Perfect: Wszystkie pilne sprawy

Na stronach INTERIA.PL możecie przeczytać obszerny fragment książki "Perfect. Wszystkie pilne sprawy" (wydawnictwo In Rock) - pierwszej biografii grupy Perfect.

Trzydzieści lat temu, kiedy rock w Polsce przeżywał apogeum i chwile triumfu, Perfect nie miał sobie równych. Z łatwością wtargnął do rockowej ekstraklasy i uplasował się w czołówce, uczciwie zapracowując na miano kapeli kultowej. O Ewce, Pepe oraz Wujku Józku śpiewała wtedy cała Polska - gotowa do walki z ZOMO i przestać bać się Jaruzelskiego.

Reklama

Ale nagle, w czerwcu 1983 roku zespół zamilkł, zamarł, zaniemówił, wyłączając fonię. To nieme kino trwało dziesięć lat. Tyle czasu upłynęło zanim lokomotywa o nazwie Perfect wróciła na właściwe tory, wjeżdżając na peron dla niepokonanych.

Autorem biografii Perfectu jest Konrad Wojciechowski, który do zespołu zgłosił się z taką propozycją ok. trzy lata temu.

- Przyjęliśmy to na twarz dość spokojnie, tym bardziej, że nie byliśmy bezpośrednio w to zaangażowani, on [Konrad Wojciechowski] wziął to wszystko na swoją głowę. Udzieliliśmy mu sporo wywiadów - rozmawiał z każdym z nas z osobna, nie wiedziałem nawet z kim jeszcze, dopóki nie przeczytałem książki. Okazuje się, że rozmawiał z masą ludzi. Zebrał ogromny materiał w sensie faktografii, dat, zdjęć i opisał zespół Perfect, losy wszystkich członków zespołu od początku istnienia, czyli Perfect Super Show & Disco Band - mówi INTERIA.PL o biografii wokalista Grzegorz Markowski.

- Wartością jest też język epoki, którego wtedy się używało, gadżety, alkohol, który się wtedy piło, typy zachowań, ubioru. Ja ten materiał, prawie 500 stron, łyknąłem w dwa dni - czytało mi się to fantastycznie. Rzecz naprawdę godna polecenia, bo [Konrad] wykonał tytaniczną pracę, w bardzo dowcipny, lekki, taki nienadęty sposób. Jest i trochę łez, trochę radości, trochę smutku, ale i tworzenia - historie nieprawdopodobne, właściwie prawie całej branży - dodaje Markowski.

Przeczytaj fragment książki "Perfect. Wszystkie pilne sprawy":

- Wszyscy mieliśmy świadomość, że jest to firma Zbyszka Hołdysa, on rozdaje karty, decyduje o wszystkim i kreuje wizerunek Perfectu. W związku z tym nikt się zbytnio nie angażował emocjonalnie. Traktowaliśmy ten wyjazd jako okazję do zarobienia pieniędzy i odbycia ciekawej wycieczki krajoznawczej. Zbyszek natomiast snuł własną wizję artystyczną, którą zresztą bardzo sprytnie i konsekwentnie realizował. Cały czas uważam go za świetnego organizatora.

Jest po prostu zawodowcem wielkiego formatu - puentuje Krzysztof Orłowski [klawiszowiec Perfect Super Show & Disco Band].

Cała reszta odsunięta od mikrofonu musiała radzić sobie na własną rękę. Anna Pietrzak [wokalistka, żona Orłowskiego]: - Muzyka dyskotekowa cieszyła się wówczas - w pierwszej połowie lat 80. - dużą popularnością, dlatego też po przygodzie z Perfect Super Show & Disco Band założyliśmy wraz z mężem Honeymoon Band. Przez zespół przewinęło się wielu świetnych muzyków. Śpiewała tam ze mną Ewa Konarzewska, na basie grał Jajco - Wojtek Bruślik, a na gitarze Jacek Krzaklewski, który obecnie jest w Perfekcie.

Sekcja rytmiczna składała się z muzyków Crashu, a na saksofonie wspierał nas Andrzej Bigolas. To była dość duża kapela. Graliśmy w stricte dyskotekowych klubach, podróżując po Iraku, Kuwejcie i Emiratach Arabskich. U Arabów spędziliśmy w sumie ze dwa lata, tylko że nasz repertuar był bardzo ambitny, szczególnie na początku, i czasem nie za bardzo im przypadał do gustu, zwłaszcza gdy w naszym graniu było zbyt dużo jazzu. Na przykład kiedy oni chcieli reggae, to my graliśmy Florę Purim. Mieli inne preferencje muzyczne niż chicagowska Polonia, trzeba więc było wykonywać topowe przeboje dyskotekowe.

Jeszcze inne preferencje miał Zbigniew Hołdys, który werbował do kapeli nowe-stare twarze. Wizja powstania wielkiego Perfectu nabierała coraz bardziej realnych kształtów.

Wcześniej jednak miało dojść do kluczowych przetasowań. - Plan był klarowny - mówi [perkusista Wojciech] Morawski. Wracamy z kontraktu wyposażeni w sprzęt i jesteśmy samodzielnym zespołem, gotowym do gry na scenie. Tak też się stało. Z tą tylko różnicą, że już beze mnie. Moje miejsce zajął Piotrek Szkudelski. Zbyszek znał Piotrka jeszcze z czasów Dzikiego Dziecka, więc to była wymiana bezkolizyjna.

Dla Hołdysa na pewno, dla Szkudelskiego już nieco mniej i wcale nie chodzi tu o kwestie warsztatowo-muzyczne, bo klasowy pałker zawsze jest w stanie godnie zastąpić kolegę po fachu. Ale życie nie zaczyna i nie kończy się na muzyce, warto więc zabezpieczyć się na przyszłość, mieć... fach w ręku. Piotrek zdecydował się na dalszą edukację, zamierzał skończyć wyższą uczelnię i był bliski zrealizowania tego planu.

- Poszedłem na studia. W planach miałem medycynę, ale ostatecznie trafiłem na wydział ogrodniczy SGGW. Uwielbiam rośliny, uprawę ogrodu i grzebanie w ziemi. Nie było źle, blisko do domu, bo większość zajęć miałem na Ursynowie.

Tak narodził się Perfect

- W pobliskim klubie muzycznym Akcent zbierało się ciekawe towarzystwo. Tam, z zapoznanymi kolegami, założyliśmy zespół o nazwie Pulsar. To było takie niezobowiązujące jazz-rockowe granie oparte o samodzielne, acz tylko instrumentalne kompozycje, bo nie mieliśmy wokalisty. Skład? Oczywiście trzyosobowy, do dyspozycji gitara, klawisze oraz bębny. Objeżdżaliśmy polskie kluby studenckie, czasami zapuszczając się do przygranicznej Czechosłowacji. Bywaliśmy w Nitrze pod Bratysławą, gdzie na szczycie najdalej wysuniętego na południe wzgórza Karpat podziwialiśmy malownicze widoki. I tak siedząc na świeżym powietrzu przy knajpianych stołach popijaliśmy wino ze szklanych stągwi. Fajnie było... Skończyłem cztery lata nauki i pewnie dotrwałbym do końca studiów zostając genetykiem - ta dziedzina najbardziej mnie interesowała - ale dostałem list od Hołdysa z Ameryki, w którym pisał, że przydałoby się zmontować kapelę. Nie namyślałem się długo. Rzuciłem studia... i tak narodził się Perfect. Na początku w składzie byli Zbyszek, Rysio, Zdzisiek i ja. Poszukiwanie wokalisty trochę trwało. Wreszcie Zbyszek wypatrzył Grześka - opowiada Szkudelski.

A jego poprzednik? Morawiec zdążył jeszcze zaliczyć z kapelą drugi wyjazd amerykański. W trakcie wyjazdu nie wiedział jeszcze, że po powrocie zmieni barwy wojenne. Propozycja była kusząca a argument zarobkowy przemawiał do każdego, tym bardziej że wycieczka po USA nie mogła trwać wiecznie. O wszystkim zadecydowało jedno przypadkowe spotkanie.

Dowiedz się więcej na temat: fragment | pilny | Perfect | biografia | książka | Zbigniew Hołdys | Grzegorz Markowski | pilne

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje