Reklama

Krzysztof Krawczyk ujawnia wnętrze

O piosence "Parostatek" nie pada nawet słowo. Sporo natomiast o dzieciństwie, żałobie, duchowym odrodzeniu, duetach, wierze, nowej płycie, ukochanej żonie, biedzie, odchudzaniu, Janie Pawle II i pewnej radzie, jakiej udzielił mu niegdyś kolega po fachu, Jerzy Połomski. Krzysztof Krawczyk - wrażliwy na krzywdę bard ponowoczesności odsłania przed nami swoje bogate wnętrze.

Niedawno skończyłeś 60 lat. Pamiętasz swoje poprzednie okrągłe urodziny?

Reklama

W dzieciństwie urodziny obchodziłem rodzinnie, dopóki mój ojciec żył. Zmarł, jak miałem 16 lat, ale pamiętam, że zawsze było bardzo serdecznie. Mama robiła coś, co bardzo lubiłem - tartę, czyli ziemniaczane kluski z brązowym sosem, do tego jakiś zrazik i kapusta, a na deser torcik. Jak miałem 10 lat, była bieda. Takie czasy.

Gdzie je spędzałeś?

W domu. Wtedy mieszkałem jeszcze w Poznaniu. Paliliśmy w piecu węglem, który trzeba było w wiadrach nosić na drugie piętro. Nie zapomnę nigdy tych tramwajów przejeżdżających w nocy, tajemniczo rozsiewając światło po suficie. Po 1956 przenieśliśmy się do Łodzi. I tam pewnie miałem dwudzieste, których niestety nie pamiętam.

Już łapaliśmy za gitary, powstawały zręby Trubadurów. Zaczęliśmy śpiewać na studniówkach i zarabiać w ten sposób godne pieniądze. Jak miałem 24 lata, ruszyłem w trasę, w której jestem do dziś. Dlatego kolejne urodziny odbywały się w drodze i umknęły wśród innych wydarzeń.

Pamiętam też pięćdziesiąte - odbywały się u mnie w domu wśród brzóz. Było ognisko, przyjechali przyjaciele, grała kapela, było po prostu cudownie. A teraz jest żałoba po mamie i zupełnie nie miałem ochoty świętować.

Jak zmieniłeś się przez te lata?

Mam większy dystans do siebie i świata. Stałem się bardziej wrażliwy na krzywdę, szczególnie, kiedy czytam gazety i oglądam telewizję. Czasami wpędza mnie to w depresję. Jurek Połomski udzielił mi kiedyś rady, mówiąc: "Krzysiu pamiętaj, wszystko przemija". I o tym przede wszystkim trzeba pamiętać. Zastanawiamy się nad wyglądem, dobrą piosenką, atrakcyjnym show, a po śmierci i tak będziemy rozliczeni z miłości, z niczego więcej.

Twoje poprzednie płyty, "... bo marzę i śnię" i "To, co w życiu ważne", były produkowane przez Smolika, Bogdana Kondrackiego i Pawła Jóźwickiego. Na "Tacy samotni" nie ma żadnego z nich.

Smolik nie miał dla mnie czasu, Józek i Kondracki robili płytę Maryli Rodowicz i też nie mieli. Musiałem kogoś znaleźć. I znalazłem ludzi, którzy nie przekroczyli jeszcze trzydziestki - Roberta Kalickiego i Wiesława Wolnika. Jeden z Warszawy, drugi z Poznania - obaj niezwykle uzdolnieni. Ale na "Tacy samotni" hak polegał na tym, że ja złapałem za gitarę, a tekściarzy poprosiłem, żeby napisali, że jesteśmy samotni, że bez wiary nic by się nie działo, nawet kwiaty by nie rosły.

W tekstach jest dużo moich myśli, które później szły na papier, pod nuty. Wyszła nam płyta, która do tej pory jest oceniana jako najbardziej jednolita stylowo i najlepsza moja polska płyta.

To dlaczego sam nie wziąłeś za pióro i nie napisałeś tekstów?

Piszę, ale nie mam talentu literackiego. Mogę być tylko inspiratorem, nawet nie współautorem. Dobieram ładnie słowa, ale one mi się nie kleją w teksty.

Na obu tamtych płytach też podsumowywałeś swoje życie. Czym ta się wyróżnia?

Od pewnego czasu śpiewam swój życiorys. Na tamtych płytach teksty są sprytnie podane w filozoficznej otoczce, zakamuflowane poezją. Najnowsze są bardziej dosłowne, wyraziste i dojrzalsze. Wszystko powiedziane jest wprost, że anioł obok śpi i to jest moja ukochana Ewa, że grzechem jest zdrada i rozbijanie rodziny. Na "Tacy samotni" zawarłem przesłanie o moim życiu.

W jednej z piosenek śpiewasz ze smutkiem, że "miałeś przyjaciela przez tyle długich lat". To także autobiograficzne?

Tak. Miałem przyjaciela, na którym się strasznie zawiodłem. Nie chodzi tu tylko o przyjaciela, ale również o dziewczynę, która poszła z innym. To była moja druga żona - tak się skończył piękny sen o małżeństwie. Właśnie z tego związku jest mój syn. Moja żona była bardzo zdolną piosenkarką, śpiewała w zespole Amazonki, ale tak, jak mnie nie udało się ojcostwo, tak jej macierzyństwo.

Zaśpiewałeś na ostatnich płytach kilka ciekawych duetów. Tu nie ma żadnego. Dlaczego?

Brakuje mi sześciu duetów, aby zrobić płytę z duetami, która byłaby jedną z niewielu płyt tego typu na polskim rynku. Myślę, że piosenki z Norbim, Edytą Bartosiewicz, Muńkiem Staszczykiem i Piaskiem są pomysłem na jedno z następnych wydawnictw. Poza tym leżą dwie płyty, uważam, że jedne z najlepszych przeze mnie nagranych. Jedna countrowo-rockandrollowa po angielsku nagrana w Stanach Zjednoczonych i druga zarejestrowana w Olsztynie. Nigdy już tak dobrze nie śpiewałem jak wtedy.

Rozmawiał Leszek Gnoiński.

Całość wywiadu w najnowszym numerze "Machiny".

Zobacz teledyski Krzysztofa Krawczyka na stronach INTERIA.PL.

Machina

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: wnętrza | urodziny | samotni | Krawczyk | wnętrze | Krzysztof Krawczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje