Reklama

Akademia Sztuk Przepięknych

Znowu nawaliłem. Myślę jednak, że tym razem mam wytłumaczenie. W każdym razie już za tydzień kilkaset tysięcy ludzi będzie mogło ocenić, czy to wytłumaczenie jest wystarczające.

Było to półtora roku temu, w grudniu 2003. Zbliżał się kolejny Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, tymczasem w Polsce od tygodni trwała ostra akcja medialna przeciwko Owsiakowi jako "woodstockowemu" chuliganowi. W powietrzu wisiały jakieś procesy, Radio Maryja wzmacniało nadajniki, a prasa brukowa miała używanie. Przeczytałem gdzieś kolejny opluwający go tekst i zadzwoniłem do Wojtka Morawskiego. Powiedziałem, by czekał na mnie za pół godziny, gotowy do wyjścia. Zapytał, o co biega. Rzuciłem, że pojedziemy do Owsiaka dodać mu otuchy. "A to, to proszę uprzejmie" - odparł Wojciech.

Reklama

* * *

To, że że pewnego dnia dotychczasowa formuła "Przystanku Woodstock" się wypali, wiedzieliśmy wszyscy. Tak po prostu jest w świecie sztuki. Coś się zaczyna, coś gaśnie. Owsiak o tym wiedział doskonale i kombinował od lat co z tym fantem zrobić.
Jeszcze wcześniej, bo dwa lata temu, zadzwonił do mnie i zapytał, co sądzę o przywleczeniu na Woodstock jakiejś wielkiej gwiazdy w rodzaju Red Hot Chilli Peppers. Muzycznie pomysł wydawał się świetny, ale organizacyjnie - był nie do ugryzienia. Artyści w rodzaju Red Hotów czy Pink Floyda (bo i o nich rozmawialiśmy) nie mogą sobie pozwolić na przyjazd gdzie chcą, ot tak. Są to zbyt wielkie przedsiębiorstwa, podlegające zupełnie innym regułom, niż przepiękne szaleństwo Owsiakowej akcji. Wokół takich kapel pracują setki ludzi, żyją z nich tysiące, ich koncerty są wielkimi biznesowymi przedsięwzięciami, planowanymi na kilka lat z góry i nikt się nie zgodzi, by kapela tego formatu zagrała gdziekolwiek za darmo.
Kiedyś, gdy The Rolling Stones zaczęli przygotowania do światowego tournee, informację o tym podali najpierw w "The Wall Street Journal", gazecie finansistów.

Zasugerowałem Jurkowi inne rozwiązanie - porozmawiajmy z ludźmi Petera Gabriela i jego firmą Real World. Gabriel mógłby na to pójść, jest społecznikiem, uwielbia zaszczepiać w świecie nowe kultury, sam by pewnie nie wystąpił, bo też ma agentów przyssanych do dupy, ale być może podesłałby wykonawców ze swojej stajni - jednak Jurek się do niego nie zapalił.
Z tamtej rozmowy zapamiętałem jednak jego zupełnie inną wypowiedź: "Powoli mam dość Woodstocku w formie zwykłego spędu zespołów rockowych. Wolałbym już przenieść to gdzieś na jakieś wielkie wzgórze, gdzie trzeba by z plecakami i namiotami wleźć stromo ze 2 kilometry - wtedy bym wiedział, że przyjadą najbardziej zdeterminowani, najfajniejsi, którym o coś w życiu chodzi. Moglibyśmy wtedy razem pogadać. Ale tego, ot tak, zrobić się nie da".

* * *

Gdy przyjechaliśmy z Wojtkiem na Mokotów, Jurek siedział przygnębiony w biurze fundacji. Ucieszył się bardzo, bo nikt go w tych dniach nie odwiedzał. Szybko zeszliśmy na istotne dla nas tematy. Gdy zaczął mówić, zrozumieliśmy, że nagonka zrobiła swoje - był dzielny, ale psychicznie poobijany. Pokąsany przez media i lekko na offsajdzie zastanawiał się nad wszystkim, co się w jego życiu stało. Także nad kluczowym pytaniem: "Po co to wszystko?". "Wiesz, że jak kojfniesz, nikt tego nie pociągnie?" - zapytałem w pewnej chwili. "Wiem" - pokiwał głową. Zaległa cisza.
Niech ona i Wam zadzwoni teraz w uszach. Postarajcie się zrozumieć ten mechanizm. Kiedy wielka osobowość stworzy coś imponującego i nagle sama odejdzie, z reguły okazuje się, że w pobliżu nie było miejsca na jeszcze jedną silną osobowość, która mogłaby pociągnąć całe przedsięwzięcie dalej. Powstaje pustka i nie ma komu kontynuować akcji. Gdy Owsiak odejdzie, Orkiestra przestanie grać. Zapamiętajcie.

* * *

Do sprawy Red Hotów wracaliśmy jeszcze parę razy, nawet po wielu miesiącach, tak mocno mu się ten pomysł wwiercił w głowę. Mnie tymczasem spodobało się zupełnie co innego - na ubiegłorocznym Woodstocku zagrały liczne zespoły niemieckie. Tego nikt się nie spodziewał. Wielkie festiwale można robić na dwa sposoby - od góry, z zaangażowaniem wielkich gwiazd, lub oddolnie, z zaangażowaniem ludzi znikąd, samych z siebie. Jak tak dalej pójdzie - kombinowałem - powstanie z "Przystanku" spory festiwal międzynarodowy i zaczną na nim grać nowoczesne, undergroundowe kapele z Niemiec, Francji, Włoch czy Anglii. Taka wymiana kultur - to piękna rzecz. Urośnie - miałem nadzieję. I tego Owsiakowi pogratulowałem od razu.
W głowie tlił mi się jednak inny plan. A właściwie odgrzewał.

* * *

Pewnego dnia wyjaśnił mi to psycholog. "Rekompensujesz sobie coś" - powiedział. "Sam sobie ustal co". Chodziło o moje bezsensowne czasami działania charytatywne, obrona Shazzy czy Górniak, wspieranie ćpunów czy pisanie sztuk teatralnych dla dzieci. Kiedyś w Perfekcie technicznym został kryminalista, bo mnie kumpel poprosił o pomoc, mówiąc, że facet się zapije z bandziorami ze swojej dzielnicy. A potem ten kryminalista o imieniu Daniel uruchomił nielegalny handel wódką podczas koncertów. Nie wiem, co mnie pcha w tym kierunku. I wiem, że to niekiedy drażni moich bliskich, bo zajmuję się tym bardziej, niż własnymi sprawami.

W lipcu 1979 roku zorganizowałem z zespołem Perfect, wówczas prawie nieznanym, ale wygrywającym już rockowe rankingi w piśmie "Non Stop" (gdyby Perfect istniał, obchodziłby właśnie 28. urodziny, a nie 25., jak opowiada człowiek, który w nim śpiewał) koncert na rzecz UNICEF-u. Opisały go różne gazety, można zajrzeć. W wypełnionej Sali Kongresowej zagrało kilkanaście nieznanych wtedy kapel, debiutował Rysiek Riedel, zahulał zespół Exodus. Niestety, wszystkie dary, które napłynęły - rozkradziono. Już wtedy powiedziałem sobie "nigdy więcej", ale skaza okazała się silniejsza.

* * *

Po rozwiązaniu Perfectu w roku 1983 miałem sporo wolnego czasu i w klubie "Stodoła" uruchomiłem cotygodniowe spotkania muzyczne o nazwie "Krwawy Wtorek". Był to czas Jaruzelskiego. Ludzie szukali szczęścia wszędzie, w szczelinach, gdziekolwiek. "Krwawe Wtorki" miały im to dać. Plan był prosty: dać im więcej, niż się spodziewali. Każdego z tych dni miał zagrać na żywo jeden unikalny zespół; miał być jednak też pokazany na video jakiś nieznany w Polsce film i miało się odbyć spotkanie z kimś, kogo prywatnie spotkać się nie dawało - z gwiazdą sporej klasy. Przed debiutem powiesiliśmy kilka plakatów na mieście i czekaliśmy na wynik.
W pierwszy wtorek przyszło ze 150 osób, czyli raczej cienko. Tydzień później zjawiło się ponad 800 ludzi, a z trzecim razem "Stodoła" pękała w szwach - przybyło tych ludzi półtora tysiąca. Byłem w szoku. Tłum siedział na murkach, schodach, sedesach, popielniczkach. Atmosfera była rewelacyjna, choć trzeba było gwałtownie sprowadzać bramkarzy z innych lokali.

Moimi gośćmi ludzie ważni wówczas dla świata: Martyna Jakubowicz (cudowna zupełnie osoba i artystka), Grzesiek Ciechowski (okazało się, że kapitalny i dowcipny gawędziarz) i Wojtek Mann z Janem Chojnackim, czy też jeden z nich, nie pamiętam już za dokładnie. Na żywca zagrał Tomek Lipiński z Tiltem i awangardowy gdański zespół Apteka, zaś ostatniego tygodnia recital z gitarą dała sama Martyna. Filmy (które ryzykownie szły poza cenzurą) wywołały w młodych ciarki - pamiętam dwa tytuły: "Klasa 1984" (o przemocy szkolnej) i "Papillon" - ze Steve McQueenem i Dustinem Hoffmanem, o skazańcach uciekających ze strasznego więzienia na wyspie.
Ci, co sądzili, że taka mieszanka kulturowa nie przejdzie w świecie czystego rocka, byli w błędzie. Tłum rockfanów, barwnych młodych ludzi, punków i hipisów, z włosami czarnymi i czerwonymi, oglądał te filmy z zapartym tchem, stojąc na schodach i wisząc na barierkach; a potem dyskutował z gośćmi z pasją i burzliwie - i przede wszystkim wspaniale. Koncerty, którymi kończył się każdy "Krwawy Wtorek", były na tyle porywające, że zaczęła przyjeżdżać milicja obywatelska.
Odbyły się tylko trzy "Krwawe Wtorki". Po trzecim zainterweniowali wszyscy - cenzura, okoliczni mieszkańcy, a rektor Politechniki dorzucił swoje trzy grosze, że się boi zamieszek.

* * *

We wrześniu ubiegłego roku znów wziąłem Morawskiego i znów pojechaliśmy do Owsiaka. Miałem dla niego propozycję.
Tym razem był to zupełnie inny człowiek - rozpierała go energia, jak po każdym udanym "Przystanku". Gadaliśmy o różnych nieważnych rzeczach i w wtedy powiedziałem mu znienacka o swoim pomyśle: "Wiem, co powinieneś zrobić na 'Przystanku'". "Co?" - zapytał. "Postaw parę wielkich namiotów gdzieś z boku, nazwiemy to Akademia Sztuk Przepięknych, zaprosimy ciekawych ludzi, pisarzy, malarzy, zrobimy warsztaty muzyczne i filmowe, aktorskie, weźmiemy Bogusia Lindę, ludzi z Warszawskiej Szkoły Filmowej. Niech się zacznie coś dziać poza zwykłym spędem koncertowym".
Spojrzał z zaciekawieniem. "Dobry pomysł" - powiedział. Po chwili jednak się zawahał. "Nie jestem tylko pewien, czy to się uda w takiej formie... Kogo zainteresują warsztaty?" "Wszystkich" - odpowiedziałem i przypomniałem mu spotkania "Krwawego Wtorku". "Taaa... gadu gadu... Ale dziś czasy są inne, młodzież jest inna" - odparł. Zaczęła się dyskusja. Zataczaliśmy w niej koło. Wojtek raz się z nim zgadzał, wtedy ja próbowałem ich przekonać, a potem Wojtek zmieniał zdanie i Jurek znowu się wahał.
"To za mało, kurwa, to musi być jakaś wielka akcja... tu trzeba zrobić jakieś szaleństwo, jakąś defiladę potworów z papieru, paradę smoków... o, tu maszeruje Straszny Strach!... jakieś wspólne malowanie obrazu..." - gęba mu się nie zamykała. "?Niech zagrają razem na bębnach, bo tak to oni nie przyjdą do tych namiotów". "Przyjdą" - odpowiedziałem. Pomysł z defiladą mi się spodobał, ale edukacyjna część pociągała mnie bardzo. Umówiliśmy się, że wrócimy do tematu za kilka tygodni.

* * *

To się zdarza czasem, że rzucasz jakiś pomysł, a potem się dowiadujesz, że ktoś inny wprowadza w czyn i widzisz, że go zwalił, zdegradował i zmarnował. Jednym słowem odebrał mu klasę. Zawsze się tego boję. Od razu uprzedzam, że tym razem nic takiego nie nastąpiło - jedynie podam wam przykład, jakie potrafi być życie.
Kiedy zaproponowałem TVP i radiu RdC zorganizowanie "Dnia Kotana" - miałem jego pełną wizję. Wiedziałem, że mają grać artyści na żywo, po jednej piosence, że ma być wielka scena i nie może stać byle gdzie, tylko na Placu Defilad. I że nie może być żadnego kumoterstwa - sam wskazałem organizatorkę, która się do tego najbardziej nadawała. A potem zobaczyłem, jak z roku na rok jest coraz gorzej, jak Kotański już nic nie znaczy, jak media kombinują, by wykosić inne media, choć miał to być dla mediów koncert pojednania. Zobaczyłem, jak muzycy potrafią przyjść pijani i jak ta organizatorka wprowadza swoich zakumplowanych artystów, by sobie wystąpili. I że już wszystko jest z playbacku, aż komuś nagle podczas koncertu płyta zaczyna skakać i zaczyna wiać obciachem... I że gwiazdy wykłócają się o czas antenowy, i że jedni za swą pracę biorą pieniądze, a inni nie.
Zacząłem się czuć jak frajer. Kultura była taka, że artystom od początku nikt nie dziękował, a hymn całego przedsięwzięcia - piosenka "Pomóż mi", nagrana przez narkomanów zaraz po śmierci Kotańskiego i dowód ich wielkiej determinacji, od której się to wszystko zaczęło - została po chamsku podmieniona na jakąś nie mającą związku z Kotańskim piosenkę zespołu IRA, zaprzyjaźnionego z ową organizatorką (ze mną zresztą też).
Tak zniszczono ideę, której jedynym zaplanowanym przeze mnie celem było nie pozwolić ludziom zapomnieć o Marku Kotańskim, wielkim człowieku.
Dlatego więcej tego koncertu nie poprowadzę.

* * *

Minęło parę miesięcy i myślałem, że nic z Akademii nie będzie. Nie martwiłem się, bo nauczyłem się jednego - Orkiestra jest tworem Jurka Owsiaka i decyzja w każdej sprawie należy do niego. Zechce - zrobi, nie zechce - nie zrobi. Wprawdzie w międzyczasie dzwonił do mnie parę razy i sygnalizował, że myśli o Akademii bezustannie, ale nic z tego nie wynikało. Poza tym brakowało nam czasu, by się spotkać.
Zadzwonił nieoczekiwanie sześć tygodni temu. "Robimy" - powiedział do słuchawki. Przyjechałem natychmiast.

* * *

Powinniście zobaczyć dom, w którym mieści się siedziba Orkiestry. Latem, na podjeździe do garażu WOŚP, stoi czarny samochód terenowy z logo fundacji; po schodach wciąż biegają młodzi ludzie, w górę i w dół; obok buja się na nierównym trawniku stolik ze słonecznym parasolem. Wolontariusze jedzą tam odgrzewaną fasolkę, księgowi fundacji omawiają ważne sprawy. Teraz siedział tam Jurek i rozmawiał z człowiekiem, który postanowił ofiarować na Akademię 10 gitar akustycznych. Skumałem, że przygotowali cały grunt pod akcję i odetchnąłem. Parę dni później Owsiak wyjechał nabrać energii do Nowego Jorku. Ludzie w Kostrzynie już działali. Ja miałem w kilka dni zorganizować wykładowców programu.
Teraz już rozumiecie dlaczego nie pisałem felietonu przez ostatnie kilka tygodni.

* * *

Program Akademii Sztuk Przepięknych jest szalony. Edukacja i happening zostały zmiksowane razem. Jurek zadbał o swoje i będą teatry uliczne, które przygotują z przybyłymi małolatami wspólny spektakl, będzie też wspólne malowanie wielkich obrazów.
Ale przyjadą też wspaniali artyści filmu, teatru, literatury, filozofowie i duchowni. Po raz pierwszy wszystkie te światy zjednoczą się z Orkiestrą w jednym programie edukacyjnym. Zjawią się ludzie, których Woodstockowa młodzież inaczej by nigdy nie spotkała. Będą opowiadać, prowadzić zajęcia warsztatowe, radzić i dyskutować.

Kiedy stukam te słowa wiem, że przyjedzie dramaturg Janusz Głowacki z wykładem "Czy warto emigrować?" i będzie Kazimiera Szczuka z opowieścią o ważnych książkach i niezależnych miejscach kultury. Piotr Łazarkiewicz nauczy młodzież kręcić filmy - i na miejscu je nakręcą! Wspaniali muzycy Marek Raduli i Wojtek Pilichowski będą uczyć gry na gitarach, zaś Wojtek Morawski gry na perkusji. W barwnej dyskusji o religiach spotkają się ksiądz Wojtek Drozdowicz i imam Ali Abi Issa - a może być jeszcze ciekawiej, bo na potwierdzenie ewentualnej obecności rabina Michaela Schudricha nadal czekamy. Przyjedzie też Monika Olejnik (sobota, godz. 11.00), a zapytamy ją o kłamstwa w świecie polityki i mediów.

Potężne namioty Akademii nazwaliśmy Jurtami. W Małej Jurcie Marek Garztecki w swoich wykładach przypomni, skąd się wzięli hipisi i opowie o literaturze beatników (Ginsberg, Kerouac, Bukowski); przy okazji pokażemy, jak wyglądał oryginał książki "W drodze" Jacka Kerouaca (napisał ją na rolce papieru długości 70 metrów!) - bo dostaliśmy od wydawcy zgodę na wyprodukowanie jednego egzemplarza polskiej wersji w takiej właśnie formie! Za to Nocami w Wielkiej Jurcie funkcjonować będzie nocne "Kino Zachodzącego Słońca", a w nim najwybitniejsze filmy w historii, by młodzi ludzie mogli je wreszcie poznać. Będzie więc James Dean, Marlon Brando, Jack Nicholson i Marilyn Monroe.
Codziennie zaczniemy ranek od ćwiczeń jogi, które odbywać się będą wraz z grupą joginów pod wodzą prof. Janusza Szopy z katowickiej AWF. I oczywiście będziemy malować korzystając ze wskazówek Dariusza Milińskiego (niesamowity i charyzmatyczny artysta)...
Oj, wszystkich tu nie wymienię, więc zapraszam na strony WOSP! (www.wosp.org.pl).
I słówko o sobie: ja też będę na miejscu. W każdej wolnej chwili będę małolatów uczył grać na gitarach akustycznych - mam nadzieję, że przygotujemy razem piosenkę, którą wykonamy wspólnie na koniec z wielkiej sceny, jako Zespół. Więc już teraz zapraszam zdolnych gitarzystów, wokalistki i wokalistów do współpracy.

* * *

"Wiesz, za rok to w tej w Akademii będzie się dziać wszystko, scena Woodstocku zejdzie na drugi plan, zobaczysz" - powiedział mi wczoraj Owsiak. "Mówiłem ci, że tak będzie" - odpowiedziałem. "Ja też mówiłem, że tak będzie" - odparł i puścił oczko.

Zbigniew Hołdys

PS. Serdecznie dziękuję dyrekcji Aeroklubu Warszawskiego, który nie tylko poprowadzi szkolenia, ale też dostarczy nam niektórych naszych gości swoimi samolotami.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje