Wrócił pamięcią do występów Beatlesów. "Dziewczyny tego nie robiły"
Legendarny Paul McCartney na chwilę zamienił stadiony na niewielką scenę w Los Angeles. Podczas dwóch wyjątkowych koncertów w Fonda Theatre artysta nie tylko sięgnął po największe przeboje swojej kariery, ale też wrócił pamięcią do pierwszych dni The Beatles i ich przełomowej podróży do Stanów Zjednoczonych.

Weekendowe występy Paula McCartneya miały wyjątkowy charakter. Zamiast ogromnych hal i stadionów, muzyk zdecydował się na przestrzeń mieszczącą około 1200 osób. To świadome nawiązanie do początków kariery Beatlesów, kiedy grali w niewielkich klubach w Liverpoolu.
"Wspaniale jest grać takie małe koncerty… choć to wcale nie jest aż tak małe miejsce" - żartował ze sceny 83-letni artysta, witając publiczność słowami: "To bardzo miłe. Dobrze jest widzieć białka waszych oczu" - mówił, wywołując entuzjastyczne reakcje widowni.
McCartney nie tylko grał, ale i dzielił się wspomnieniami. Nawiązał do historii samego teatru, przypominając, że dawniej funkcjonował jako Hollywood Music Box Theatre, zanim otrzymał nazwę na cześć aktora Henry'ego Fonda. Atmosfera koncertu była daleka od masowych widowisk. Publiczność stanowiła zaledwie ułamek tłumów, które artysta przyciąga na co dzień.
McCartney nie zaprezentował premierowego materiału. "Wciąż jesteśmy w trakcie nauki"
Koncerty zbiegły się z premierą najnowszego albumu McCartneya "The Boys of Dungeon Lane", jego pierwszego od sześciu lat wydawnictwa. Mimo to fani nie usłyszeli premierowego materiału.
"Wciąż jesteśmy w trakcie nauki tych utworów… ale cieszę się, że wam się podobają" - przyznał ze sceny, odnosząc się do singla "Days We Left Behind".
Zamiast nowości artysta postawił na sprawdzony repertuar, obejmujący ponad sześć dekad działalności.
Beatlesi, Wings i solowa klasyka
Setlista była prawdziwą podróżą przez historię muzyki. Nie zabrakło klasyków The Beatles takich jak "Help!", "Let It Be", "Hey Jude" czy "Get Back". Szczególne emocje wzbudziło wykonanie "Now and Then" - utworu związanego z nieżyjącym już Johnem Lennonem.
"Dziękuję ci, John, za napisanie tego" - powiedział wzruszony McCartney.
Publiczność usłyszała również utwory z czasów zespołu Wings, w tym "Jet" czy "Let 'Em In", a także kompozycje solowe jak "My Valentine", którą artysta zadedykował swojej żonie, Nancy Shevell obecnej na widowni.
Wspomnienia pierwszej podróży do USA
Jednym z najbardziej osobistych momentów koncertu była anegdota o pierwszej wizycie Beatlesów w Ameryce.
"Niewiele wcześniej widzieliśmy, a już na pewno nie Amerykę, więc to było niesamowite doświadczenie" - wspominał. "Zauważyliśmy, że chłopaki z publiczności patrzyli na akordy i próbowali je rozgryźć… co nam się podobało. A dziewczyny? One tego nie robiły".
To zdanie wywołało natychmiastową reakcję publiczności. McCartney, rozbawiony, zachęcił fanów: "Dajcie mi krzyk w stylu Beatlesów!". Odpowiedź była natychmiastowa - sala wypełniła się charakterystycznym, głośnym piskiem, przywołującym ducha Beatlemanii.
Gwiazdy na widowni
Wśród gości nie zabrakło znanych nazwisk. Na balkonie zasiedli m.in. Dustin Hoffman oraz reżyser Morgan Neville, twórca dokumentu "Man on the Run" poświęconego McCartneyowi.
"Co za historia! Dobra robota, Morgan. Zrobiłeś świetny film" - skomentował ze sceny artysta.
Choć koncerty miały promować nowy rozdział w karierze McCartneya, ostatecznie stały się czymś więcej. Były nostalgicznym powrotem do początków, przypomnieniem, że nawet największe legendy zaczynały od małych scen i bezpośredniego kontaktu z publicznością.









