Reklama

Reklama

Koniec kilku klubów

Dziś podpadnę (i to strasznie) zwolennikom zamkniętego niedawno warszawskiego klubu Le Madame. Mianowicie stwierdzę, że zamknięto go słusznie. I powiem to w czasie trwającego właśnie Festiwalu Równości. Aż mnie serce boli, niestety.

* * *

Kiedy miałem niecałe czternaście lat, mieszkałem na ulicy Ogrodowej w Warszawie. Była to strefa niczyja, na styku Woli, Śródmieścia i Żoliborza - skrawek ziemi, który rządził się swoimi potajemnymi prawami. Nie znali ich milicjanci, nie znali księża z pobliskiej parafii i - oczywiście - nie znali ich nasi rodzice.
Na co dzień grzeczni - wieczorami stawaliśmy się źli, na ile się w tym wieku dało. Bójki i wyprawy na sąsiednie podwórka były codziennością, niektórzy włamywali się do kiosków, kradli papierosy i pobierali haracze od przypadkowych frajerów przechodzących przez nasz teren, jeszcze inni używali grypserki do prostych nawijek między ludźmi. (Sorki, nie będę tłumaczył).

Reklama

U paru chłopaków (przepraszam - "ludzi", bo "chłopaki to u szewca szpilki prostowali") pojawiły się pod okiem cynkwajsy, czyli niewielkie wytatuowane kropki świadczące o tym, że jest to człowiek prawilny (albo charakterny), jakby właśnie wyszedł z kicia. Niektórzy wreszcie robili sobie sznyty - czyli chlastali się do krwi żyletkami, wprawdzie nie za głęboko, ale potem wieczorami demonstrowali świeże blizny na ramionach. Najwięksi twardziele chlastali sobie klatki piersiowe i robili wszystko, by szramy były jak największe. Zawodowcy potrafili pstrykać żyletkami tak celnie, że z odległości kilku metrów przecinali wiszące z trzepaka nitki.

Niby w tym wszystkim tkwiłem, ale równocześnie byłem outsiderem. Nosiłem długie włosy i próbowałem grać na gitarze, ale też żyłem tam na co dzień, więc nie wszystkiego dało się uniknąć. Pozornie wygodna postawa, która jednak wymagała czujności, bo były to czasy, w których długowłosi mieli krzywo.

O tym, że tak barwnie u nas jest, dowiedzieli się studenci psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i - ku ogromnemu zaskoczeniu wszystkich - otworzyli w piwnicach pobliskiej szkoły podstawowej klub dla młodzieży trudnej. Czyli dla nas. Nazwali go "Piekiełko".

* * *

Le Madame to piękne miejsce. Mógłbym tam mieszkać i nie wychodzić na zewnątrz. Zielone kolory, przeszklony dach, porozstawiane wielkie stare łóżka, na których można leżeć i rozmawiać z innymi trzymając wino w reku. Urocze i kuszące. Do tego mnóstwo zakamarków, korytarzy, piwnic. No i bary. W tym miejscu każda głowa musiała fermentować i to niekoniecznie od alkoholu.

Kiedy się tam zjawiłem po raz pierwszy - stojąca właśnie na scenie Kazimiera Szczuka dowodziła, że faceci w Unii Europejskiej to takie same bestie, jak wszędzie indziej. Szydziła z nas równo i dostawała od nas oklaski.

* * *

Słówko o muzyce. Zawsze musi być słówko o muzyce, zapamiętajcie. Muzyka łagodzi obyczaje.

Przypomniał mi się zespół Chicken Shack, w którym na gitarze grał Stan Webb. Straszny zawadiaka i niezły twardziel, który trącał struny w łobuzerski sposób i krótkimi rwanymi solówkami, wziętymi z własnej odmiany bluesa, okraszał niemal wszystkie kawałki.
Dla swoich wybryków miał niezwykłe tło: w zespole tym na fortepianie plumkała jedna z moich największych idolek w życiu, Christine Perfect-McVie, która wiele lat później wylądowała na zawsze we Fleetwood Mac. Przeczytajcie jej nazwisko jeszcze raz. Teraz już wiecie skąd wziąłem nazwę dla pewnego zespołu.

Otóż tak, jak Stan Webb, potrafił grać na gitarze Witek Skrzypek, mój wielki friend z podwórka na Ogrodowej. Był to koleś całym życiem oddany muzyce, ale zarazem typek, który za nic nie chciał nigdy występować. Miałem więc unikalną frajdę, gdy razem brzdąkaliśmy w jego mieszkaniu kawałki zespołu Artwoods, a jego ojciec karmił nas gotowanym boczkiem i wiśniówką.

Bo - widzicie - w przerwach między nerwowymi chwilami na owym podwórku, a nauką w liceum, zbierały się tu muzyczne szumowiny z całej okolicy. W różnych piwnicach i mieszkaniach tworzyliśmy swój gitarowy świat. Nie umiałbym grać, gdyby nie to podwórko i gdyby nie tacy ludzie, jak Witek.

* * *

Le Madame to jeden z najfajniejszych i najprzytulniejszych klubów w historii Warszawy, a jednak dostanie dziś ode mnie wyrok. I nic tu nie pomoże fakt, że porównam go do najsłynniejszego nowojorskiego miejsca artystycznego, jakim jest CBGB's na dolnym Manhattanie.

Ani to, że sytuacja jest niemal bliźniacza, bo CBGB's też zostanie zamknięty - nastąpi to 1 października i to niemal dokładnie z tych samych powodów, co Le Madame. Chyba, że zdarzy się cud.

* * *

Brodaty cizio zamiata chodnik, pluje na ziemię i nic nie mówi. Właściciel CBGB's Hilly Kristal to dziwny pojazd. Mrukliwy, chłodny, gburowaty. Łypnął na mnie i warknął w stronę Louise: "Co, kolejny Polak chce się załapać w Ameryce na krzywy ryj?". "E!... E!..." - uniosłem okulary, ale na szczęście Louise uśmiechnęła się mówiąc "On ma taki styl żartów, spoko" - i to nas rzeczywiście uspokoiło.

Boska Louise. Piękna, kochana Louise.

Poznałem ją w 1976 roku, gdy była niemal dzieckiem. Poznałem, to zbyt duże słowo - "ujrzałem" byłoby bardziej na miejscu. Tego zimowego wieczora nie miałem co robić i mój dobry duch o imieniu Mirek postanowił mnie obwieźć po najsłynniejszych muzycznych miejscach Manhattanu, a dokładnie Wschodniej Wioski.

Najpierw minęliśmy świątynię, jaką było studio Electric Ladyland, stworzone przez Jimiego Hendrixa. Fasada zniszczonego budynku, wymalowana bajecznym graffiti zachęcała do zatrzymania samochodu. Spuszczone stalowe rolety w oknach i futrynie mówiły jednak, że nic więcej zobaczyć się nie da. Pojechaliśmy dalej.

Kwadrans później wpadliśmy do klubu "Rose's" przy 14 Ulicy, o którym Mirek słyszał coś, choć dokładnie nie pamiętał co. Wewnątrz byli sami mężczyźni, a na scenie śpiewał transwestyta, któremu w przerwach między zwrotkami roześmiani przystojniacy wkładali banknoty za biustonosz. Wyszliśmy bardzo szybko, być może nawet za szybko, bo było to miejsce ciekawe. Niestety, wychowane w kulcie macho nasze polskie dusze czuły się nieswojo wśród samych gejów. Facet na scenie śpiewał pięknie, trochę jak Freddie Mercury, tyle że falsetem - ale o Mercurym i Queen świat się dopiero dowiadywał, więc był to dla mnie mały szok.

Na koniec zajechaliśmy pod klub, o którym Mirek wiedział jedynie tyle, że wewnątrz podczas występu zespoły czasami plują na widzów i vice versa - i że w tym miejscu jest to normalne. Byłem tym ciut zaniepokojony, ale wszedłem do środka. Przy wejściu siedziała śliczna nastolatka, stemplowała nadgarstki i rozdawała odbite na xero fanziny. Zapytała skąd jestem, a ja zapytałem jak ma na imię. Niczym hasło i odzew wymieniliśmy słowa "Poland" i "Louise" oraz westchnienia podziwu "Oh!". Wszedłem do środka, zamówiłem podwójną J&B i zasiadłem przy barze.

* * *

Wiele miesięcy temu miałem w Le Madame spotkać się z Dorotą Nieznalską, której do tej chwili osobiście nie znałem. Wcześniej prawa Doroty do wystawienia instalacji "Pasja" broniłem publicznie niczym Chuck Norris (i bronić będę zawsze) - teraz mieliśmy się po raz pierwszy spotkać face to face.
Wypełnione ludźmi wnętrze mnie oczarowało. Mężczyźni siedzący na drewnianych krzesłach i kobiety leżące na wielkich łóżkach plus czarujący klimat niespotykanej zieleni - to wszystko mogło być wyłącznie miejscem dla niespokojnych umysłów.

Słuchałem czyjegoś występu i skumałem, że podoba mi się tu bardzo. Ze szklanką wody usiadłem na wolnym łóżku. Po chwili podeszła Dorota. Towarzyszył jej brat i natychmiast zaczęliśmy kapitalną rozmowę, jakbyśmy się znali lata całe. Brat Doroty wspiera ją finansowo i organizacyjnie, bo w nią wierzy i jest jej bratem. Przyjechał do Le Madame, by zorganizować w tym miejscu kolejną instalację, która miała się ujawnić za kilka tygodni.
"Wszystkie sponsorowane przez władze galerie odmawiają Dorocie wystaw. Ona zginie, jeśli coś się nie stanie. Dlatego musimy pokazać ją tu, w Le Madame, żeby Warszawa ją zobaczyła". Słuchałem i dziękowałem Bogu, że ten klub powstał.

* * *

Wtręt: Dorota aktualnie przebywa w Niemczech i wystawia tam w znakomitych galeriach. Na dodatek jest zakochana - więc czy może być lepiej? Może: jej wystawa w Starym Browarze w Poznaniu kazała najsurowszym nawet krytykom przyznać, że jest to piekielnie zdolna artystka, choć krnąbrna, jak mało kto. Kilku ważniaków uznało to za wielką zaletę. Mam to na papierze, wydrukowane w wielu gazetach, jakby co.

* * *

"Piekiełko" istniało kilka tygodni. Przesiadywaliśmy tam godzinami, spędzając czas na pleceniu smutków, aż pewnego dnia powiedziano nam, że "władzom nie podoba się tak wielka koncentracja żuli w jednym miejscu" i klub zamknięto. Znowu wylądowaliśmy na ulicy.

* * *

Tego dnia na scenie CBGB's grał zespół tak dziwny, że zachwiał się mój cały muzyczny świat. Nazywali się The Shirts i poczynali sobie bardzo ostro. Oczywiście, na "dzień dobry" nazwali wszystkich przybyłych (trzydziestu może) widzów "pierdolonymi chujami", ale zaraz dodali, że od naszej reakcji na ich dźwięki zależeć będzie, czy ta ocena zostanie podtrzymana.
Pierwsze riffy wykazały, że gitary są rozstrojone, a wokalista fałszuje. Potem było jeszcze dziwniej. Perkusista co chwila przerywał nierówny łomot i wściekle kopał bębny, bo mu się rozjeżdżały. Basista natomiast skupiony był na strzelniczej tarczy, która wisiała z boku sceny - pluł w nią i kiedy trafiał w dziesiątkę, szyderczo się śmiał. Moją uwagę przykuła wokalistka, która poruszała się niczym tancerka z eksperymentalnego teatru. Od barmana dowiedziałem się, że nazywa się Annie Golden i że jest lokalną boginką świata punk. Gdy zaśpiewała - zaniemówiłem. To było jak kopnięcie prądu. Doznałem olśnienia i w sekundę skumałem, że coś się ze mną dzieje niedobrego. Zakochałem się w Annie natychmiast.

No dobra, powiem wam - wypiłem z nią wtedy drinka i to wszystko. Trwało to dziesięć minut, a mój beznadziejny angielski pomógł bardzo w skróceniu rozmowy.

Trzy lata później nieoczekiwanie zobaczyłem jej twarz na wielkim ekranie - wspaniale zagrała jedną z głównych ról w filmie "Hair" Milosa Formana. Dziś - w co mi żaden punk nie uwierzy - Annie Golden występuje w musicalach na Broadwayu.

Występ Shirts w CBGB's doprowadził nas wszystkich do amoku; po pół godzinie tańczyliśmy między stołami, barman skakał na ladzie, a małoletnia Louise podskakiwała wraz z nami, rzucając w górę czarnobiałe ulotki. Tego dnia punk rock dostał dożywotnie prawo wstępu w moje życie. Gdy dziś widzę i słyszę jakiś Offspring, Trapt czy nawet Greenday - sorki, ale stać mnie jedynie na uśmiech wyrozumiałości.

* * *

Wracamy do teraźniejszości. Jest rok 2006. W sobotnie marcowe popołudnie ląduję w Le Madame po raz ostatni. Wszędzie krzątają się młodzi ludzie. Nie widać na ich twarzach rezygnacji, nikt się nie przygnębia, nie widać, żeby załamani ślęczeli nad flaszką, choć na następny dzień zaplanowano oficjalne zaspawanie klubu na amen przez komornika.
"No i co z tego?" - mówią. Jest jeszcze całe 24 godziny i Le Madame oddycha do końca. Na dziś użyczono małą scenę w podziemiach studentom Warszawskiej Szkoły Filmowej.

Przez godzinę oglądam piekielnie forsowne aktorstwo, które propaguje absolwentka nowojorskiej "Actor's Studio" Ela Słoboda. Metoda zwana "niegraniem" poraża siłą wyrazu. W jednej ze scen młoda aktorka gra nastoletnią morderczynię w taki sposób, że zaczynam się niepokoić, czy aby naprawdę kogoś zaraz nie zabije.

A potem brawa, gratulacje i wyjście na zewnątrz. Pod nogami chrupie śnieg. Zerkam na wielkie pomazane drzwi. Koniec. Jutro Le Madame zamknie je na zawsze.

* * *

Lista artystów, którzy wystąpili w CBGB's w ciągu ponad trzydziestu lat istnienia tego klubu idzie w dziesiątki tysięcy. W poniedziałki grało tam niekiedy siedem kapel w trakcie jednego wieczoru, jedna po drugiej, a każda miała 30 minut na cały występ. Wśród nich byli debiutanci o nazwach Korn, Police, The B-52's, Bad Brains, Blondie, The Clash, Dave Matthews Band, Green Day, Goo Goo Dolls, Living Colour, Offspring, Pearl Jam, Ramones Sonic Youth, Patti Smith, Soundgarden, The Strokes, Talking Heads i Television.

Prominentnych gości, którzy wpadali posiedzieć, wypić drinka i posłuchać muzyki też nie da się zliczyć, bo wpadali wszyscy - od Andy Warhola, po Micka Jaggera i Davida Bowie, od Martina Scorsese po Spike'a Lee i od fenomena graffiti, malarza Keitha Haringa (założony przez niego sklep "Pop Shop" przy ulicy Lafayette na Manhattanie zostanie zamknięty w sierpniu z tych samych powodów, co CBGB's) po fenomenalnego dramaturga Tony Kushnera. Czasem na scenę wszedł Allen Ginsberg, kiedy indziej Iggy Pop lub Paul Simon. Wpadał tu i śpiewał Bruce Springsteen.

A teraz był listopad 1988 roku i patrzyłem jej w oczy. "Czwartego stycznia" - powiedziała Louise i nogi się pode mną ugięły. Kristal burknął jedynie, że musi zapamiętać, żeby tego dnia nie przyjść do pracy, ale ja już tańczyłem na ulicy z radości.

4 stycznia 1989 roku jako pierwszy artysta nie tylko z Polski, ale w ogóle z Europy Środkowej zagrałem w CBGB's koncert. Opisały to potem (i to tak życzliwie, że aż nie wierzyłem własnym oczom) "The New York Times", "The New Yorker" oraz "The Village Voice" (ten aż na dwóch stronach) oraz zrelacjonowały amerykańskie telewizje. Potem był trzystronicowy wywiad dla "SPIN'a". Kiedyś to wszystko zrelacjonuję, ale teraz jest po prostu nieważne (jedynie się chwalę, to wszystko).

* * *

Prawicowym władzom Warszawy Le Madame się nie spodobał. Pewnie gdyby tam powstał klub młodych patriotów, którzy deklamują wieczorami wiersze o Piłsudskim - klub by dostał lokum za friko i jeszcze niezłą dotację. Ale punkt, do którego przylgnęła etykieta klubu gejowskiego, nie miał szans.

Władzom Nowego Jorku sarkastyczny właściciel punkowej oazy też nie pasował, ale tu nie miały one nic do powiedzenia. Klub mieści się w budynku należącym do fundacji zajmującej się bezdomnymi nowojorczykami (trzy piętra nad klubem zajmuje hostel dla 250 ludzi, którzy wcześniej mieszkali na ulicy). Fundacja ma inne cele, niż ratowanie alternatywnej muzyki.

W obydwu przypadkach pojawiły się listy protestacyjne przeciwko niszczeniu nowej tradycji i awangardowej kultury. Nie wiem która mocniejsza. Same autografy złożone na liście nowojorskiej warte są ponad dwieście tysięcy dolarów. I jedno stało się jasne: rzeczywiście, w obydwu przypadkach kultura traci bardzo, bardzo dużo. Tego żal mi szczególnie.

* * *

Pomińmy teraz szeroko opisywane w mediach akcje wspierania i ratowania Le Madame. Rzecz bowiem w czym innym.

Okazało się, że w obu przypadkach właściciele zalegają z czynszem na ogromne kwoty - CBGB's na 300 tysięcy dolarów, Le Madame - jak oświadczyli ludzie z warszawskiego ratusza - na 200 tysięcy złotych. W obu wypadkach właściciele klubów oświadczyli, że kwoty są za duże, bo nie podpisali wcześniej stosownych umów najmu. Czyli przyznali w ten sposób, że obaj działali w pewnym sensie nielegalnie.

W obydwu wypadkach właściciele klubów zapowiedzieli, że są w stanie natychmiast spłacić długi (mówiąc krótko - mają na pieniądze) pod warunkiem jednak, że właściciele budynków pójdą im na rękę i podpiszą z nimi nowe umowy na dogodnych warunkach. W ten sposób przyznali, że nie był to zły interes i byli skłonni go ciągnąć dalej, płacąc za to wielką kasę.

Fani obu miejsc twierdzą, że trzeba szefów CBGB's i Le Madame traktować jak mecenasów sztuki. Zamyślam się nad tym przez chwilę. Gdyby te ogromne kwoty zostały wydane na promocję sztuki - serce by mi zawyło i pewnie bym pognał do ratusza. Tymczasem spotkałem wielu artystów, którzy twierdzili, że w Le Madame prezentowali się za darmo, albo za psie grosze, choć klub inkasował ze wejście 10 złotych i masowo sprzedawał (a nie dawał za darmo) alkohole i inne napoje.
W sprawie CBGB's wręcz zawiązała się zaskakująca koalicja kapel, które za swoje występy nigdy nie dostały centa, choć wejście kosztowało 20 dolców. "Gościu kosił kasę na naszych plecach, przecież w końcu nie on tam występował" - powiedział gitarzysta jednego z zespołów.

Negocjacje nowych umów przebiegały podobnie. W obu wypadkach właściciele budynków (czyli nowojorska fundacja i warszawski ratusz) powiedzieli: najpierw zapłaćcie to, co nam wisicie, potem pogadamy. Sprawy utknęły, bo Kristal i Legierski mieli odmienne zdanie i woleli najpierw dostać gwarancje istnienia, a potem dopiero oddać długi. W ruch ruszyły - ogólnie rzecz biorąc - wypowiedzenia najmu, w ślad za nimi protesty, resztę znacie. I tyle.

* * *

W całym tym zamieszaniu chciałbym zwrócić uwagę na podstawową prawdę..

Właściciele obu opisywanych klubów, to ludzie biznesu. To nie są charyzmatyczni, społeczni działacze kulturalni, jak sugerowało złudzenie. Nie są to wolontariusze, którzy własną krwią i kasą wspierają obrzeża oficjalnej kultury. Oni doskonale radzą sobie w swoich przedsiębiorstwach, nie dokładali do nich ani grosza, wydawali na oferowane atrakcje (np. występy) niewiele i dzięki temu świetnie w swoich klubach zarabiali (i brawo!). Jest pewne, że będą sobie dalej świetnie radzić bez tych miejsc. 72-letni dziś Hilly Kristal nie pęka i ma w planie otwarcie filii CBGB's w Las Vegas oraz drugiego klubu na Manhattanie. 28-letni Krystian Legierski już otworzył w Warszawie kluby M25 i Tomba Tomba, które świetnie prosperują i nie ma tam ani darmowego wstępu, ani posiłków czy napojów za friko. TO BYŁ I JEST dla nich BIZNES - i tyle.

Powiedzcie mi więc teraz: Gdyby ktokolwiek z Was wynajął komuś swoje mieszkanie, powiedzmy malarzowi czy kreatorowi poetyckich wieczorów, i pewnego dnia skonstatowalibyście, że ów czarodziej nie płaci Wam za czynsz już od roku - jak byście zareagowali? Hę?

* * *

Być może władze miasta Warszawy i burmistrz Nowego Jorku powinni dorzucić nieco kasy do działalności tak ważnej, jak działalność takich miejsc, jak CBGB's i Le Madame. Może należy od nich tej kasy zażądać. Może należy dalej rozmawiać, walczyć, perswadować i rzucać zaklęcia. Może powinny się tym zająć jakieś specjalne stowarzyszenia, fundacje czy organizacje non-profit, a może dalej to powinni prowadzić prywatni biznesmeni. Nieważne.
Ale jak już coś - płacić za czynsz należy. A prowadzić działalności w lokalu, do którego się nie ma praw (np. umowy najmu) - nie. Takie jest życie.

Le Madame póki co nie istnieje i nie wiem, czy kiedykolwiek zmartwychwstanie. Nie mam pojęcia, czy właścicielowi zechce się popracować naprawdę charytatywnie i dla dobra sztuki. Oby.

CBGB's powoli odłącza kabelki. W Halloween (31 października) odbędzie się tam ostatni koncert i następnego dnia zacznie się wynoszenie szklanek, stołów i wzmacniaczy. Póki co możecie tam zaglądać codziennie - transmisja telewizyjna jest ogólnodostępna na stronie www.cbgb.com. Weźcie tylko poprawkę na 6 godzin różnicy czasu. Ja właśnie kończę ten felieton, a w CBGB's dopiero zaczynają grać - wszak jest druga w nocy.

Zbigniew Hołdys

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje