful world", w którym mocny głos Cave'a był dodatkowo wspomagany efektem studni i gospelowymi chórkami. Jako trzecie - "From her to eternity" z przeszywającymi dźwiękami perkusjonaliów. I... grają dopiero trzecią piosenkę, a ty czujesz, jakby twój mózg jechał jakimś emocjonalnym rollercoasterem. I to w dodatku w samym środku burzy z gradem i piorunami.

Reklama

Przed czwartym utworem - "O Children" - wspomniał o swoich dzieciach, a znając ich historię, wersy "Płaczemy teraz wszyscy, pozostaje nam tylko płacz i bieda / By was ochronić nic się bowiem zrobić nie da" trafiają prosto w serce. Wykonanie Cave'a, który uderzał w klawisze pianina, jakby chciał przekazać w nie wszystkie negatywne emocje, sprawiło, że niejedna osoba ukradkiem otarła łzę.

Podobnie "I'm flying, look at me now" z "Jubilee Street", "I need you" zagrane solo przy pianinie czy "Can you feel my heart beat?", które rozbrzmiewało nie jak tekst piosenki, a raczej rozpaczliwe pytanie, dały odczuć, że Cave nie tyle tworzy intymną atmosferę, ile cały odsłania się przed publicznością.

Ale! Wcale nie było tak, że wszyscy stali zasłuchani w nostalgiczne piosenki, a Cave wyrzucał z siebie depresyjne myśli. To  doskonały, charyzmatyczny wokalista. Nie bardzo chciał trzymać się pianina czy statywu mikrofonu. Przez większą część koncertu biegał przy publiczności, od której nie odgradzały go barierki ani szereg ochroniarzy. To dla fanów z pewnością dodatkowy atut występu, bo nieczęsto można dotknąć ręki (czy tam nogi) Nicka Cave'a!

Słowo "fuck" w różnych odmianach padło mniej więcej tyle razy, ile kroków robi Mick Jagger na scenie w trakcie jednego wieczoru, a po małej wpadce z "ku**a, sorry, gram zupełnie inną piosenkę" wokalista zaśmiał się tak szczerze, jakby był 6-letnim chłopcem.

Cave trochę wygląda na człowieka, który gdyby zaśpiewał w ciemnej uliczce - albo i w biały dzień - "You better run", to raczej każdy by posłusznie uciekł, ale potem zaczyna się śmiać i... znika cały wizerunek "Księcia Ciemności". W takich momentach uświadamiasz sobie, że Cave, gdy nie gra koncertów, wcale nie snuje się po domu centymetr nad podłogą, ciągnąć za sobą czarną szatę. To zwykły, ciepły, sympatyczny gość, który swoimi emocjami w muzyce chce pomóc i sobie, i swoim słuchaczom.

Zdecydowanie koncert Nicka Cave'a to nie koncert dla rozrywki. To wydarzenie, po którym czujesz... trochę niepokój? Trochę opiekuńcze ciepło? Trochę nadzieję, że po każdej tragedii da się podnieść? Pisząc to, jadę już ostatnim pociągiem z Gliwic, a cały czas czuję, jak bije mi serce. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL