Tegoroczna edycja wydarzeń Stratocastle na zamku w Ćmielowie rozpoczęła się od koncertu, którego odbiorcy stanowią bardzo świadomą muzycznie społeczność. Nie jest to typ osób, które chodzą na występy, ponieważ mają darmowe bilety z urzędu miasta.
Zespół BEAT wygląda jak spotkanie muzyków w stylistycznie umówionym miejscu. Adrian Belew i Tony Levin tworzyli King Crimson na początku lat 80., nagrywając wspólnie trzy albumy, z repertuaru których składał się koncert (plus jeden z 1974 r.). Kogo wziąć na pokład? Steve Vai ze swoją jakże dystynktywną manierą i brzmieniem kształtowanym m.in. u Franka Zappy wpisuje się wręcz idealnie. Kto na bębny? Polirytmia i polimetria - a to są synonimy Danny'ego Careya i tego, co robi chociażby w Tool. Mamy zatem czterech muzyków z kieszeniami wypchanymi umiejętnościami, talentem, doświadczeniem i sceniczną mądrością. Panowie chyba jednak nie do końca przewidzieli konsekwencje tego mariażu. Ale bądźmy dobrej myśli.
BEAT na Zamku Ćmielów. "Fenomenalna" supergrupa w akcji
Dziedziniec, a raczej łąka przed zamkiem stopniowo zapełniała się fanami wszystkich trzech kierunków muzycznych: King Crimson, Tool, Steve Vai. Nie był to typowy zlot fanów rockowego grania. Publiczność utkana była muzykami jak dobra kasza skwarkami. Ciepły lipcowy wieczór w sielskim Ćmielowie wpływał na dobry nastrój, ale dało się wyczuć dużą koncentrację i spore oczekiwania. Rzadko się zdarza, by publika szykowała się tak mocno mentalnie do koncertu. Jest zielona trawka, piwko i kiełbaska, ale bynajmniej nie jesteśmy na pikniku.
Czujne nastawienie okazało się słuszne, ponieważ BEAT wszedł bezpardonowo w koncert z utworem "Neurotica", nie pozostawiając złudzeń, że mamy przed sobą posiadaczy "czarnych pasów" w sztuce muzycznej. Adrian Belew z typową dla siebie swadą i uroczą nonszalancją bardzo elegancko przedstawił się jako prowadzący wieczór. Tony Levin, oczywiście kontrolujący każdy dźwięk na scenie, z zawziętością nastolatka okładał swój stick. Steve Vai, który przecież bywa tak kokieteryjny w swojej solowej odsłonie, tym razem był mocno skupiony, jakby szanował zawiłość niełatwego repertuaru. Danny Carey, pełniący chyba najcięższą fuchę fundamentu kompozycji, otoczony niekonwencjonalnym zestawem perkusyjnym, szyje gęsto i bardzo pewnie. Panowie płynnie przechodzą do "Neal and Jack and Me" i po niespełna 10 minutach publiczność jest już z zespołem. Jedni wnikliwie analizują koncertowe wersje, inni liczą metrum na palcach, a jeszcze inni dają się ponieść brzmieniu.
Niebagatelne znaczenie dla odbioru miała bardzo dobra jakość dźwięku. Nie ma co nawet silić się na porównania do pewnych rodzimych obiektów imprez masowych, tym bardziej że ze sceny płynęły wodospady dźwięków, które wymagają dużej przejrzystości.
Na scenie pełne zrozumienie: wymiana spojrzeń, kiwnięcie głową, machnięcie ręką w chwili przeplatania aranżacji z momentami improwizowanymi. Wiele osób na widowni, szczególnie muzyków, wczuwa się w te gesty, jakby towarzyszyło zespołowi na deskach.
Po 45 minutach docieramy do przerwy. Czas na oddech i pierwsze recenzje. Wojtek Cugowski z zaangażowaniem: "Jestem fanem King Crimson od dawna, wiedziałem, czego mogę się tu spodziewać. Steve Vai jest tu częścią zespołu, ale przecież to jest Steve Vai! Po pierwszej części absolutnie nie jestem zawiedziony tym, co widzę. Mam dokładnie to, czego oczekiwałem!".
Druga odsłona rozpoczyna się od "Waiting Man", a to oznacza, że publiczność jest zwoływana przez cudownie bębniącego na przedzie sceny Danny'ego Careya. O ile pierwsza część koncertu była mocnym wstrząsem, o tyle teraz wchodzimy w instrumentalne trzęsienie ziemi. Steve Vai zdejmuje kapelusz, czyli już wiadomo, że za chwilę będzie zamieć. Raczy wszystkich jakże cudownie smaczną wirtuozerią. W tej chwili cały zespół wchodzi na ten sam poziom wykonawczy - czy to poprzez manualną pirotechnikę, czy też brzmieniowe harce - i nie odpuszcza do końca. Tony Levin co chwila wymienia stick na klasyczną basówkę, ale jednocześnie obsługuje klawisze. Adrian Belew, również rozdarty między śpiewem, gitarą i klawiszami, nie wspominając już o tym, że na początku tej części koncertu dołączył w bębnieniu do Danny'ego Careya.
Polska publiczność skutecznie starała się wchodzić w interakcję. Próbuje klaskać, łapiąc stabilne rytmicznie fragmenty, ale też częstuje owacjami solowe popisy w środku utworów. Warto podkreślić, że skład osobowy zespołu nie ma słabych punktów. Nierzadko bywa, że tego typu projekty mają kogoś "za zasługi", kto może nieco odstawać od reszty lub też dyspozycja dnia wpływa na to, że ktoś "nie dojechał". Nie dzisiaj. W piątek 17 lipca wszyscy są i wszyscy gramy razem piekielnie ciężkie utwory. Panowie się nie popisują, panowie grają muzykę.
Łukasz Kumański (Me And That Man): "Spełniłem swoje muzyczne marzenie z lat późnopacholęcych. Zawsze przed ważnymi dla mnie koncertami mam obawy, czy po koncercie ta sama muzyka będzie dalej dla mnie magiczna. Po tym jestem pewien, że jeszcze bardziej. Prawdziwe święto prog rocka".
Szanowne Stratocastle, zespół BEAT, ale też zgromadzona publiczność wysoko zawiesili poprzeczkę. Wspominane na wstępie konsekwencje obecności tej formacji w Polsce to spora dawka inspiracji dla muzyków i przyjemne poczucie uczestniczenia w wydarzeniu nietuzinkowym, nieprzeznaczonym dla niedzielnych słuchaczy. W czasie, kiedy tak mocno cyfrowa automatyczność i mechaniczna szablonowość wdzierają się w sztukę, dobrze było spędzić kilka godzin na celebracji artyzmu i latami wypracowanych umiejętności na najwyższym poziomie.
Maciej Nowak

















