Podobno pierwszym instrumentem Jimiego Hendriksa była harmonijka ustna (miał wówczas 5 lat), ale pierwsze dźwięki na dobre zaczął wydobywać z jednostrunowego ukulele, które jego ojciec znalazł w pracy. Ta niewielka gitara zastąpiła Jimiemu kij od szczotki. "Zawsze kiedy wychodziłem, kazałem mu sprzątać sypialnię. Kiedy wracałem, znajdowałem przy łóżku mnóstwo witek z miotły. Pytałem go: 'Nie zamiotłeś podłogi?' A on mówił, że zamiótł. Później odkryłem, że siadał przy łóżku i szarpał miotłę jakby grał na gitarze" - wspominał Al Hendrix.
Już w szkole podstawowej mały Jimi nie rozstawał się z... miotłą, która imitowała wymarzoną gitarę. Jedna z nauczycielek zaniepokojona zachowaniem chłopca chciała kupić mu prawdziwy instrument z funduszu przeznaczonego na pomoc biednym rodzinom. Ostatecznie Jimi pierwszą akustyczną gitarę kupił od przyjaciela swojego ojca, gdy miał 15 lat. "Pudło" kosztowało 5 dolarów.
Gra lewą ręką to... znak diabła
Na instrumencie grał lewą ręką (przekładał struny, ustawiając basowe na górze, co miało później duży wpływ na jego grę), choć w obecności ojca szarpał struny prawą ręką, którą pisał. Powód? Al Hendrix uważał, że gra lewą ręką to... znak diabła! Gra obiema dłońmi nie sprawiała mu zatem problemu, ale muzyk już na zawsze zostanie zapamiętany jako leworęczny gitarzysta grający na kultowym Fender Stratocaster dla praworęcznych instrumentalistów.
Choć kariera Jimiego Hendriksa trwała zaledwie kilka lat, to i tak w tym krótkim czasie dorobił się miana najwybitniejszego i najbardziej innowacyjnego gitarzysty w historii muzyki rockowej.
Jimi Hendrix: Jestem martwy od dłuższego czasu
Przez lata uważano, że ostatnim występem Hendriksa był koncert podczas festiwalu Isle of Wight w Anglii 31 sierpnia 1970 roku. Dwa dni później gitarzysta pojawił się jeszcze w Aarhus w Danii (zszedł ze sceny po trzech utworach mówiąc: "Jestem martwy od dłuższego czasu"). Po raz ostatni zagrał 6 września na festiwalu Isle of Fehmarn w Niemczech, który jednak został skrócony przez fatalną pogodę i niemiecki gang motocyklowy Hell's Angels. Po powrocie do Londynu jeszcze 16 września po raz ostatni pojawił się publicznie, gdy zagrał podczas jamu w Ronnie Scott's Jazz Club w Soho razem z Erikiem Burdonem i jego grupą War. Po niespełna 48 godzinach już nie żył.

Jak wyglądały jego ostatnie chwile?
Jimi mieszkał wówczas w apartamencie w Samarkand Hotel u swojej ówczesnej dziewczyny niemieckiej łyżwiarki figurowej (a także groupie) Moniki Dannemann, z którą odnowił romans na kilka dni przed śmiercią (wcześniej kilkakrotnie spotykali się na początku 1969 roku w Niemczech i Londynie). 17 września 1970 roku mający problemy ze snem gitarzysta zmieszał nielegalne substancje, czerwone wino i dziewięć tabletek nasennych swojej dziewczyny.
Rano Monika Dannemann wyszła kupić papierosy - kiedy wróciła ok. godz. 11, Hendrix leżał nieprzytomny i bez kontaktu, choć oddychał. Po kilkunastu minutach na miejsce - do opuszczonego mieszkania - przyjechały wezwane dwa ambulansy. "To było coś strasznego. Leżał cały w wymiocinach... Jego drogi oddechowe były kompletnie zablokowane..." - wspominał Reg Jones, jeden z ratowników. Wkrótce pojawili się też dwaj oficerowie policji. "Jimi nie żył. Nic dla niego nie mogli zrobić" - mówił policjant Ian Smith.
Jeszcze przed służbami w mieszkaniu pojawił się wspomniany wcześniej wokalista Eric Burdon zaalarmowany przez Monikę Dannemann. Burdon znalazł tam wiersz "The Story of Life", który Hendrix napisał kilka godzin przed śmiercią. "Historia życia jest krótsza niż mgnienie oka. Historia miłości to przywitanie i pożegnanie. Do momentu, gdy znów się spotkamy" - brzmią ostatnie zdania. Trzy dni po śmierci Hendriksa Burdon w BBC utrzymywał, że było to samobójstwo, a "The Story of Life" to list pożegnalny. Te informacje stanowczo dementował jednak Michael Jeffery, menedżer gitarzysty.
Ok. godz. 11:45 muzyka przewieziono do szpitala St Mary Abbott, jednak tamtejsi lekarze nie mogli już pomóc. Nic nie dała trwająca ok. pół godziny reanimacja. "W chwili przyjęcia był bez wątpienia martwy. Nie miał pulsu, nie biło jego serce. Próba reanimacji była tylko formalnością" - powiedział dr John Bannister, który oficjalnie stwierdził śmierć Jimiego Hendriksa. Gitarzysta miał 27 lat i 295 dni. Po latach przez media został zaliczony do niesławnego Klubu 27, obok zmarłych w tym samym wieku i równie tragicznych okolicznościach Briana Jonesa (gitarzysty The Rolling Stones, otwiera się w nowym oknie), Janis Joplin, Jima Morrisona (The Doors), Kurta Cobaina (Nirvana) i Amy Winehouse. "Czy wydaje wam się, że dożyję 28. urodzin?" - miał pytać na kilka tygodni przed śmiercią genialny muzyk.
Momentami sprzeczne i niespójne zeznania Moniki Dannemann (różne godziny jej przebudzenia, nieobecność w domu) w sprawie ostatnich chwil życia muzyka sprawiły, że nasiliły się głosy o "tajemniczych" przyczynach zgonu. Ostatecznie śledztwo Scotland Yardu w 1993 roku nie doprowadziło do żadnych nowych ustaleń.
Ostatnie miejsce spoczynku Jimiego Hendriksa
Zgodnie z życzeniem ojca Jimiego Ala ciało muzyka 29 września przewieziono drogą lotniczą do rodzinnego miasta - Seattle. Co ciekawe, sam gitarzysta wielokrotnie mówił, że chciałby zostać pochowany w Anglii. 1 października 1970 r. Jimi spoczął na cmentarzu Greenwood w Renton, w stanie Waszyngton, gdzie pochowano wcześniej jego matkę. W ceremonii pogrzebowej uczestniczyło ok. 200 osób, członkowie rodziny i przyjaciele, w tym m.in. muzycy Jimi Hendrix Experience: Mitch Mitchell i Noel Redding oraz Miles Davis, John Hammond i Johnny Winter.
26 listopada 2002 r. szczątki Hendriksa zostały ekshumowane i ponownie pochowane pod specjalną marmurową kopułą w innym miejscu cmentarza Greenwood Memorial Park.













