Tworzył jedne z najważniejszych polskich zespołów. Dziś przypada 45. rocznica śmierci Krzysztofa Klenczona
Krzysztof Klenczon to jedna z najważniejszych postaci polskiego rock'n'rolla, współtwórca kultowych zespołów i autor wielu ponadczasowych przebojów, takich jak "Kwiaty we włosach", "Historia jednej znajomości" czy "10 w skali Beauforta". Jego muzyczna droga rozpoczęła się od festiwalowego triumfu, a później prowadziła przez zespoły takie jak Niebiesko-Czarni oraz Czerwone Gitary oraz solową działalność na emigracji w USA. Tragiczny finał nie zdołał zatrzeć pamięci o artyście, którego utwory Polacy kochają do dziś. 7 kwietnia przypada 45. rocznica śmierci Krzysztofa Klenczona. Oto jego historia.

Krzysztof Klenczon urodził się 14 stycznia 1942 r. w Pułtusku. Już jako młody chłopak rozwijał swoją pasję do muzyki, a pierwszy wielki sukces przyszedł, gdy miał 20 lat. To wtedy, w duecie z kolegą ze studium nauczycielskiego w Gdańsku - Karolem Waginem - zdobył nagrodę na I Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie. Panowie wykonali wspólnie przebój "Pluszowe niedźwiadki", znany także jako "Mały miś".
Zwycięstwo w Szczecinie otworzyło przed Klenczonem drzwi do ogólnopolskiej kariery. W konkursie dostrzegł go bowiem Franciszek Walicki, znany jako ojciec polskiego rock'n'rolla i szef Niebiesko-Czarnych. Posłał on telegram do młodego muzyka, gdyż poszukiwał gitarzysty do swojego zespołu.
Niedługo, bo zaledwie jeden dzień, zajęło Krzysztofowi przyjechanie do Gdańska, gdzie rozpoczął współpracę z Niebiesko-Czarnymi. W kultowej dziś grupie zadebiutował jako kompozytor, pisząc utwory takie jak "Licz do stu", "Bo to był zły dzień" czy "Gdy odlatują bociany". Poprowadzony przez Franciszka Walickiego i Jerzego Kosselę odniósł pierwsze poważne sukcesy.
Krzysztof Klenczon zakończył współpracę z Niebiesko-Czarnymi i niedługo później występował już w Czerwonych Gitarach
Przygoda Krzysztofa Klenczona w Niebiesko-Czarnych trwała do 1964 r. Chwilę przed jego odejściem do grupy dołączył Wojciech Korda, który najpierw stanął za mikrofonem, a od lipca zastąpił także gitarzystę. Klenczon z kolei przeszedł do formacji Pięciolinie, która po kilku miesiącach przekształciła się w Czerwone Gitary, nazywane później przez prasę "polskimi Beatlesami".
"Moje dążenia? Nowocześnie i głośno grać, śpiewać, komponować piosenki, które będą się podobały młodym ludziom... Lubię piosenki dynamiczne. Moje pierwsze piosenki były za słodkie" - opowiadał Klenczon w 1967 r. na łamach "Jazzu".
W składzie Czerwonych Gitar muzyk spotkał się z Bernardem Dornowskim, Jerzym Kosselą, Henrykiem Zaomerskim i Jerzym Skrzypczykiem. Kierownikiem programowo-artystycznym grupy został Walicki, z którym Klenczon współpracował już wcześniej. Zespół od początku istnienia stawiał na własny styl nie tylko kompozycji, ale i aranżacji oraz wykonania, co miało wyróżniać go spośród innych kapel obecnych na rynku. Z tego powodu wielu słuchaczy w twórczości Czerwonych Gitar doszukiwało się prób imitacji najsłynniejszych zagranicznych grup rock'n'rollowych.
Między Klenczonem i Krajewskim zaczęły tworzyć się zgrzyty. Spór w zespole doprowadził do odejścia gitarzysty
Gdy formacja miała za sobą pierwsze nagrania i sukcesy, w grudniu 1965 r. skład opuścił Zomerski. Na jego miejsce wkroczył Seweryn Krajewski, który wcześniej miał okazję występować gościnnie z zespołem. Nie minęło wiele czasu, a w Czerwonych Gitarach pojawiły się pierwsze spięcia - zaczęła dawać o sobie znać różnica charakterów między nowym członkiem grupy a Klenczonem. Pierwszego ciągnęło do przebojowych, a jednocześnie nastrojowych kompozycji, podczas gdy gitarzysta widział grupę w repertuarze rock'n'rollowym.
Konflikt rozwinął się do tego stopnia, że w zespole miało dojść do głosowania. Muzycy dyskutowali nad przyszłością Czerwonych Gitar, aż wreszcie większością głosów zadecydowano, że Klenczon ma opuścić skład formacji. Po niełatwym rozstaniu artysta powołał do życia kapelę Trzy Korony. Zapisała się ona na kartach historii polskiej muzyki jedynie debiutem z 1971 r. Na krążku znalazły się bowiem przeboje "10 w skali Beauforta", "Nie przejdziemy do historii", "Port", "Spotkanie z diabłem" oraz "Piosenka o niczym".
Krzysztof Klenczon pożegnał się z polską sceną i wyemigrował do USA. Tam nie udało mu się rozwinąć muzycznej kariery
W 1972 r. Krzysztof Klenczon postanowił pożegnać się z polską sceną. Zagrał pamiętny koncert pod hasłem "Nie przejdziemy do historii", na którym wystąpili również Niebiesko-Czarni. Następnie wraz z najbliższą rodziną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie próbował swoich sił na tamtejszym rynku muzycznym. Jego próby zrobienia kariery za Oceanem okazały się jednak kompletną porażką.
"Nie chciał tam jechać, był tam zagubiony... Tak jak kiedyś opiekował się mną, młodszą siostrą, tak tam miałam wrażenie, że to ja powinnam się nim zająć. Mówił: 'Zobacz, mam dom, pracę, samochód - ale...' No właśnie... Chciał wrócić. Kiedy się zaczęła 'Solidarność', czytał gazety, zacierał ręce i powtarzał: 'Jest dobrze!'" - wspominała po latach, w rozmowie z PAP, Hanna Barańska, czyli młodsza siostra muzyka.
Krzysztofa Klenczona spotkała tragiczna śmierć. Po wypadku samochodowym przez 40 dni walczył o życie
25 lutego 1981 r. doszło do tragicznego wypadku, w momencie gdy Klenczon wraz z żoną Alicją wracał z koncertu charytatywnego w Chicago. W samochód małżeństwa uderzył wówczas kierowca prowadzący pod wpływem. Muzyk odniósł wiele poważnych obrażeń i został przetransportowany do szpitala. Walczył o życie przez 40 dni, lecz ostatecznie tę walkę przegrał.
"Wracaliśmy obydwoje nad ranem samochodem do domu. Ja siedziałam za kierownicą; raptem na jakichś światłach Krzysztof jakby się obudził, wrzeszcząc na mnie, że się przesiadamy i on poprowadzi dalej. Może 2-3 minuty później zobaczyłam światła pędzącego na nas samochodu. Usłyszałam huk i nic już więcej nie pamiętałam. Straciłam przytomność. Nie wiem, jakim cudem, ale ja nie doznałam żadnych poważniejszych obrażeń. Niestety, Krzysztof nie miał takiego szczęścia, miał złamane żebra, które przebiły lewe płuco, przerwaną aortę. Była operacja aorty, więc była nadzieja... Jednak organizm nie wytrzymał i po 40 dniach od wypadku Krzysztof zmarł. Nasze małżeństwo trwało zaledwie 15 lat. Nie chciało mi się więcej żyć, ale miałam dla kogo żyć - były dwie córki" - opowiadała ukochana Klenczona, cytowana przez PAP.
Polacy pamiętają utwory Krzysztofa Klenczona do dziś. Artyści chętnie sięgają po jego repertuar, oddając cześć legendzie
Krzysztof Klenczon pozostawił po sobie ogromne dziedzictwo w postaci ponadczasowych utworów, znanych Polakom do dziś. Zarówno wierni fani, jak i koledzy oraz koleżanki z branży chętnie przypominają twórczość muzyka. Organizowane są zarówno koncerty specjalne, takie jak "Ocalić od zapomnienia" zagrany w 2021 r., a także nagrania płyt z kompilacjami, jak "Klenczon Legenda", wydana w listopadzie 2012 r. Na albumie, stworzonym z okazji 70. rocznicy urodzin artysty, znalazły się przeboje Czerwonych Gitar, Trzech Koron, jak i te skomponowane na album "The Show Never Ends" powstały na emigracji w USA. Piosenki zaśpiewały największe gwiazdy polskiej estrady, m.in. Stanisław Soyka, Robert Gawliński (Wilki), Kasia Kowalska, Muniek Staszczyk (T.Love) i Jacek "Budyń" Szymkiewicz (Pogodno).








![Brad Mehldau i Christian McBride w Katowicach: „90 minut maestrii” [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MN4VR27UP0VDA-C401.webp)
