Reklama

Na planecie gwiazd rocka

Literackim wydarzeniem ostatnich dni, obok "Autobiografii Marka Twaina", jest "Życie" - soczyste wspomnienia Keitha Richardsa, gitarzysty The Rolling Stones, które stały się przedmiotem nabożnej, trzystronicowej recenzji w "The New York Times Book Review" i zdominowały serwisy internetowe.

Nie jest zaskoczeniem, że w pierwszym tygodniu po publikacji książki wskoczyła ona na pierwsze miejsce listy bestsellerów literatury faktu "New York Timesa". Pozycję tę często okupują chwytające za pióro gwiazdy albo sławniejsi spośród telewizyjnych komentatorów. Tym razem miejsce drugie przypadło konserwatywnemu Glennowi Beckowi z Fox News, a trzecie - gospodarzowi "The Daily Show", Jonowi Stewartowi.

To nieuchwytne "coś"

Reklama

Ogromny sukces wspomnień Richardsa - jakkolwiek przewidywalny - jest w pewien sposób niezwykle wymowny, podobnie jak nadzwyczajne zainteresowanie, które wzbudzają. To nieuchwytne "coś" zawiera się poniekąd w zdjęciu autora, które pojawiło się obok tekstu wspomnianej recenzji. Na zdjęciu widać nie tylko starannie zaplanowaną i modną niedbałość stylu, ale też chłodny triumfalizm twardziela.

To wizerunek gwiazdy rocka, na który składają się ciemne okulary, papieros zwisający z ust i zawadiacka przekora emanująca z twarzy. Obrazuje to niezwykłą zdolność, jaką zachowały pewne jednostki funkcjonujące w naszej przesiąkniętej celebrytami kulturze. Polega ona na tym, że nie tylko wygląd, ale i postawa życiowa, która pogrążyłaby większość z nas - szarych ludzi - uchodzi im na sucho.

Keith Richards w filmie "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata":

A może też - jak ujął to redaktor internetowego serwisu "Daily Beast" w stwierdzeniu, które wydawało się być wyrazem podziwu - "Stonesi naprawdę żyją na innej planecie niż my wszyscy".

W tym miejscu powinienem prawdopodobnie wyznać, że o ile czułem się oczarowany i rozbrojony lekturą czarujących i pikantnych wyznań pana Richardsa, o tyle nigdy nie byłem wielkim fanem The Rolling Stones.

"Urok twardych mężczyzn i czarnej skóry"

The Beatles - tak. Bob Dylan - jak najbardziej. The Doors i Janis Joplin - jasna sprawa! Ale Stonesi wydawali mi się zawsze wrzaskliwi i zbyt głośni. Co więcej - biła od nich jakaś groźna arogancja.

W swoim eseju sprzed kilku lat Ian Buruma, częsty współpracownik literacko-kulturalnego dwutygodnika "The New York Review of Books", miał chyba na myśli właśnie Richardsa, kiedy pisał o "perwersyjnym faszyzmie" rockowej kontrkultury, o "uroku twardych mężczyzn i czarnej skóry", o pełnych uwielbienia tłumach, na które hipnotyzująco działają spektakle rockowej sławy.

Nie chcę przez to powiedzieć, że w Stonesach, czy kulturze lat 60. i 70., dającej się streścić hasłem "sex, drugs and rock'n'roll", było cokolwiek z faszyzmu. Zwłaszcza w latach 60., kiedy ich muzyka popłynęła jednym nurtem, wspólnie z ruchem antywojennym i postulatami wyzwolenia jednostki od arbitralnych ograniczeń, rockmani wyrażali prawdę - bezceremonialną i nagą.

Rzucali ją w oczy nie tyle samej władzy, co dyktaturze sentymentalnych mitów, dotyczących zarówno jednostki, jak i narodu. Ale też ich gwiazdorstwo i buntownicze zachowanie ludzi nie stroniących od narkotyków stanowiło wzorzec, do naśladowania którego raczej nie zachęciłbyś swoich dzieci.

Anegdota, którą Richards przytacza na wstępie swojej książki - i o której wspominają chyba wszystkie recenzje - opowiada o tym, jak Stonesi zostali aresztowani za posiadanie narkotyków w "konserwatywnej, wsiowej mieścinie na południu". Było to w Fordyce, w stanie Arkansas, w 1975 roku. "Podburzaliśmy młodzież do buntu - pisze Richards. - Deprawowaliśmy Amerykę". W tym czasie o pochwyceniu ich marzyły wszystkie organa ścigania w Stanach Zjednoczonych.

The Rolling Stones z "It's Only Rock'n'Roll" w 1974 roku:

Sytuacja ta ucieleśnia zjawisko, jakie socjolog z Harvardu, Daniel Bell, opisał w tym samym roku w swojej książce "Kulturowe sprzeczności kapitalizmu". Teoria Bella zakłada, że to właśnie nie mający swojego historycznego precedensu okres prosperity, urzeczywistniony dzięki zdyscyplinowanemu kapitalizmowi odkładającemu poczucie satysfakcji "na później", stał się źródłem niecierpliwej, hedonistycznej kultury natychmiastowego zaspokojenia - kultury, która miała zakwestionować te same wartości i praktyki, z których narodził się nowoczesny dobrobyt.

Narzędzie sabotażu?

A zatem, chociaż Richards wierzy, że działał na rzecz wyzwolenia (a nie wywrócenia na głowie) Stanów Zjednoczonych, to jednak on sam i pozostali członkowie zespołu, pędzący samochodem przez Fordyce, z kieszeniami wypchanymi torebkami z narkotykami, byli narzędziami sabotażu, stanowiącymi zagrożenie dla ustalonego porządku.

Ale co było dalej? Policjanci, którzy nagle osłupieli na widok gwiazdorów - przyczyniła się do tego świadomość, że zwali się im na głowę tłum dziennikarzy i szczycący się rozległymi znajomościami prawnik Stonesów - tak "pilnowali" zatrzymanych, że udało im się spuścić większą część swojej kontrabandy w toalecie. Potem w budynku sądu, szturmowanym przez jakieś dwa tysiące fanów, jeden po drugim zostały oddalone zarzuty. Na koniec muzycy objęli sędziego i ustawili się z nim do wspólnego zdjęcia.

Historia ta została opowiedziana przez Richardsa w cudowny sposób, ale trzeba również pamiętać o tym, że o ile Stonesi uszli z zamieszania cało, mimo iż obicia wewnątrz ich samochodu były dosłownie wypchane nielegalnymi substancjami, to większości z nas nie poszłoby w tej sytuacji tak łatwo.

Przynajmniej po części o to właśnie chodzi w "Życiu" Richardsa. Większość, a może nawet wszyscy chcemy poniekąd żyć życiem postkapitalistycznego spełnienia, nie będąc ograniczanymi przez obowiązek podporządkowania się regułom gospodarczej i społecznej dyscypliny. I podziwiamy ludzi pokroju Keitha Richardsa, który - jak ujął to recenzent z "New York Timesa" - przez całe życie "robił to po swojemu".

Ale niezwykłość Richardsa polega na tym, że potrafił to robić w sposób "wybitnie swój". Nawet w sytuacjach, w których nie udało mu się wyjść z opresji tak łatwo, jak w Fordyce (skazany za posiadanie narkotyków w Anglii i Francji, spędził trochę czasu w więzieniu), nie ucierpiał za bardzo.

Zaś kilka lat po incydencie w Fordyce, kiedy został skazany za posiadanie narkotyków przez sąd w Kanadzie, karą - jeśli upieramy się przy tym słowie - był wyrok więzienia w zawieszeniu i nakaz zagrania charytatywnego koncertu dla pacjentów i personelu Kanadyjskiego Narodowego Instytutu dla Niewidomych.

Richards i reszta Stonesów, w głębi serca chętni do czynienia dobra, poddali się karze z radością.

Keith Richards pozbywa się telewizora:

Gwiazdy rocka - z ich sławą, pieniędzmi i prawnikami - są po prostu inne. Reszta z nas - być może także ci, którzy, zainspirowani przykładem rockmanów, dążą do egzystencji przepełnionej gorliwym nonkonformizmem - zwyczajnie ma trudniej.

Jedni kończą z długimi wyrokami za posiadanie czy rozprowadzanie narkotyków, chociażby w stanie Nowy Jork, gdzie reguły, które stosowały się do gwiazd rocka, nie stosują się do zwykłych śmiertelników. Inni - odrzucając życie zgodne ze społecznymi regułami i model "dostrój się - włącz się - wyłącz się" (jak mawiał Timothy Leary) - skazują się na funkcjonowanie na rozgoryczonym marginesie.

Możesz wieść życie kulturowego banity. Jeśli masz talent, wygląd i szczęście, możesz, jak Keith Richards, wznieść się na wyżyny bogactwa, sławy, bujnego życia seksualnego i psychodelicznej przygody. Ale bez tych predyspozycji jest to bardzo ryzykowne - tak samo, jak dawniej.

Richard Bernstein, "New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Zobacz teledyski The Rolling Stones na stronach INTERIA.PL.

The New York Times

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje