Reklama

Slash: Każdy z nas dostał nauczkę

Na polskim rynku ukazała się właśnie bestsellerowa i niezwykle szczera autobiografia Slasha, współzałożyciela Guns N' Roses i Velvet Revolver, jednego z największych gitarzystów rockowych naszych czasów. W naszym serwisie jako pierwsi możecie przeczytać obszerne fragmenty rozdziału 7. - "Apetyt na dysfunkcję".

Niecierpliwość to kapryśny mechanizm; może doprowadzić cię do celu lub sprowadzić klęskę, czasami wybór nie należy do ciebie. Niespokojną naturą zapracowałem na swój pseudonim i od kiedy sięgam pamięcią, zawsze szukałem nowej podniety, następnego zajęcia, koncertu, kolejnego szczytu, na który mógłbym się wspiąć. Tu nie ma miejsca na złapanie oddechu.

Walka o przetrwanie

Reklama

Zanim Gunsi podpisali kontrakt, nie miałem pracy i mieszkałem w zarzyganym garażu, równie uroczym co południowoamerykańskie więzienie. Całą swoją energię skupiałem na codziennej walce o przetrwanie i pracy nad dalszym rozwojem zespołu, koncert po koncercie. Kiedy podpisaliśmy umowę, pieniądze, jedzenie i dach nad głową przestały być moim zmartwieniem. To drobne poczucie stabilności było mi dotąd nieznane; nie interesowano mnie wdrapywanie się po kolejnych szczeblach normalnego życia, tak więc to, co wydawało mi się darem losu, stało się niemal przekleństwem.

Kontrakt opiewał na sumę około 250 tysięcy dolarów, w tym jakieś 37 tysięcy zaliczki, z których moja działka wynosiła około siedem i pół tysiąca. Zmieniłem je w czeki podróżne American Express, które trzymałem w prawej przedniej kieszeni dżinsów, na co nie bez wpływu były moje problemy z Urzędem Podatkowym. Zachowanie mojej doli nie wchodziło w grę, nie uczciłem tego jednak zakupem nowej gitary czy czegoś w tym stylu - większość pieniędzy wydałem na heroinę. Zanim doczekaliśmy się swojej szansy, by robić to, co chcieliśmy, każdy z nas na swój własny sposób dostał tę samą nauczkę. Nie był to ostatni raz, kiedy musieliśmy tłumić własne instynkty: za każdym razem, gdy zyskiwaliśmy nieco spokoju ducha, ta sama niecierpliwość, która napędzała nasz sukces, groziła zniszczeniem wszystkiego, co udało nam się osiągnąć. (...)

Heroina była codziennością

Najbardziej znaną postacią biorącą pod uwagę możliwość współpracy z nami był Paul Stanley z Kiss, który poszukiwał odpowiedniego zespołu, by sprawdzić się za konsoletą. Na Izzym, Duffie i mnie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia; powiedzieliśmy Zutautowi, że trudno nam sobie wyobrazić, cóż Paul Stanley miałby nam do zaoferowania. Steven, rzecz jasna, prawie wyszedł z siebie - Kiss byli bohaterami z jego bajki, postanowiliśmy więc, że damy mu się nacieszyć, zgadzając się na spotkanie. Zaczęło się od przyjazdu Paula do naszego mieszkania celem "przedyskutowania muzyki". Już wtedy heroina była dla nas codziennością, więc gdy pojawił się Paul, Izzy i ja robiliśmy co w naszej mocy, żeby nie odjechać; z trudem udało nam się zebrać do kupy na tyle, by sprawa nie wyglądała na oczywistą... albo tylko tak nam się wydawało. Z Izzym usadowiliśmy się na kanapie, a że w salonie nie mieliśmy choćby jednego krzesła, Paul usiadł na podłodze obok Stevena i Axla.

"No to po kolei" - zaczął. "Chcę przerobić 'Welcome To The Jungle'". Według Paula utwór miał spory potencjał, ale brakowało mu wyrazistej struktury. Pomóc miał w tym refren, łatwiej zapadający w pamięć, bardziej melodyjny i podniosły - jednym słowem, bardziej w stylu Kiss.

"Fuj" - burknąłem pod nosem. Jeśli chodzi o mnie, było to koniec naszej znajomości. Gość będący ucieleśnieniem dobrze ubranego faceta ze znacznie młodszą żoną u boku i dobrym samochodem schodzi ze swojego piedestału, żeby mówić nam, jak mamy grać. Trudno, żebym zareagował na z sympatią.

Guns N'Roses i "Welcome To The Jungle":


Paul nie dawał jednak za wygraną. Wkrótce spotkaliśmy go ponownie, podczas pokazowego występu, który ustawiła nam Geffen. Wszystko zorganizował Tom, ponieważ mieliśmy w obowiązku pojawić się na scenie, był to więc typowy "koncert" na zaproszenie dla ludzi z branży. Rzecz działa się w Gazzari's (dziś Key Club) - klubie, w którym nigdy nie grywaliśmy, był bowiem zaprzeczeniem wszystkiego, z czym utożsamiał się nasz zespół. Był do tego stopnia efekciarski i gejowski, że w radiu chodziły jego reklamy, w których właściciel klubu, Bill Gazzari, obwieszczał swoim silnym akcentem ze Wschodniego Wybrzeża: "Wszystkie moje zespoły tworzą seksowni faceci! Jeśli ich nie mają, u mnie nie zagrają". W Gazzari's można było znaleźć najbardziej plastikowy glam metal pod słońcem. Seksowny wygląd zdecydowanie nie był naszym celem. Wyjąwszy nasz koncert, byłem tam tylko raz dawno temu na Hollywood Rose.

Wracając do Paula Stanleya, przybył na koncert i sterroryzował realizatora dźwięku, by ten pozwolił mu obsługiwać konsoletę i czuwać nad miksem. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero później, ale kiedy to do nas dotarło, wzdrygnąłem się na samą myśl: Paul Stanley miksował koncert Guns N' Roses - i to w Gazzari's. O większy obciach naprawdę trudno. Pamiętam, że zapłacono nam za to, bo sam liczyłem i rozdzielałem kasę, mówiąc do Izzy'ego: "Muszę iść i coś wziąć!". W tamtym czasie liczyło się tylko to - i tak też zrobiłem; ulotniłem się stamtąd, by spotkać się z zaprzyjaźnionym dilerem.

Warcząca bestia w cuchnącej spelunie

Paul nadal chciał przeciągnąć nas na swoją stronę, uparł się więc, że przyjdzie na następny koncert, który - o czym dobrze wiedzieliśmy - miał raz na zawsze uświadomić mu, kim naprawdę jesteśmy i na czym powinien się znać nasz producent. Koncert miał miejsce tydzień później w Raji's, kompletniej spelunie o powierzchni bodaj kilkunastu metrów kwadratowych, cuchnącej piwem i szczynami z nagłośnieniem brzmiącym jak przestarzała konsoleta na stałe świecąca na czerwono. Scena o wysokości niespełna pół metra stała przy najdalszej ścianie od wejścia; toalety wyglądały gorzej niż te w CBGB's. Innymi słowy, naturalne środowisko Guns N' Roses. Sądzę, że przyjeżdżając w to miejsce, Paul chciał nas ostatecznie przekonać, iż rozumie, skąd się wywodzimy. Zamierzał "zabawić się" na naszym "terenie", bo w końcu także Kiss grywał kiedyś w spelunach. Chęci miał dobre, choć wydaje mi się, że dość szybko zdał sobie sprawę, że miejsca, z którego się wywodzimy nie miał okazji oglądać od bardzo, bardzo dawna. Gunsi byli niczym warcząca bestia, która rosła w norach takich jak ta.

Sam koncert był niesamowity: tak brudny, mętny, podły, na granicy chaosu, jak żaden inny. Bardziej szczerym i prawdziwym być już nie można, tym bardziej że przed wejściem na scenę walnąłem sporą działkę hery, która w połączeniu z wypitym wcześniej alkoholem, tak bardzo zdruzgotała mi żołądek, że co pięć minut obracałem się, by wyrzygać z siebie kawałki jedzenia. Miałem nowego technicznego, Jasona, który, żeby uniknąć zderzenia z pawiem, musiał uskakiwać na boki. Poprawie sytuacji nie pomogła też z pewnością przytłaczająco wysoka temperatura w środku. Koncert stał się na tyle trudny do opanowania, a widownia tak krnąbrna, że skończyło się na bójce Axla z jakimś kolesiem pod sceną - niewykluczone, że palnął go w głowę podstawą od mikrofonowego statywu. Cały koncert był jak pieprzone zamieszki: tak olbrzymia energia w jednym małym i mocno przegrzanym pomieszczeniu musiała eksplodować. Coś zajebistego. Zdjęcie z tego koncertu znalazło się na "Appetite For Destruction".

Guns N'Roses w teledysku "Paradise City":

Nie potrafię wyobrazić sobie, gdzie stał wówczas Paul Stanley, pojawił się jednak po wszystkim ze swoją dziewczyną/żoną, blond seksbombą, oboje w strojach, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż rynkowa wartość całego budynku. W Raji's nie było pomieszczenia dla zespołów; było za to przejście dzielące scenę i tylne wyjście z kilkoma schodkami, na których cały zespół usiadł, kiedy skończyliśmy grać. W tym otoczeniu Paul i jego dziewczyna/żona wydawali się bardzo nie na miejscu, mimo to próbowali usadowić się obok nas. Byliśmy spoceni i powykręcani, ja zaś po ośmiu rundach rzygania, robiłem co tylko mogłem, żeby nie zwrócić tego wszystkiego na niego, kiedy siedząc ze swoją Ivaną Trump na ramieniu, powiedział do mnie: "Hmm, cóż, to było interesujące".

Bardziej ostrożny

Następnego dnia zrobiliśmy to już oficjalnie: zwróciłem się do Toma, by powiedział Paulowi, że nasze poszukiwania producenta trwają nadal, i że bardzo mu dziękujemy. Z przykrością stwierdzam, że niedługo potem opowiedziałem całą tę historię "L.A. Weekly", z przesadnie antypatycznym nastawieniem wobec Paula. Nie chciałem nikogo urazić; byłem tak nakręcony tym, co robimy, że każdy, kto tego nie łapał, był dla mnie pomyłką. Nie pamiętam nawet, że obraziłem go publicznie, przez co nie miałem żadnych skrupułów, żeby zadzwonić do niego jakiś miesiąc lub dwa później z prośbą o przysługę. Zaczęliśmy już nagrywać, ale swoje najlepsze gitary oddałem w zastaw, by mieć kasę na towar, liczyłem więc, że będzie w stanie załatwić mi trochę porządnego sprzętu do studia na mocy jego umowy sponsorskiej z BC Rich.

"Cześć, Paul, tu Slash" - powiedziałem. "Dawno się nie widzieliśmy. Co tam u ciebie?".

"W porządku" - odparł.

"Słuchaj, wiem, że masz umowę z BC Rich. Myślisz, że dałoby radę załatwić mi jakieś gitary?".

"Jasne, że by dało, to nie byłyby problem" - odpowiedział, po czym zaległa... cisza.

"Ale nie zrobię tego. Mam dla ciebie jedną radę: piorąc publicznie własne brudy, powinieneś być bardziej ostrożny. Życzę powodzenia.

Trzask.

Sygnał wybierania.

Trochę to trwało, ale w 2006 roku, miałem okazję przeprosić go za to podczas imprezy VH1 Rock Honors, gdzie zagrałem w hołdzie dla Kiss wraz z Tommym Lee, Ace'em Frehleyem i innymi. Sprawa się wyjaśniła, było, minęło. Patrząc z perspektywy czasu, dokładnie widzę, dlaczego zachowałem się w ten sposób: byłem wtedy arogantem, a kiedy jesteś bezczelny, bez względu na to jaką jesteś osobą, fakt, że nie należysz do fanów czyjegoś zespołu, jest wystarczająco uzasadnionym powodem by być k**asem. (...)

*************

Każdego dnia graliśmy próby; pisaliśmy nowe utwory, a nocą robiliśmy imprezy. Jak już wspominałem, dostanie heroiny nie było trudne, nie czułem więc tego, jak często biorę. Według mnie była to wyłącznie rekreacja - to nie miało być centrum wszechświata.

O tym, że mam z tym problem zorientowałem się, gdy po raz pierwszy zabrakło towaru. Nie myślałem o tym zbyt wiele - niewiedza jest błogosławieństwem. W dniu, kiedy to wszystko dopadło mnie po raz pierwszy, wraz z Izzym postanowiliśmy pojechać do Tijuany z Robertem Johnem, fotografem i naszym dobrym przyjaciele, który robił nam zdjęcia od samego początku i był naszym oficjalnym fotografem na trasach aż do 1993.

Kilka strzałów whisky

W każdym razie, całodniowa wyprawa była naprawdę udana: wypiliśmy kilka butelek tequili, włóczyliśmy się po ulicach; widzieliśmy po drodze pijanych Amerykanów okradanych przez k**wy w każdym barze i burdelu. Dzień był długi, sądziłem więc, że jestem zmęczony, pijany i łapie mnie przeziębienie; nie miałem pojęcia, co tak naprawdę dzieje się z moim organizmem. Pamiętam, że po powrocie do Los Angeles, błyskawicznie zemdlałem. Obudziłem się w nocy, nadal czując się źle, uznałem zatem, że uleczy mnie kilka strzałów whisky w Barney's Beanery. Poszedłem tam około dziesiątej i po paru drinkach nie czułem się wcale lepiej; w zasadzie to jeszcze gorzej. Wróciłem do mieszkania i skuliłem się w pozycji, jak przy ataku lotniczym: ręce na głowie, głowa między kolanami - tylko dlatego, że w żadnej innej pozycji nie czułem się dobrze. Doskonale pamiętam ten dzień, bo tego samego wieczoru, nieoczekiwanie wpadł do nas Marc Canter. Ćpanie było mu tak obce, jak tylko można sobie wyobrazić. Wpatrywał się we mnie z zaciekawieniem.

"Nie wyglądasz za dobrze" - powiedział. "Wszystko w porządku?".

"Tak, jest dobrze" - odparłem. "Mam po prostu grypę".

W rzeczywistości byłem na głodzie, zaledwie po jednym dniu bez heroiny. Ciężko było mi się do tego przyznać przed samym sobą. Leżąc w łóżku spocony jak szczur, wciąż tłumaczyłem to sobie jako najgorszą grypę, jaka dopadła mnie w życiu.

Mimo iż, jak sądzę, trochę z tym przystopowałem, nadal - w mniejszym lub większym stopniu - podążałem tą samą drogą, aż do czasu, kiedy w końcu musiałem uznać fakt, że jestem uzależniony - a wszystko za sprawą karzącej ręki sprawiedliwości. Którejś nocy jeżdżąc z Dannym po okolicy w poszukiwaniu towaru, uznaliśmy, że trzeba coś wziąć, ale było tego naprawdę niewiele, ot na pobudzenie apatytu. Pojechaliśmy z tym do naszego kolegi Rona Schneidera (mojego basisty w Tidus Sloan), załadowaliśmy, trochę pogadaliśmy, posłuchaliśmy Iron Maiden i około czwartej rano zaczęliśmy zwijać się do domu. Dojeżdżaliśmy do La Cienega, kiedy z tyłu zamrugały niebiesko-czerwone światła. Zwolniliśmy i zatrzymaliśmy się, dosłownie, tuż przed naszym mieszkaniem, rzut beretem od drzwi.

Było widać, że obaj gliniarze mają zamiar wyrobić swoją nocną czy miesięczną normę, tym bardziej, że nie jechaliśmy za szybko i zachowywaliśmy się zupełnie normalnie. Nic na nas nie mieli, Danny zapomniał jednak, że w kieszeni na piersi została mu igła, a to dało glinom wolną rękę do robienie z nami, co im się żywnie podoba. Zaczęło się od świecenia latarkami po oczach.

"Brał pan dziś jakieś narkotyki?" - zapytał mnie jeden z nich.

"Nie" - odparłem, mrużąc oczy spod włosów.

"Jest pan pewien? Ja widzę, że pan brał; ma pan zwężone źrenice".

"No tak, skoro świeci mi pan latarką po oczach" - powiedziałem.

Guns N'Roses na żywo w 1988 roku:


Towaru żadnego nie znaleźli: skonfiskowali za to samochód Danny'ego i zatrzymali go za posiadanie przedmiotów służących do brania narkotyków. Mnie też zakuli w kajdanki, nie powiedzieli jednak, pod jakim zarzutem. A wszystko to stało się trzy metry od drzwi.

Wpakowali nas na tył radiowozu, by w drodze na posterunek kontynuować swoją cichą misję wyłapywania wszystkich długowłosych "włóczęgów", którzy znaleźli się w ich polu widzenia. Po przejechaniu niespełna dwóch kilometrów zwinęli Mike'a Levine'a, basistę Triumph, który wychodził właśnie z 7-Eleven niosąc pod ręką kilka piw do samochodu, uznając, że zamierzał pić jadąc. Wsadzili go do tyłu razem z nami i ruszyli dalej. Nieco dalej, na Santa Monica Boulevard, zatrzymali dziewczynę za "picie w miejscu publicznym", co działo się dosłownie trzy przecznice od biura szeryfa. Dziewczyna w ogóle nie wyglądała na pijaną - zwyczajnie szła ulicą. Jako że w radiowozie nie było już miejsca, jeden z gliniarzy postanowił, że na posterunek po drugiej stronie ulicy doprowadzi ją na pieszo.

Zdrapywał zębami czarny lakier na paznokciach

Wszystkich facetów zaprowadzili do tej samej celi, w której siedzieliśmy przez dobrych kilka godzin. Mike Levine wyszedł za kaucją. Po odsiedzeniu swojego puścili także Danny'ego. Spisano go za posiadanie igły i wyznaczono termin rozprawy. Zostałem tylko ja, a że nic nie zrobiłem, myślałem, że zaraz wyjdę. Zrobiła się sobota, około ósmej rano, mijały kolejne godziny, a ja próbowałem, bez powodzenia, zwrócić na siebie uwagę strażników, żeby spytać ich, dlaczego wciąż tutaj siedzę.

Jedyną odpowiedzią, jaką otrzymałem, było przeniesienie mnie z niewielkiej nocnej celi do większej, z wysokim sufitem, gumową matą na podłodze, wspólną toaletą w rogu oraz sporą ilością ludzi siedzących w smrodzie szczyn. Nie miałem pojęcia, co mnie jeszcze czeka. Zaczął się zjazd; od kompletnego dołu dzieliło mnie kilka godzin. Po jakimś czasie zapakowano nas do jednego z tych paskudnych, niegdyś szkolnych, czarno-białych autobusów z okiennymi drzwiami. Zakuto mnie na kostkach i nadgarstkach z łańcuchem podpiętym do człowieka przede mną. Nadal nie wiedziałem, dlaczego tu jestem, ale zrozumiałem, że wiozą mnie do okręgowego zakładu karnego, od razu więc zacząłem zdrapywać zębami czarny lakier na paznokciach. Nie mogło być mowy, żebym trafił do więzienia z pomalowanymi paznokciami.

Dotarcie na miejsce ciągnęło się godzinami, gdyż autobus zatrzymywał się co najmniej kilka razy, by zabrać ludzi z innych aresztów, podczas gdy mój stan robił się coraz gorszy. W każdym z aresztów wyprowadzano nas do przejściowej celi, gdzie czekaliśmy na dołączenie kolejnych osób. Choć więzienie okręgowe oddalone było o około 30 kilometrów, przez wszystkie te postoje i biurokrację, dotarcie tam zajęło cały dzień. Po odwiedzeniu chyba sześciu aresztów, późnym popołudniem w końcu znaleźliśmy się w okręgowym zakładzie karnym. Na miejscu procedury nie były wcale krótsze: sporządzili rejestr moich rzeczy osobistych i do czasu zakończenia roboty papierkowej przenosili mnie do kolejnych tymczasowych pomieszczeń z innymi więźniami.

Było to najbardziej żmudny przykład biurokracji, jaki miałem okazję obserwować, tym bardziej, że skręcało mnie niemiłosiernie. Teoretycznie zdawałem sobie sprawę z tego, co mi dolega; nasłuchałem się już różnych historii, ale nawet po doświadczeniu części z nich po powrocie z Tijuany, podchodziłem do sprawy z tą samą beztroską brawurą, za sprawą której stałem się uzależniony. Chcąc uniknąć podobnych efektów, doszedłem do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem jest stałe zaopatrywanie się w materiał. W Hollywood nie było z tym kłopotu. Kilkudniowy pobyt w więzieniu bez dostępu do heroiny był jednak zupełnie czymś innym - przymusowym odwykiem w scenerii najgorszej z możliwych.

Miło z jego strony

Przebywałem w jednym z tych staromodnych pomieszczeń z kilkoma rzędami łóżek, przeżywając katusze, mdłości, byłem chory i wyczerpany. Nie mam pewności, ile tam w sumie siedziałem; wydaje mi się, że prawie trzy dni. Wypuścili mnie nagle, znów bez jakichkolwiek wyjaśnień, a cały pieprzony proces musiałem przejść ponownie w odwrotną stronę. Axl wpłacił za mnie kaucję i wysłał po mnie Danny'ego, o czym jeszcze nie wiedziałem, brnąc przez procedurę wyjścia w przykrótkim kombinezonie, czekając w długich kolejkach, przesiadując w szeregu pomieszczeń, pocąc się, kaszląc, biadoląc i wiercąc, a do tego cuchnąc, wyglądając i czując się zajebiście marnie. Kiedy oddano mi ubrania i rzeczy osobiste, wreszcie poinformowali mnie, dlaczego się tam znalazłem: zgarnęli mnie z powodu mandatu sprzed sześciu lat za przechodzenie przez ulicę w niedozwolonym miejscu. Wystawili mi nakaz aresztowania, bo nie pokazałem się w sądzie ani nie uregulowałem grzywny. Ze wszystkich rzeczy, które popełniłem, zapuszkowali mnie za nieprawidłowe przechodzenie przez ulicę. Cóż, odsiadując swoje, spłaciłem przynajmniej dług wobec społeczeństwa.

Chodziłem dookoła więzienia, paląc wysępione fajki przez jakąś godzinę i zastanawiając się, kto wpłacić za mnie kaucję, kiedy nagle pojawił się Danny; pojechaliśmy prosto na Melrose i Western, żeby coś kupić. Kiedy wróciłem do mieszkania, Axl spał, podobnie jak Steven i Izzy, a Duffa nie było. Dałem w kanał i wziąłem prysznic, a kiedy się obudzili, dotarło do mnie, że nawet nie zauważyli mojej nieobecności. Nie liczyłem na zbyt wiele, ale skromne powitanie byłoby miłe. Kiedy później dowiedziałem się, że Axl był jedyną osobą, która wyłożyła pieniądze na kaucję, byłem wzruszony. Miło z jego strony. (...).

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Autobiografię "Slash" na język polski przedłożył, współpracujący z serwisem Muzyka INTERIA.PL, Bartosz Donarski, autor tłumaczeń m.in. "Wybierając śmierć", "Władców chaosu", "Szwedzkiego death metalu" i "Pearl Jam Twenty".

Czytaj także:

Cała prawda o Slashu

Slash wreszcie wychodzi z cudzego cienia

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Guns N'Roses | Slash | autobiografia | książka | Axl Rose | Duff McKagan | Izzy Stradlin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje