Reklama

Reklama

Queen: Nieznana historia (cz. 2)

Pod koniec stycznia ukaże się po polsku książka "Queen: Nieznana historia. Moje życie u boku największego zespołu rockowego XX wieku" autorstwa Petera Hince'a, który jako fotograf spędził wiele lat na trasach koncertowych Queen. U nas możecie przeczytać drugą część pierwszego rozdziału.

Queen: Nieznana historia - przeczytaj część pierwszą!

Zawsze strasznie mnie kusiło, żeby rzucić okiem, jak "brzydale" reagują na jego muzykę, lub by obczaić laski, ale jak tylko Fred zauważał, że oddalam się za bardzo, posyłał mi przez scenę lub zza fortepianu mrożące krew w żyłach spojrzenie. Musiałem stale go obserwować, by w razie potrzeby w każdej chwili móc wskoczyć na scenę i na przykład odplątać kabel od mikrofonu złapany w liczne sceniczne pułapki. Oczywiście miałem to robić w sposób niezauważalny dla publiczności, czyli siedząc w kuckach. Wyglądałem, jakbym cierpiał na jakąś chroniczną przypadłość dolnego odcinka kręgosłupa. Z połączenia mnie i "brzydali" z pierwszych rzędów jak nic wyszedłby Quasimodo.

Reklama

Fred był wyjątkowo skupiony i uważny na scenie. Potrafił zgrabnie unikać żenujących sytuacji, nawet w szale twórczej ekspresji, w przeciwieństwie do Briana, który biegał po scenie tam i z powrotem jak w transie, nie zwracając uwagi na otoczenie, młócąc powietrze czarnym spiralnym kablem od gitary i czarną kędzierzawą czupryną. To Fred zwinnie uskakiwał w bok, by ich kable się nie poplątały i nie skrępowały im ruchów z komicznym efektem dla tłumu. Gdy Brian biegł już z powrotem w głąb sceny, ciągle w totalnym amoku, Fred przekładał pod kablem jego gitary swój statyw od mikrofonu, by nie zostać unieruchomionym. Czasem oczywiście nie udało się uniknąć zaplątania. Wtedy Fred porzucał zaplątany mikrofon, zerkał na mnie porozumiewawczo i odbierał ode mnie zapasowy sprzęt. Czasami, gdy ja na czworakach próbowałem rozwiązać jakiś kablowy galimatias, on siadał mi na plecach i podskakiwał jak na koniu, chichocząc przy tym. Faktycznie, bardzo śmieszne. Fred, opanuj się, bo ludzie zaczynają gadać...

Pierdzący aligator

John nigdy nie przeżywał podobnych problemów, bo zawsze ustawiał się z przodu sceny lub na schodkach podestu dla perkusji. Podczas późniejszych tras zespołu zupełnie porzucił kable na rzecz przekaźników radiowych firmy Nady, które stosował do wszystkich gitar. John był z wykształcenia elektronikiem, więc nie sposób było go oszukać, gdy coś w tej materii nawaliło!

Warto jednak wspomnieć, że w drugiej połowie lat 70. jedna z pierwszych prób użycia nadajników do podłączenia basu Johna zakończyła się fiaskiem. Podczas próby nagłośnienia testowałem ówczesną nowość w tej dziedzinie - system Schaeffera - i po zagraniu kilku dźwięków na basie zapytałem Tripa Khalafa, inżyniera dźwięku zespołu Queen:

- I jak to brzmi? Nie za bardzo sprzęga?
- Brzmi jak pierdzący aligator - padła mało entuzjastyczna odpowiedź.

Jeszcze na jakiś czas musieliśmy się przeprosić z kablami...

Fred uwielbiał wykorzystywać kabel od mikrofonu jako rekwizyt sceniczny. Chwytał go i wykręcał z niewyobrażalną wprost intensywnością. Strzelał nim jak z bicza lub używał jako lasso. Dopiero podczas ostatniej trasy koncertowej Magic Tour, na wielkich stadionach z ogromnymi scenami do przemierzania, przerzucił się na mikrofon bezprzewodowy.

- Mmmm, tak! Szczyt nowoczesności! - w ten sposób reagował na próbach na widok nowej kosztownej technologii. - I do tego strasznie sexy!

Falliczny mikrofon Sony różnił się znacznie od jego poprzednika - klasycznego mikrofonu firmy Shure. Dłuższy, grubszy i do tego w matowym czarnym kolorze wyglądał jak zabawka prosto z któregoś z sex-shopów w Soho.

W dalszej części koncertu zespół Queen grał składankę starych i nowych przebojów, na zmianę z piosenkami z fortepianem w roli głównej, przy których Fred mógł złapać oddech. Po serii szybkich utworów, reflektor odnajdywał Freda leżącego na klapie fortepianu. Krzyczał wówczas: "K**wa, wymiękam!", a publiczność ryczała z zachwytu, dodając mu energii. Stawał wtedy na równe nogi i rzucał się na fortepian, udając, że z nimi kopuluje, na co ludzie reagowali jeszcze głośniejszymi okrzykami.

Zobacz teledysk "Somebody To Love" z Freddim przy fortepianie:

Fred nie nawiązywał jednak kontaktu z publicznością, siedząc za fortepianem. Czasem rzucał w ich stronę jakiś gest, podziękowanie czy aluzję. Zdecydowanie wolał kontakt ze środka sceny lub gdy szedł po wybiegu - w świetle jupiterów. Tu mógł użyć swego ciała, prezencji i głosu jako środków komunikacji. Na scenie Fred był nieprzewidywalny. Czasem znienacka pytał ludzi siedzących w pierwszych rzędach, czy mają jakieś specjalne życzenia.

Pewnego razu ktoś w odpowiedzi poprosił o jakiś stary numer Queen, którego zespół nigdy nie wykonywał na koncertach.

- To mamy zagrać? Ha! Chyba śnisz! - odparował Fred wysokim, piskliwym, egzaltowanym głosem, po czym odrzucił głowę w tył i odwrócił się na pięcie.

"Chyba śnisz!" - to hasło przewijało się podczas wielu tras koncertowych zespołu. Zresztą nie tylko podczas tras. Tymczasem przy fortepianie podawałem Fredowi kolejny gorący napój na podrażnione gardło.

- Jak nam idzie? Jak to wszystko brzmi?
- Dobrze, Fred. Idzie bardzo dobrze.
- To dobrze. Tak powinno być.

Głos na maksa

Czasami niestety reakcje publiczności nie przypominały tych, jakich się spodziewaliśmy. Wtedy Fred starał się jeszcze bardziej, by zjednać sobie ludzi. Tak na przykład było na pierwszym koncercie Queen w Madrycie w 1979 roku. Wszyscy spodziewali się gorącokrwistej, spontanicznej latynoskiej publiczności. Tymczasem nie. Po każdej piosence brawa szybko cichły. Podkurzony Fred spróbował więc nawiązać kontakt w inny sposób. Przeszedł do samego końca wybiegu i zaczął wznosić toasty w stronę tłumu swoją lampką od szampana (wypełnioną miejscową wodą), rzucając kilka fraz, które znał po hiszpańsku. Kiedy i to nie zadziałało, oblał pierwsze rzędy wodą, wrzeszcząc:

- A macie! Za to, że jesteście tacy hiszpańscy!

Następnie dał znak inżynierowi dźwięku siedzącemu pośrodku uśpionej widowni i wrzasnął:

- Daj głos na maksa!

Głośniki ryknęły, przekazując efekt ciężkiej pracy Freda oraz reszty zespołu próbującego rozgrzać hiszpańską publiczność. Zadziałało i od tej chwili występ potoczył się tak jak trzeba. Fred zawsze dawał przykład innym członkom Queen. Wracając do fortepianu wśród braw i okrzyków po tym, jak wreszcie zdobył serca ludzi, walnął pięścią w klapę instrumentu, wydobywając z niego głuchy odgłos, i wrzasnął na całe gardło:

- I tak to się (k**wa) robi! - wyrażając uznanie dla własnego ogromnego talentu i oszałamiającej osobowości.
- Już w porządku?
- Tak, tak, ale każ Brianowi grać ciszej, bo sam, k**wa, nie słyszę, co śpiewam!

Żebym jeszcze wiedział, jak można zmusić rockowego gitarzystę, by grał ciszej lub wolniej.

Dać mu nuty. W prześmiewczym dokumencie o fikcyjnym rockowym zespole "Oto Spinal Tap" heavymetalowy gitarzysta z dumą prezentuje swój wzmacniacz oraz jego zakres głośności dochodzący do 11 zamiast standardowych 10. Taki mały bonusik, jeśli chcesz czegoś więcej. Wzmacniacz Briana Maya miał na skali 12 i pół. On zawsze chciał czegoś więcej...

Więc co zrobiliśmy? Pogłośniliśmy wszystkich pozostałych.

QUEEN NA SCENIE TO BYŁO OGŁUSZAJĄCE PRZEŻYCIE.

Czy ja powiedziałem, że Queen na scenie to ogłuszające przeżycie? Moje uszy są tego najlepszym dowodem. Podczas badania słuchu kilka lat temu zapytano mnie, czy kiedykolwiek pracowałem w hałaśliwych warunkach. Cóż, na starość przyjdzie mi chyba sprzedać kilka pamiątek, by uskładać na odpowiednio silny aparat słuchowy.

Podczas wyjątkowo udanych koncertów, na których Queen po prostu dawali czadu, pojawiały się tak niesamowite wibracje i dudnienie, że nawet ekipa techniczna czuła się częścią zespołu. Ogólnie rzecz ujmując, na scenie dźwięk, który do ciebie docierał, zależał od tego, gdzie stałeś. Nie słyszało się wymieszanego efektu końcowego, który dochodził do ludzi przed sceną, ale głównie to, co akurat dobiegało z najbliższego odsłuchu. Najlepsze wydawały się boki sceny, bo tam dźwięk był już dość wymieszany, w odróżnieniu od dość specyficznego miejsca tuż za perkusją. Tam słyszało się odgłos walenia w bębny wzmocniony odsłuchem oraz echo wielokrotnie odbite od tylnej ściany lub dachu nad sceną.

Za "metą" sceny, gdzie nie ustawiono sprzętu, można było siedzieć z zamkniętymi oczami i nadal czuć tę energię, znaleźć się pod ostrzałem wrażeń zmysłowych. Smród rozpalonych reflektorów, gorący elektryczny zapach bijący od drżących wzmacniaczy i gryzący smak dymu i kurzu. Do tego wibracje dochodzące z głośników i dudnienie rozsadzające klatkę piersiową, gdy Roger walił w "centralę". Wszystko to było bardzo namacalne - ostre krawędzie i zaokrąglone rogi skrzyń transportowych, gruby splot wykładziny na scenie, chłód lodu w pojemnikach na napoje, gładkie i zmysłowe kształty gitar oraz smród palonej gumy, który czułem, zwijając kabel od mikrofonu Freda. Na scenie dobrze było unikać stania za perkusją, gdy Roger energicznie odrzucał głowę w tył. Zazwyczaj wtedy pluł w powietrze, oczyszczając w ten sposób płuca ze zmęczenia oraz papierosów Marlboro. Biedny jego techniczny, który musiał na drugi dzień wycierać talerze...

Orzeszkami w gitarzystę

Mniej więcej do połowy pierwszego seta zespół grał stare kawałki i utwory z nowej płyty. Potem następowała seria solówek. Fred śpiewał i wykrzykiwał ze sceny wokalizy, oczekując, że publiczność będzie mu wtórować. W ten sposób udowadniał swój kunszt sceniczny i pokazywał, że może zawładnąć tysiącami ludzi za pomocą głosu i charyzmy. Zazwyczaj elementem występu było też krótkie (całe szczęście) solo na perkusji, podczas którego z Rogera wyłaził Zwierzak znany z Muppetów. Odbywało się też dłuższe solo na gitarze, które czasem działało... (Byłem jeszcze młody, gdy Brian zaczynał grać solówki...).

Czas na przerwę. Roger schodził z podestu do Domku dla Lalek, gdzie szukał wytchnienia, czegoś do picia i choćby odrobiny tlenu. Fred też tam odpoczywał. Zdejmował koszulę, wycierał ręcznikiem pot i zakładał nowy strój. Pił coś dla orzeźwienia i ssał pastylkę na gardło. John nie grał solówek (od solo na gitarze basowej gorsze jest tylko solo na bębnach), więc wychodził za głośniki na szybkiego papierosa, którego mu odpalałem, przy okazji po drodze rzucał orzeszkami w zatopionego w swej solówce Briana.

Freddie Mercury: Wciąż niezapomniany - wspomnienie z okazji 20. rocznicy śmierci

Zobacz teledyski Queen na stronach INTERIA.PL!

Fatalny występ Freddiego w Nowej Zelandii - czytaj na następnej stronie!

W dalszej kolejności następował mały przerywnik akustyczny: na widowni atmosfera robiła się luźna niczym w miejscowym pubie. Czasem Roger wychodził, by zagrać coś na tamburynie lub bębnie i zaśpiewać. Była to jedyna okazja dla fanów, by zobaczyć RMT (Rogera Meddowsa Taylora) z bliska - nie licząc serii ukłonów po koncercie. Niestety, on swoich wielbicieli nie widział. Roger miał wadę wzroku i musiał nosić soczewki kontaktowe. W 1978 roku, podczas nagrywania jakiegoś bluesowego kawałka rodem z Nowego Orleanu w studiu nagraniowym w Montreux, zyskał przydomek Ślepy Melon Taylor. Roger miał wiele przezwisk. Najbardziej znanym było Rainbow Man, bowiem spośród wszystkich członków zespołu Queen to Roger zwracał największą uwagę na modę. Ciągle kupował ciuchy, zwykle w jaskrawych kolorach, które łączył w zaskakujący sposób (spokojnie mógł ubiegać się o główną rolę w musicalu "Józef i cudowny płaszcz snów" w technikolorze).

Kermit się wygłupia

Spośród przezwisk innych członków zespołu wymienię zaledwie kilka:

Freddie miał przezwisko Kermit - na cześć żaby z Muppetów. Zasłużył na ten przydomek w roku 1977, gdy przeżywał swój "baletowy" okres i skakał po scenie w białym obcisłym trykocie, który w zielonej poświacie reflektorów uwydatniał gibkość jego ciała, zwłaszcza gdy siadał na schodach ustawionych na scenie. Czyżby "W pół drogi po schodach"? [Aluzja do wiersza A. Milnego wykonywanego jako piosenka przez siedzącego na schodach Kermita w programie The Muppet Show - przyp. tłum.] Tak na marginesie, oczywiście nikt się tak do niego nie zwracał. Słynny tygodnik muzyczny "NME" opatrzył jeden z wywiadów z Fredem z tego okresu nagłówkiem: "CZY ON SIĘ WYGŁUPIA?". Jak się zapewne domyślacie, nie zachwyciło go to. Tak wyglądał początek długiego i skomplikowanego związku Freda z prasą.

Ekipa techniczna najczęściej mówiła do niego po prostu Fred, ale gdy dawał nam wyjątkowo w kość, nazywaliśmy go The Goofy Toothed Rascal [dosłownie: łajdak o zębach jak pies Goofy - przyp. tłum.]. A jeśli był wyjątkowo upierdliwy, leciały wszelkiej maści wyzwiska, w tym Horsey [Konik - przyp. tłum.]. Nie chodziło wcale o jego zęby, ale o miłość do wielkiego rosyjskiego baletmistrza polskiego pochodzenia, Wacława Niżyńskiego.

- Do kogo? - pytali członkowie zespołu. A co, nie wygrał czasem kilku wyścigów konnych?

Przygotowując występy na żywo, Fred inspirował się kostiumami Wacława, zwłaszcza jego biało-czarnymi wzorzystymi trykotami. Mary Austin, wieloletnia dziewczyna Freda (sama zawsze mówiła do niego Freddie), gdy jeszcze mieszkali razem w 1977 roku, sprezentowała mu wielki album o Niżyńskim z dedykacją: "Dla prawdziwego artysty, którym jesteś".

Freddie w biało-czarnym kostiumie w "We Are The Champions":

Do tego oczywiście, podobnie jak Fred, koń wyścigowy o imieniu Niżyński był czempionem, zdobywcą wielu nagród.

Brian miał przezwisko Percy - po Percym Throwerze, brytyjskim ogrodniku, gospodarzu programu telewizyjnego. Brian uwielbiał przyrodę i prace w ogrodzie. Kiedyś w roku 1976 przywiozłem do jego domu w Londynie jakiś sprzęt. Był już późny wieczór, a drzwi otworzył mi Brian w potarganych ciuchach, z latarką w ręce oraz gałązkami i liśćmi wplątanymi w bujną grzywę. Właśnie zajmował się pielęgnacją swoich ukochanych roślinek. A gdy obronił pracę z zakresu astronomii podczerwonej, od razu zyskał przezwisko The Infrared Gardener [Podczerwony Ogrodnik - przyp. tłum.].

Na Johna mówiliśmy Birdman [Ptasznik - przyp. tłum.] lub Deaky (wiadomo dlaczego). Podczas trasy po Stanach w 1978 roku miał krótko ścięte włosy i bardzo przypominał Ptasznika z filmu "Ptasznik z Alcatraz". Lubił ten przydomek, a podczas jednego z bisów założył nawet więzienny pasiak, który dostał od ekipy.

Gejowska część ekipy miała swoje własne przezwiska w postaci damskich imion nadawanych męskiej świcie zespołu i innym "znajomkom". Używali też żeńskich końcówek i zaimków, zwracając się do nich.

Drugi zestaw przezwisk obowiązujących w Queen:

Freddie Mercury: Melina (Melina Mercouri - grecka gwiazda filmowa)

Brian May: Maggie ("Maggie May" - tytuł piosenki Roda Stewarta)

Roger Taylor: Elizabeth (aktorka Elizabeth Taylor)

John Deacon: Belisha (Belisha Beacon...? - [Nazwa pomarańczowo-żółtego klosza latarni ulicznych, popularnego w krajach anglosaskich - przyp. tłum.])

Na mnie mówili Helen. Nie pytajcie dlaczego.

Muzyka naprawdę nie zna granic

Punktem kulminacyjnym przerywnika akustycznego było wykonanie przez Freda i Briana uproszczonej wersji piosenki "Love of My Life". Następnie nadchodził czas na włączenie publiczności do gry i wspólne śpiewanie, czyli ogólnie jeden z lepszych momentów koncertu. Prawdę mówiąc, nietrudno na trasie o cynizm i zblazowanie w stosunku do fanów, bo po jakimś czasie poczucie ciągłego oblężenia daje się wszystkim we znaki. Ale z drugiej strony widok ponad 130 tysięcy ludzi zgromadzonych na stadionie, bezbłędnie śpiewających piosenkę w obcym dla siebie języku, jest doświadczeniem zupełnie wyjątkowym. Może to, co powiem, brzmi banalnie, ale muzyka naprawdę nie zna granic.

Tymczasem koncert z wielką energią wchodzi w ostatnią fazę - fazę wielkich hitów, jak "I Want to Break Free", czy rockowych numerów idealnie nadających się do trzepania głową, jak "Hammer to Fall", oraz tych piosenek, przy których cała widownia klaszcze, jak "Radio Ga Ga". Próbując Ga-Gę przed występami na żywo, Fred zwykle zamieniał słowo "radio" na rymujące się z nim "fellatio", na co cały zespół reagował salwami śmiechu. Niestety, publiczności nigdy nie dane było posłuchać tej improwizacji. Fred lubił zaskakiwać i prowokować, ale przede wszystkim kochał występować, zwłaszcza na wysokim poziomie.

Zobacz teledysk "Radio GaGa":


Najgorszy koncert Freddiego

Tylko raz zdarzyło się, że poczułem się naprawdę rozczarowany występem Freda. W moim przekonaniu Fred był bowiem absolutnym profesjonalistą. Miało to miejsce podczas jedynego koncertu, który grupa dała w Nowej Zelandii, w mieście Auckland na stadionie Mount Smart. Nowa Zelandia to piękny kraj, ale nie jest to raczej wymarzone miejsce na trasy dla rockowych zespołów, ze względu na niedostatek barów, narkotyków i rozwiązłych kobiet. W związku z tym wymyśliliśmy, że władze Nowej Zelandii powinny na lotniskach umieścić następujące tabliczki: Prosimy zdeponować genitalia tutaj, nie będą państwu potrzebne podczas pobytu u nas. No, chyba że gustują państwo w owcach. Do wyboru do koloru.

Fred wyszedł na scenę, zanim poszła taśma z intro, spóźniony i zauważalnie pijany. Nuda czy złe towarzystwo? Jedno i drugie. Spóźnił się przez Tony'ego Williamsa (zwanego też Mr Hyde), naszego garderobianego, który ubrał Freda w spodnie tyłem do przodu. Fred, niestety, zauważył to dopiero, gdy pokonywał spory odcinek drogi między garderobą a sceną. Tony sam był jak zwykle pijany. Często miewał drgawki i prosił któregoś z nas: "Kochaniutki, pomógłbyś mi nawlec nitkę?". Cudowny człowiek, z którego po pijaku faktycznie wychodził Mr Hyde. Wówczas bycie jego przyjacielem wyglądało jak praca na pełny etat.

Od początku koncertu Fred chichotał i zapominał słowa piosenek, nie nadążał za muzyką i nawet pytał mnie, które piosenki ma grać i jak one szły! Występ nie był jednak katastrofą i część piosenek całkiem się udała, ale Fred czasem tracił wątek i reszta zespołu na tym cierpiała. Na bis zespół zagrał przebój Elvisa - "Jailhouse Rock", a do jego wykonania zaproszono na scenę Tony'ego. Nie tego pijanego z garderoby, marzącego o wspólnym występie, tylko Tony'ego Hadleya, wokalistę grupy Spandau Ballet, który miał właśnie przerwę we własnej trasie koncertowej. Tony był zupełnie bezpretensjonalną osobą, ale nie znał słów piosenki! Widzieliście kiedyś gwiazdę rocka, która nie zna słów piosenki "Jailhouse Rock" Elvisa Presleya?

Kucając u boku fortepianu Freda i podziwiając jego zaangażowanie w występ, czasem zdarzało mi się przenosić wzrok na publiczność i zastanawiać się nad życiem, śmiercią, sensem mojego istnienia. Co będę kiedyś robił? O co w ogóle chodzi w życiu? Co ja tutaj robię? Będąc przed trzydziestką, stałem się Fortepianowym Mędrcem. "Czy to jest prawdziwe życie? Czy to tylko Battersea?". [Trawestacja słów piosenki "Bohemian Rhapsody": "Is this the real life? Is this just fantasy? - Czy to jest prawdziwe życie? Czy tylko ułuda?". "Bettersea" stanowiące rym do "fantasy" to dzielnica Londynu - przyp. tłum.]. Przedostatnia linijka piosenki Bohemian Rhapsody: "Nic nie ma znaczenia..." bardzo silnie do mnie przemawiała, ponieważ często myślałem o jałowości całego tego rockowego życia i o tym, jak łatwo w trasie o zblazowanie. Ale utwór właśnie dobiegał końca i światła reflektorów oświetlały tysiące ludzi szalejących z zachwytu nad "Bo Rhap". Czyli jednak coś miało znaczenie dla tych ludzi i stanowiło istotną część ich życia w tym konkretnym momencie.

Zobacz teledysk "Bohemian Rhapsody":

Gdy ja pogrążony byłem w myślach, zespół przechodził do kolejnej piosenki, wyrywając mnie z otchłani autorefleksji. Wracamy na zwykłe tory. Przy ostatniej piosence odpalałem serię sztucznych ogni rozmieszczonych wzdłuż sceny tuż przed widownią. Pokrywałem przy okazji sadzą kilku fotografów i ochroniarzy. Dobrze im tak. Jedynym członkiem zespołu, który zwracał się ze sceny do publiczności, był Brian, a i tak zrobił to tylko raz lub dwa razy w czasie występu. W połowie lat 70. przed finałową piosenką koncertu Brian zapowiedział: "Chcielibyśmy pożegnać was tak jak zawsze - piosenką "In the Lap of the Gods" (nasza wersja brzmiała: "Chcielibyśmy was pozostawić jak zawsze - znudzonych i domagających się zwrotu pieniędzy za bilety!").

To co, jeszcze jeden?

Zespół Queen schodził ze sceny w mroku przy wtórze gromkich oklasków, tupania i krzyków, pozostawiając nas w atmosferze napięcia i oczekiwania na bisy. Wszędzie dookoła widać było las płonących zapałek i zapalniczek migających w wilgotnym powietrzu wypełnionym dymem, pyłem ze sztucznych ogni i elektryzującą atmosferą. Ten obrazek tysięcy uniesionych zapalniczek stał się dość powszechny, ale pamiętam, że gdy zobaczyłem to po raz pierwszy w Stanach, chciałem zastygnąć i chłonąć ten widok aż do końca.

To co, jeszcze jeden?

Bis?

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Queen | freddie mercury | brian may | Roger Taylor | książka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje