Wiecie, którym studyjnym albumem The Rolling Stones jest "Foreign Tongues"? Dwudziestym piątym. W czasach ciągłej konieczności przypominania się publiczności na serwisach streamingowych ta liczba może specjalnie nie imponuje, ale przypominam, że muzycy debiutowali w 1964 roku!
Pamiętam, jak w 2015 wyszedł krążek "Blue & Lonesome" i już wtedy rozgłaszano powszechnie, iż to z pewnością ostatni album weteranów rocka - dekadę i dwa albumy później udowadniają, że nie dość, iż wciąż kipią niepowstrzymaną energią, to jeszcze wciąż potrafią pisać utwory, które mają szansę zostać ze słuchaczami na dłużej.
The Rolling Stones wciąż kipią energią
Jeżeli natknęliście się na informacje o "Foreign Tongues", z pewnością uderzyła was duża liczba gościnnych udziałów. Fakt jest jednak taki, że nawet jeżeli wśród nich są Steve Winwood, Bruno Mars czy Robert Smith z The Cure, są to udziały głównie instrumentalne. Mikrofon należy się przede wszystkim Mickowi Jaggerowi i pozostali muzycy na tyle kłaniają się królewskiemu rzemiosłu, by co najwyżej towarzyszyć mu w chórkach. A trzeba przyznać, że 82-letni wokalista robi naprawdę wiele, aby nie było słychać wieku po jego strunach głosowych - śpiewa melodyjnie, wydziera się hard rockowo, wchodzi w bardziej bluesową manierę i wszystko to czyni z wigorem godnym podziwu.
Całe szczęście, że śpiewać ma co i pod co, bo duet Jagger-Richards zadbał o to, by nie obniżać znanej słuchaczom poprzeczki. Sam jestem zaskoczony tym, jak długo po kolejnych odsłuchach w głowie tkwiły mi refreny "Never Wanna Lose You" czy "Mr. Charm" - prześmiewczej, nasączonej autoironią propozycji, która miejscami wchodzi wręcz w heavy metal. Doskonałe jest "Jealous Lover", które w zwrotkach zmierza bezkompromisowo w stronę soulu i funku z lat siedemdziesiątych, by w refrenie przeskoczyć w pełni na późną erę disco.
Bardzo intryguje podejście do "You Know I'm No Good", które przecież samo w sobie było retrostylizacją - mimo przesunięcia całości w stronę rocka, Jagger przypomina tu raczej nietrzeźwego barda w rodzaju Toma Waitsa niż siebie i coś, co na papierze nie miało prawa działać, tutaj... sprawdza się idealnie.
Jeżeli miałbym doszukać się głównego problemu, to w tej niepokojącej tendencji do dziwnego miksowania absolutnych legend rocka - z użyciem dużej liczby limiterów i kompresorów, które mają podbijać głośność muzyki, ale jednocześnie odbierają jej masę dynamiki. Przez to wiele momentów, które powinny wybrzmieć mocniej, zatraca całą swoją siłę - równy poziom głośności nie pozwala na więcej. Nie wiem, z czego wynikają takie decyzje - z chęci korzystania za wszelką cenę z analogowego sprzętu, ale z uwzględnieniem wymagań cyfrowej ery muzyki? Trochę to boli, bo puściłem sobie po "Foreign Tongues" masę klasyków The Rolling Stones i nowe utwory zwyczajnie nie wytrzymują tego porównania. Zróbcie to sami, to doskonale się o tym przekonacie.
Właśnie z tego powodu - i może odrobinę za dużej dawki słodyczy wsadzonej do "Covered in You" - muszę obniżyć ocenę. Mick Jagger, Keith Richards i Ronnie Wood zrobili swoje najlepiej, jak mogli. Biorąc pod uwagę ich metryki, to naprawdę imponuje. Ale prawdę mówiąc, gdyby nie brzmienie, czerpałbym z tej płyty znacznie więcej radości. Dokładnie ten sam problem miałem z ostatnim albumem Paula McCartneya i jakież było moje zdziwienie, kiedy odkryłem, że za oba te krążki odpowiada ta sama osoba - Andrew Watt. Przy recenzji "The Boys of Dungeon Lane" byłego Beatlesa pisałem, że producent działa na przekór piosenkom. Tu, niestety, podtrzymuję to zdanie. Oderwijcie go od konsoli, drogie legendy, dobrze wam radzę.
The Rolling Stones, "Foreign Tongues", Universal Music Polska
7/10











