Phil Collins w rozmowie z "The Sunday Times" wyznał, że w 2024 roku znalazł się w placówce medycznej, gdzie podłączono go do sprzętu podtrzymującego funkcje życiowe. Jego stan był na tyle poważny, że lekarze stanęli przed dylematem dotyczącym dalszego leczenia, a najbliżsi zaczęli przyjeżdżać, by się z nim pożegnać, obawiając się najgorszego scenariusza. Sam Collins nie zachował żadnych wspomnień z tego okresu - nie miał świadomości tego, co się wówczas z nim działo.
Muzyk opisał to następująco: "Musieli podjąć decyzję, czy utrzymywać mnie sztucznie przy życiu. Moje nerki się poddawały, moje organy się poddawały. Ludzie przychodzili się ze mną pożegnać. Nie pamiętam tego. Nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Obawiali się, że już więcej mnie nie zobaczą. Wszystko mogło się potoczyć bardzo źle".
Wieloletnie zmagania ze zdrowiem
Kryzys związany z uzależnieniem od procentów nie był pierwszym poważnym problemem zdrowotnym w życiu wokalisty - już w 2006 roku zdecydował się na terapię w ośrodku leczenia odwykowego. Poza tym artysta boryka się od dłuższego czasu z dolegliwościami kręgosłupa, które znacząco ograniczają jego sprawność fizyczną.
Mimo trudności zdrowotnych, muzyk zostanie w tym roku uhonorowany wprowadzeniem do Rock'n'Roll Hall of Fame jako artysta solowy. Collins jednoznacznie wykluczył jednak możliwość ponownych występów koncertowych, tłumacząc to brakiem odpowiedniej formy fizycznej niezbędnej do występów na żywo.











