Zespół Sztylety: "Z takich sytuacji nie wychodzi się takim samym" [WYWIAD]
Zespół Sztylety wjechał na Next Fest z nowym albumem "Wszystkie rany niezabliźnione" i w okrojonym składzie! Porozmawialiśmy o tym, skąd wziął się tytuł nowego krążka, dlaczego materiał jest ostrzejszy od poprzednika i jak to jest oddać swoje utwory w ręce Jørgena Larsena.

Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: Widzimy się przy niebyle jakiej okazji, bo gracie na Next Feście, a do tego ukazała się wasza płyta. Jak się czujecie w ten wyjątkowy dzień?
Maciej Szewczyk: Szczerze powiedziawszy, jesteśmy trochę zestresowani. Jeden z naszych gitarzystów, Łukasz, się rozchorował, więc niespodziewanie zagramy w okrojonym składzie - tylko z jedną gitarą. Z drugiej strony budujący jest bardzo dobry odbiór płyty. Dużo osób już ją gdzieś udostępnia i to jest super.
Ignacy Macikowski: Ja, szczerze mówiąc, nawet nie wiem, co się dzieje. Grałem tu wczoraj z innym składem i po prostu nie miałem czasu, żeby sprawdzić, co tak naprawdę się dzieje z płytą i z tym, że gramy. Próbuję się teraz przestawić i zmienić tożsamość na Zespół Sztylety. Myślę, że do koncertu się to uda.
Sama płyta nosi intrygujący tytuł: "Wszystkie rany niezabliźnione". Możecie rozwinąć, skąd wziął się ten koncept?
MS: Myślę... jak dobrze to ugryźć. Trochę lat nam się już każdemu z osobna uzbierało, doszło też sporo nowych doświadczeń od czasu poprzedniego wydawnictwa. Z wiekiem wydaje się dobrym pomysłem, by do nich zajrzeć i powrócić. Dostrzegamy, że pewnych rzeczy nie da się po prostu odłożyć na półkę i o nich zapomnieć. Mowa tu o najróżniejszych doświadczeniach i chyba trochę o tym wszystkim jest ten album.
IM: Ja traktuję to w ten sposób, że każdy przez coś w życiu przechodzi. Każdy ma ten swój "arc", ciężary czy trudy. Z takich sytuacji nie wychodzi się takim samym - one cię zmieniają. Niektóre rzeczy zostają z tobą na zawsze. To jest taka rana, która nawet jeśli masz już daną sytuację za sobą, może kiedyś powrócić. Biorąc pod uwagę nasze teksty, wiele z nich traktuje właśnie o tego typu przejściach. Więc to pewnie taki motyw przewodni. Oczywiście najlepiej odpowiedziałby na to pytanie Szymon, ale robimy, co możemy!
Odnoszę wrażenie, że nowa płyta jest ostrzejsza niż poprzednie wydawnictwo. Widziałem w sieci nawet porównanie do JADu. Myślę, że wam bliżej byłoby do Scrüdy, zespołu Szymona. Momentami czuć na albumie podobną ostrość. Jak wpływy z waszych innych projektów oddziałują na Sztylety?
MS: Myślę, że Sztylety to dla każdego z nas takie miejsce, w którym kumulują się nasze muzyczne gusta. Słuchamy wielu różnych rzeczy. Nie wiem jednak, czy nasze poboczne składy mają jakiś szczególny wpływ na to, co powstaje w Sztyletach.
IM: Mi się wydaje, że niespecjalnie. Każdy skład to zupełnie coś innego i zazwyczaj nie próbuję przekładać patentów czy riffów z jednego projektu do drugiego. Po prostu, jeśli coś mi pasuje do danego zespołu, to tam to wrzucam. Ciężko mi powiedzieć, jak to wygląda od strony tekstów czy wokalu, ale stylistycznie po prostu czuliśmy wtedy, że chcemy dodać tu trochę więcej ognia niż na poprzedniej płycie. Pamiętam, że o tym rozmawialiśmy i poszliśmy w tym kierunku. Skoro ty też odnosisz takie wrażenie po odsłuchu, to myślę, że ten cel udało nam się osiągnąć.
Do miksu zaprosiliście Jørgena Larsena. Co on wniósł do tej współpracy, czego nie mogłyby wam zaoferować polskie studia?
MS: To nie do końca tak, że polskie studia nie mogłyby nam tego zaoferować. Zresztą przy tej płycie zrobiliśmy tak jak przy poprzedniej - każdy z nas dostał zadanie domowe, by zastanowić się nad albumami, które brzmieniowo w jakiś sposób z nami zostały. Sprawdzaliśmy, kto odpowiadał za ich realizację i przygotowaliśmy w ten sposób listę nazwisk. Jørgen od początku był jedną z głównych opcji do rozważenia. I jakoś tak się to ułożyło, że się z nim dogadaliśmy i nawiązaliśmy współpracę. Wydaje mi się, że wyszło dobrze.
IM: Ja mam zawsze ciężki przelot z tematem brzmienia, bo sam też miksuję różne rzeczy. Bardzo ciężko jest mi oddać to komuś do zrobienia, bo od razu mam kłębiące się myśli: "Czy to na pewno jest dobre?", "Zrobiłbym to lepiej" i tak dalej. Z drugiej strony, każdy zawsze zrobi to inaczej i może dodać od siebie coś fajnego, na co chociażby ja bym nigdy nie wpadł. Podjęcie decyzji o wyborze miksera jest więc bardzo ważne, ale kryła się też w tym chęć przeżycia pewnej przygody. Chcieliśmy po prostu zobaczyć, co się stanie, gdy zaufamy takiej osobie i jak to wpłynie na nasz materiał. Zaryzykowaliśmy, choć nie do końca wiedzieliśmy, jak to się skończy. Masz na ten proces wpływ, ale jednak osoba miksująca i tak zawsze ma ogromnie dużo do powiedzenia. Wybranie osoby do miksu to zawsze trudna decyzja.
No tak, oddajecie w czyjeś ręce wasze dzieło. Jak przebiega taki proces wyboru odpowiedniej osoby do miksu?
MS: Myślę, że przede wszystkim kierowaliśmy się portfolio. Akurat Jørgen był propozycją Szymona, który trafił na niego poprzez płytę szwedzkiego zespołu, którego nazwy niestety nigdy nie mogę zapamiętać.
IM: Chyba norweskiego.
MS: To skandynawska nazwa [śmiech]. Wszyscy posłuchaliśmy tej produkcji i bardzo nam się spodobała. Odezwaliśmy się do niego i tak to się zaczęło.
Czujecie, że ta płyta może być dla was pewnego rodzaju przełomem i przebiciem się na szerszą skalę?
IM: W sumie dlaczego nie? Ja powiem teraz coś strasznie głupiego. Robiąc muzykę, za każdym razem czuję coś takiego mniej, przy każdym wydawnictwie czuję, że "Okej, to wychodzi, niech się z tym dzieje, co chce". Nie mam jednak myślenia w stylu: "O, teraz to dopiero będzie, teraz zawojujemy świat!". Trochę nie masz na to wpływu. Robisz to tak, jak umiesz najlepiej, starasz się i to myślenie nie wpływa na sam proces. Ale z drugiej strony moje wewnętrzne oczekiwania podpowiadają mi, że stanie się, co ma się wydarzyć. Może być z tego coś wielkiego, a może wyjść coś niewielkiego - zobaczymy.
Pytam również dlatego, że mam wrażenie, że jest was więcej w wielu różnych mediach. Byliście między innymi w Turbo Topie w Antyradiu, co na pewno mocno działa na zasięgi.
IM: To było dla nas wielkie zaskoczenie.
MS: Tak, to prawda.
Jak się czujecie z tym, że nagle trafiacie jako niezależny zespół do takiego radia? To pewnego rodzaju zaszczyt.
MS: Jasne, to jest wyróżnienie. Cieszy nas to. Po prostu robimy swoje, nie kalkulując zbytnio, że musimy pojawić się tu czy tam. Jest wokół nas zainteresowanie i to jest super.








