Trzykrotnie był o krok od śmierci. Ireneusz Dudek przez lata zmagał się z nałogiem
Ireneusz Dudek, znany szerzej jako Shakin' Dudi, to nie tylko autor przebojów takich jak "Au sza la la la" i "Och, Ziuta", ale też człowiek, którego życie pełne było trudnych chwil i tragedii. Jak sam jednak przyznaje, dzięki długiej walce udało mu się wrócić na dobre tory.

Ireneusz Dudek urodził się 7 maja 1951 r. w Katowicach i od początku ciągnęło go do muzyki - najpierw jako bluesmana, potem jako lidera projektu Shakin' Dudi, który w latach 80. wdarł się do mainstreamu z rockandrollowym luzem i satyrycznymi tekstami. Wizerunek wiecznie uśmiechniętego "dudiego" z saksofonem szybko stał się rozpoznawalny w całej Polsce, a jego utwory przez dekady gościły w radiu i telewizji.
Za sceniczną energią kryła się jednak codzienność, w której trunki coraz częściej były czymś więcej niż dodatkiem do spotkań. "Człowiek najpierw pije dla towarzystwa, później żeby się rozluźnić, a kończy się na tym, że pije, bo musi. Bo nie umie inaczej funkcjonować" - mówił w rozmowie z "Super Expressem". Z czasem jego życie zaczęło przypominać niekończącą się imprezę, co znacząco odbiło się na zdrowiu muzyka.
Trzy razy na granicy życia i śmierci
Problemy z nałogiem doprowadziły do ciężkiego uszkodzenia trzustki i wątroby. Dudek trzykrotnie trafiał do szpitala z ostrym zapaleniem trzustki, a podczas ostatniego pobytu lekarze określali jego stan jako krytyczny. "Ja już brałem namaszczenie chorych, bo trzy razy otarłem się o śmierć. Trzustka przestała działać, wątroba była wykończona, miałem cukier 450" - wspominał, nie ukrywając, że był o krok od tragedii na własne życzenie.
Nałóg nie był jedynym ciosem. W 2001 r. z powodu nieuleczalnej choroby zmarła jego 7‑letnia córka Dorotka. "Kiedy umiera dziecko, to nie da się tego porównać z żadną stratą. To zostaje z człowiekiem na zawsze" - tłumaczył w rozmowie z "Dziennikiem", podkreślając, że bez wiary i wsparcia bliskich trudno byłoby mu przetrwać tę tragedię.
Miłość i przysięga, które wszystko zmieniły
Przełom w życiu Ireneusza Dudka przyszedł wraz z miłością. Kiedy poznał kobietę, która nie uciekła mimo jego problemów, zrozumiał, że jeśli naprawdę chce zbudować z nią rodzinę, musi stanąć do walki z nałogiem. Kulminacją była ślubna przysięga. "Po ślubie przysiągłem żonie i sobie, że alkoholu już nigdy do ust nie wezmę. I trwam w tym postanowieniu już ponad 20 lat" - podkreślał w rozmowie z "WP Kobieta".
Początkowy okres trzeźwości Dudek wspomina jako codzienną walkę: "Pierwsze lata były walką dzień po dniu. Nawet kawa smakowała inaczej. Wszystko było inne. Ale miałem cel - nie zawieść kobiety, która mnie uratowała". Dzięki wsparciu najbliższych oraz - jak sam mówi - Opatrzności, udało mu się utrzymać abstynencję i stopniowo odbudować życie.
Nowy rozdział: blues, festiwal i świadectwo
Dziś Ireneusz Dudek nadal występuje i konsekwentnie pielęgnuje swoje bluesowe korzenie. Jest również twórcą i organizatorem Rawa Blues Festival - jednej z najważniejszych imprez bluesowych w Europie, która od lat ściąga do Katowic światowe i polskie gwiazdy gatunku.
Coraz częściej mówi też o swojej przeszłości wprost, traktując ją jako przestrogę. W wywiadach podkreśla, że nie jest żadnym wyjątkowym abstynentem, tylko człowiekiem, który wie, jak cienka jest granica między zabawą a autodestrukcją. "Nie jestem idealny, ale wiem, że można wszystko zmienić, jeśli się tego naprawdę chce. Trzeba tylko znaleźć w sobie siłę i ludzi, którzy w nas wierzą" - mówi, zachęcając innych zmagających się z uzależnieniem, by szukali pomocy, zanim będzie za późno.








