Już od wejścia czuło się, że to będzie wyjątkowy wieczór - kolejka owijała się wokół całego COS Torwar, ale dzięki sprawnej organizacji szybko się rozładowała. Wszyscy czekali na Josha Homme'a - tym bardziej, że część koncertów w 2024 roku została odwołana przez jego problemy zdrowotne.
Zanim jednak pojawili się główni bohaterowie wieczoru, publiczność miała okazję poznać support - So Good. To kobiece trio z Londynu, które same siebie określają jako ignorant brat pop - mieszanka punka, hip-hopu, drillu i popowych melodii, często z satyrycznym przekazem. Zespół, którego nie znałam wcześniej, faktycznie mnie zaskoczył - choć niekoniecznie tak, jakbym tego chciała.
So Good, czyli muzyczna niespodzianka
Nie słyszałam o nich wcześniej, więc postanowiłam zrobić sobie niespodziankę i nie sprawdzać ich muzyki przed koncertem. Punktualnie na scenę wyszły trzy dziewczyny, witane mocnymi rockowymi riffami. Ich twórczość nie pasowała stylistycznie do Queensów - i mam wrażenie, że dla większości publiczności była to mieszanka trudna do przyswojenia. Na scenie pokazały dopracowaną, niemal cheerleaderską choreografię i butne teksty z punkowym, choć nieco płytkim przekazem: girl power z pazurem, dużo dwuznacznych odniesień i złości na brytyjską politykę oraz sytuację na świecie. Muszę przyznać, że końcowy numer z poetycką frazą "przestanę cię kochać, kiedy Big Pharma przestanie zarabiać miliony (czyli nigdy)" wywołał u mnie uśmiech. Fajnie, że próbują - ale w tym zestawieniu nie miały łatwego zadania.
Mocne wejście Queens of The Stone Age i fala klasyków
Kiedy So Good zeszły ze sceny, a światła przygasły, napięcie sięgnęło zenitu. I wreszcie - oni. Queens of the Stone Age we własnej osobie. Josh Homme wyszedł na scenę w znakomitej formie - choć jeszcze niedawno zmagał się z powikłaniami zdrowotnymi, tego wieczoru był wulkanem energii.
Rozpoczęli koncert potężnym "Keep Your Eyes Peeled", który wybrzmiał z taką siłą, że mógłby śmiało konkurować z "Song for the Deaf" - każda fala dźwięku przenikała całe ciało, a muzykę odczuwało się nie tylko słuchem, ale wszystkimi zmysłami.
Jedną z największych zalet tej trasy koncertowej jest zmienna setlista. Każdy występ jest nieco inny - i nie jest to przypadek. Josh powiedział wprost: "Musimy grać różne kawałki, bo inaczej zwariujemy". I rzeczywiście - zamiast schematu, mamy swobodną żonglerkę numerami. Było miejsce na "Regular John", "Turnin' on the Screw", "Paper Machete", "In My Head", a także utwory wybrane na żywo przez fanów z tłumu - jak "I Appear Missing" czy "Time & Place". Wychodzi więc na to, że warto przynosić transparenty i krzyczeć wystarczająco głośno, bo Josh Homme naprawdę słucha.
Brzmienie, światło i słynny rekwizyt Josha
Każdy numer był dopracowany do perfekcji - scenicznie oddali każdy niuans znany z wersji studyjnej. W sumie zagrali 19 utworów, nie zabrakło uwielbianych klasyków jak "Little Sister", rozbudowane "Go With the Flow", "No One Knows" czy "Make It Wit Chu". Podczas tego ostatniego Josh sięgnął po papierosa - co stało się już jego scenicznym znakiem rozpoznawczym. Tym razem jednak towarzyszył mu tylko przez chwilę. Wygląda na to, że nawet w życiu najbardziej zbuntowanego rockmana zdrowie z czasem staje się priorytetem.
Dopełnieniem muzyki była oprawa świetlna - migające światła okalające scenę, strumienie kolorów wpadające w tłum. Całość była niemal hipnotyczna. Ich częstotliwość, zsynchronizowana z dźwiękiem, wprowadzała w trans. Przez moment poczułam się jak na seansie 3D w kinie, w którym nagle zdjęłam okulary - zmysły kompletnie oszalały.
Publiczność w totalnym zanurzeniu
Polska publiczność nie zawiodła - od pierwszego kawałka rzuciła się w dziki wir tańca i zabawy. Co ciekawe, było wyjątkowo mało telefonów - większość była całkowicie skupiona na doświadczeniu. Sama, choć chciałam nagrać fragment (z zawodowego obowiązku!), szybko schowałam telefon do kieszeni. Każda sekunda była na wagę złota.
Pełna immersja - dzięki hipnotyzującej oprawie, energii tłumu i scenicznej charyzmie zespołu - sprawiła, że był to prawdziwie rockowy, dziki wieczór. W tłumie co chwilę pojawiali się crowd surferzy, pchani rękami ku scenie - widok jak z klasycznych koncertów sprzed ery dokumentowania wszystkiego w mediach społecznościowych.
Więcej niż koncert
Widziałam QOTSA wcześniej - w 2023 roku na Open'erze. Było dobrze, ale... w środku dnia, z tłumem przypadkowych ludzi, nie miało to tej samej magii. Warszawski koncert to zupełnie inna historia. Pełna ciemność, żywa, skupiona publiczność i zespół w najwyższej formie. To było moje pierwsze prawdziwe spotkanie z Queensami - i będę je wspominać długo. Josh Homme - po wszystkim, co przeszedł - wyszedł na scenę pełen wigoru i dał nam to, czego brakowało: dwie godziny totalnego, rockowego katharsis.














![George Clarke, Deafheaven: "Brakowało nam pewnych rzeczy" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000N5RJICG9VNPKS-C401.webp)