Reklama

Queen: Nieznana historia (cz. 2)

Pod koniec stycznia ukaże się po polsku książka "Queen: Nieznana historia. Moje życie u boku największego zespołu rockowego XX wieku" autorstwa Petera Hince'a, który jako fotograf spędził wiele lat na trasach koncertowych Queen. U nas możecie przeczytać drugą część pierwszego rozdziału.

Queen: Nieznana historia - przeczytaj część pierwszą!

Reklama

Zawsze strasznie mnie kusiło, żeby rzucić okiem, jak "brzydale" reagują na jego muzykę, lub by obczaić laski, ale jak tylko Fred zauważał, że oddalam się za bardzo, posyłał mi przez scenę lub zza fortepianu mrożące krew w żyłach spojrzenie. Musiałem stale go obserwować, by w razie potrzeby w każdej chwili móc wskoczyć na scenę i na przykład odplątać kabel od mikrofonu złapany w liczne sceniczne pułapki. Oczywiście miałem to robić w sposób niezauważalny dla publiczności, czyli siedząc w kuckach. Wyglądałem, jakbym cierpiał na jakąś chroniczną przypadłość dolnego odcinka kręgosłupa. Z połączenia mnie i "brzydali" z pierwszych rzędów jak nic wyszedłby Quasimodo.

Fred był wyjątkowo skupiony i uważny na scenie. Potrafił zgrabnie unikać żenujących sytuacji, nawet w szale twórczej ekspresji, w przeciwieństwie do Briana, który biegał po scenie tam i z powrotem jak w transie, nie zwracając uwagi na otoczenie, młócąc powietrze czarnym spiralnym kablem od gitary i czarną kędzierzawą czupryną. To Fred zwinnie uskakiwał w bok, by ich kable się nie poplątały i nie skrępowały im ruchów z komicznym efektem dla tłumu. Gdy Brian biegł już z powrotem w głąb sceny, ciągle w totalnym amoku, Fred przekładał pod kablem jego gitary swój statyw od mikrofonu, by nie zostać unieruchomionym. Czasem oczywiście nie udało się uniknąć zaplątania. Wtedy Fred porzucał zaplątany mikrofon, zerkał na mnie porozumiewawczo i odbierał ode mnie zapasowy sprzęt. Czasami, gdy ja na czworakach próbowałem rozwiązać jakiś kablowy galimatias, on siadał mi na plecach i podskakiwał jak na koniu, chichocząc przy tym. Faktycznie, bardzo śmieszne. Fred, opanuj się, bo ludzie zaczynają gadać...

Pierdzący aligator

John nigdy nie przeżywał podobnych problemów, bo zawsze ustawiał się z przodu sceny lub na schodkach podestu dla perkusji. Podczas późniejszych tras zespołu zupełnie porzucił kable na rzecz przekaźników radiowych firmy Nady, które stosował do wszystkich gitar. John był z wykształcenia elektronikiem, więc nie sposób było go oszukać, gdy coś w tej materii nawaliło!

Warto jednak wspomnieć, że w drugiej połowie lat 70. jedna z pierwszych prób użycia nadajników do podłączenia basu Johna zakończyła się fiaskiem. Podczas próby nagłośnienia testowałem ówczesną nowość w tej dziedzinie - system Schaeffera - i po zagraniu kilku dźwięków na basie zapytałem Tripa Khalafa, inżyniera dźwięku zespołu Queen:

- I jak to brzmi? Nie za bardzo sprzęga?
- Brzmi jak pierdzący aligator - padła mało entuzjastyczna odpowiedź.

Jeszcze na jakiś czas musieliśmy się przeprosić z kablami...

Fred uwielbiał wykorzystywać kabel od mikrofonu jako rekwizyt sceniczny. Chwytał go i wykręcał z niewyobrażalną wprost intensywnością. Strzelał nim jak z bicza lub używał jako lasso. Dopiero podczas ostatniej trasy koncertowej Magic Tour, na wielkich stadionach z ogromnymi scenami do przemierzania, przerzucił się na mikrofon bezprzewodowy.

- Mmmm, tak! Szczyt nowoczesności! - w ten sposób reagował na próbach na widok nowej kosztownej technologii. - I do tego strasznie sexy!

Falliczny mikrofon Sony różnił się znacznie od jego poprzednika - klasycznego mikrofonu firmy Shure. Dłuższy, grubszy i do tego w matowym czarnym kolorze wyglądał jak zabawka prosto z któregoś z sex-shopów w Soho.

W dalszej części koncertu zespół Queen grał składankę starych i nowych przebojów, na zmianę z piosenkami z fortepianem w roli głównej, przy których Fred mógł złapać oddech. Po serii szybkich utworów, reflektor odnajdywał Freda leżącego na klapie fortepianu. Krzyczał wówczas: "K**wa, wymiękam!", a publiczność ryczała z zachwytu, dodając mu energii. Stawał wtedy na równe nogi i rzucał się na fortepian, udając, że z nimi kopuluje, na co ludzie reagowali jeszcze głośniejszymi okrzykami.

Zobacz teledysk "Somebody To Love" z Freddim przy fortepianie:

Fred nie nawiązywał jednak kontaktu z publicznością, siedząc za fortepianem. Czasem rzucał w ich stronę jakiś gest, podziękowanie czy aluzję. Zdecydowanie wolał kontakt ze środka sceny lub gdy szedł po wybiegu - w świetle jupiterów. Tu mógł użyć swego ciała, prezencji i głosu jako środków komunikacji. Na scenie Fred był nieprzewidywalny. Czasem znienacka pytał ludzi siedzących w pierwszych rzędach, czy mają jakieś specjalne życzenia.

Pewnego razu ktoś w odpowiedzi poprosił o jakiś stary numer Queen, którego zespół nigdy nie wykonywał na koncertach.

- To mamy zagrać? Ha! Chyba śnisz! - odparował Fred wysokim, piskliwym, egzaltowanym głosem, po czym odrzucił głowę w tył i odwrócił się na pięcie.

"Chyba śnisz!" - to hasło przewijało się podczas wielu tras koncertowych zespołu. Zresztą nie tylko podczas tras. Tymczasem przy fortepianie podawałem Fredowi kolejny gorący napój na podrażnione gardło.

- Jak nam idzie? Jak to wszystko brzmi?
- Dobrze, Fred. Idzie bardzo dobrze.
- To dobrze. Tak powinno być.

Głos na maksa

Czasami niestety reakcje publiczności nie przypominały tych, jakich się spodziewaliśmy. Wtedy Fred starał się jeszcze bardziej, by zjednać sobie ludzi. Tak na przykład było na pierwszym koncercie Queen w Madrycie w 1979 roku. Wszyscy spodziewali się gorącokrwistej, spontanicznej latynoskiej publiczności. Tymczasem nie. Po każdej piosence brawa szybko cichły. Podkurzony Fred spróbował więc nawiązać kontakt w inny sposób. Przeszedł do samego końca wybiegu i zaczął wznosić toasty w stronę tłumu swoją lampką od szampana (wypełnioną miejscową wodą), rzucając kilka fraz, które znał po hiszpańsku. Kiedy i to nie zadziałało, oblał pierwsze rzędy wodą, wrzeszcząc:

- A macie! Za to, że jesteście tacy hiszpańscy!

Następnie dał znak inżynierowi dźwięku siedzącemu pośrodku uśpionej widowni i wrzasnął:

- Daj głos na maksa!

Głośniki ryknęły, przekazując efekt ciężkiej pracy Freda oraz reszty zespołu próbującego rozgrzać hiszpańską publiczność. Zadziałało i od tej chwili występ potoczył się tak jak trzeba. Fred zawsze dawał przykład innym członkom Queen. Wracając do fortepianu wśród braw i okrzyków po tym, jak wreszcie zdobył serca ludzi, walnął pięścią w klapę instrumentu, wydobywając z niego głuchy odgłos, i wrzasnął na całe gardło:

- I tak to się (k**wa) robi! - wyrażając uznanie dla własnego ogromnego talentu i oszałamiającej osobowości.
- Już w porządku?
- Tak, tak, ale każ Brianowi grać ciszej, bo sam, k**wa, nie słyszę, co śpiewam!

Żebym jeszcze wiedział, jak można zmusić rockowego gitarzystę, by grał ciszej lub wolniej.

Dać mu nuty. W prześmiewczym dokumencie o fikcyjnym rockowym zespole "Oto Spinal Tap" heavymetalowy gitarzysta z dumą prezentuje swój wzmacniacz oraz jego zakres głośności dochodzący do 11 zamiast standardowych 10. Taki mały bonusik, jeśli chcesz czegoś więcej. Wzmacniacz Briana Maya miał na skali 12 i pół. On zawsze chciał czegoś więcej...

Więc co zrobiliśmy? Pogłośniliśmy wszystkich pozostałych.

QUEEN NA SCENIE TO BYŁO OGŁUSZAJĄCE PRZEŻYCIE.

Czy ja powiedziałem, że Queen na scenie to ogłuszające przeżycie? Moje uszy są tego najlepszym dowodem. Podczas badania słuchu kilka lat temu zapytano mnie, czy kiedykolwiek pracowałem w hałaśliwych warunkach. Cóż, na starość przyjdzie mi chyba sprzedać kilka pamiątek, by uskładać na odpowiednio silny aparat słuchowy.

Podczas wyjątkowo udanych koncertów, na których Queen po prostu dawali czadu, pojawiały się tak niesamowite wibracje i dudnienie, że nawet ekipa techniczna czuła się częścią zespołu. Ogólnie rzecz ujmując, na scenie dźwięk, który do ciebie docierał, zależał od tego, gdzie stałeś. Nie słyszało się wymieszanego efektu końcowego, który dochodził do ludzi przed sceną, ale głównie to, co akurat dobiegało z najbliższego odsłuchu. Najlepsze wydawały się boki sceny, bo tam dźwięk był już dość wymieszany, w odróżnieniu od dość specyficznego miejsca tuż za perkusją. Tam słyszało się odgłos walenia w bębny wzmocniony odsłuchem oraz echo wielokrotnie odbite od tylnej ściany lub dachu nad sceną.

Za "metą" sceny, gdzie nie ustawiono sprzętu, można było siedzieć z zamkniętymi oczami i nadal czuć tę energię, znaleźć się pod ostrzałem wrażeń zmysłowych. Smród rozpalonych reflektorów, gorący elektryczny zapach bijący od drżących wzmacniaczy i gryzący smak dymu i kurzu. Do tego wibracje dochodzące z głośników i dudnienie rozsadzające klatkę piersiową, gdy Roger walił w "centralę". Wszystko to było bardzo namacalne - ostre krawędzie i zaokrąglone rogi skrzyń transportowych, gruby splot wykładziny na scenie, chłód lodu w pojemnikach na napoje, gładkie i zmysłowe kształty gitar oraz smród palonej gumy, który czułem, zwijając kabel od mikrofonu Freda. Na scenie dobrze było unikać stania za perkusją, gdy Roger energicznie odrzucał głowę w tył. Zazwyczaj wtedy pluł w powietrze, oczyszczając w ten sposób płuca ze zmęczenia oraz papierosów Marlboro. Biedny jego techniczny, który musiał na drugi dzień wycierać talerze...

Orzeszkami w gitarzystę

Mniej więcej do połowy pierwszego seta zespół grał stare kawałki i utwory z nowej płyty. Potem następowała seria solówek. Fred śpiewał i wykrzykiwał ze sceny wokalizy, oczekując, że publiczność będzie mu wtórować. W ten sposób udowadniał swój kunszt sceniczny i pokazywał, że może zawładnąć tysiącami ludzi za pomocą głosu i charyzmy. Zazwyczaj elementem występu było też krótkie (całe szczęście) solo na perkusji, podczas którego z Rogera wyłaził Zwierzak znany z Muppetów. Odbywało się też dłuższe solo na gitarze, które czasem działało... (Byłem jeszcze młody, gdy Brian zaczynał grać solówki...).

Czas na przerwę. Roger schodził z podestu do Domku dla Lalek, gdzie szukał wytchnienia, czegoś do picia i choćby odrobiny tlenu. Fred też tam odpoczywał. Zdejmował koszulę, wycierał ręcznikiem pot i zakładał nowy strój. Pił coś dla orzeźwienia i ssał pastylkę na gardło. John nie grał solówek (od solo na gitarze basowej gorsze jest tylko solo na bębnach), więc wychodził za głośniki na szybkiego papierosa, którego mu odpalałem, przy okazji po drodze rzucał orzeszkami w zatopionego w swej solówce Briana.

Freddie Mercury: Wciąż niezapomniany - wspomnienie z okazji 20. rocznicy śmierci

Zobacz teledyski Queen na stronach INTERIA.PL!

Fatalny występ Freddiego w Nowej Zelandii - czytaj na następnej stronie!

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Queen | freddie mercury | brian may | Roger Taylor | książka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje