Ponad 35-stopniowy upał dawał się we znaki już od samego początku imprezy. Organizatorzy zalecali, aby każdy uczestnik zabrał ze sobą na teren kapelusz albo czapkę z daszkiem, wachlarz oraz butelkę na wodę - zadbano o specjalną stację do uzupełniania - a większość osób zastosowała się do wskazówek. Mimo to w szczerym słońcu nie dało się wytrzymać, więc już od godz. 16:00, od momentu otwarcia bram, wszystkie leżaki w cieniu były okupowane, a ci, którzy przyszli z własnymi kocami, rozkładali je na trawie i urządzali sobie piknik. Otwierający Scenę Główną zespół Lor nie mógł więc liczyć na zbyt dużą frekwencję pod sceną. Uczestnicy Męskiego Grania słuchali ich tanecznych piosenek raczej z oddali, choć pierwszy rząd wiernych fanów przy barierkach był nieugięty. "Módlmy się, żebyśmy wszyscy nie dostali udaru" - komentowała już na wstępie basistka, dziękując słuchaczom za obecność. Upewniła się także, że każdy zabrał ze sobą nakrycia głowy, wiatraki i wodę. Pomimo garstki osób na widowni, dziewczyny z formacji dały świetne show, przepełnione ich uroczą energią i utworami takimi jak "$hrek 2", "wszystko jedno, wszystko źle", "mario", "PAM PAM PAM", "jet lag" oraz "na oścież". Pokusiły się o zupełnie inne aranżacje, które nieco melancholijne piosenki zamieniły w prawdziwe festiwalowe hity. Po jednym z numerów artystki napotkały chwilowy problem techniczny. "Wybuczcie nas, to jest porażka" - wołały do publiki, która z uparciem piszczała i klaskała, wspierając je w niedoli. Po chwili wszystko wróciło do normy, a dziewczyny mogły dalej grać. Ich kontakt z publicznością był tradycyjnie highlightem koncertu. Zespół Lor ma talent do zabawiania widzów, a chwilami mam wrażenie, że basistka minęła się z powołaniem i powinna być raczej wodzirejem na weselach. Oczywiście gra na instrumencie wychodzi jej równie doskonale, ale żarty którymi częstuje publiczność to naprawdę majstersztyk. "Scena Główna od zawsze była naszym marzeniem, od kiedy tylko dowiedziałyśmy się, że jest taki festiwal" - mówiła na koniec wokalistka, dziękując festiwalowiczom za wspólną zabawę, a organizatorom za zaproszenie.
Choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że Męskie Granie oferuje koncerty tylko na dwóch scenach, pod jednym z namiotów ukryła się także Scena Młodych Radar Polska, gdzie młodzi, początkujący artyści mogą pokazać, co potrafią i sprawdzić się przed festiwalową publicznością. Trafiłam tam na moment na występ artystki o hipnotycznym głosie i jeszcze bardziej wciągających melodiach. Jea Mira pokazała światową klasę, śpiewając piosenki w języku angielskim i sprawiając wrażenie, jakby wywodziła się z zagranicznego podwórka. Jej jednocześnie delikatny, ale mocny głos sprawiał, że przechadzający się przez pole festiwalowe uczestnicy z ciekawości zaglądali pod namiot i już zostawali pod sceną.
W tym samym czasie Scenę Ż przejął Dezydery, o którym ostatnio robi się coraz głośniej. Lato wokalisty obfituje w festiwale i koncerty, w ramach których pokazuje on szerszej publiczności materiał ze swojej debiutanckiej płyty "Myśli". Na scenie we Wrocławiu zaprezentował energiczny, popowy set, w którym nie brakowało kontaktu z publicznością. Najbardziej w pamięci zapadła mi piosenka "Rany, chyba nie daję rady" z niezwykle pozytywną melodią, ale jednocześnie szczerym i autentycznym tekstem, a także przerywnikiem na delikatne, balladowe solo na keyboardzie. "Ale jest ciepło" - wtrącił w trakcie utworu Dezydery, co nadało numerowi nowego znaczenia, bo przecież festiwalowicze w tym słońcu też już nie dawali rady.
Scenę Główną chwilę później przejęła Natalia Przybysz, z której od samego początku wręcz buzowała energia. Artystka tanecznym krokiem wkroczyła na scenę w rytm elektryzującego numeru "Zew", aby chwilę później wykonać hity takie jak "Ogień" czy "Ciepły wiatr". O tej porze pod sceną zgromadził się już o wiele poważniejszy tłum, a więc znane przeboje uwzględnione w setliście wykonywane były z ogromnym wsparciem chórku w postaci festiwalowiczów. Już po pierwszym kawałku Natalia zrzuciła z siebie narzutkę i pokazała się w cekinowym topie, który wprowadził imprezową atmosferę. Stwierdziła wówczas, że "strategicznie byłoby rozbierać się później", lecz nie była w stanie pozostać przy pierwotnej stylizacji w pełnym słońcu. "Dzisiaj powinniśmy wszyscy przejść na nudyzm" - wygłosiła po chwili, zachęcając tłum do zrzucania zbędnej garderoby. Mimo wszystko obeszło się bez ekshibicjonizmu... Na koncercie weteranki Męskiego Grania wybrzmiały jeszcze przeboje takie jak "Nazywam się niebo" czy "Dzieci malarzy" i "Miód" na finał. Publiczność była niezwykle zaangażowana - ludzie wymachiwali rękami, klaskali, wiwatowali, a nawet, gdy wokalistka im nakazała, obracali się w kółko w rytm jednej z kompozycji. W trakcie setu Natalia Przybysz zaprezentowała także dwie nowości, a jedną z nich był poruszający utwór, zaczynający się od wersu: "Nie o taki świat śpiewałam", w którym opowiedziała o wszelkim źle dziejącym się obecnie na świecie.
W to gorące, piątkowe popołudnie ponownie odwiedziłam Scenę Młodych, gdzie swój koncert miał Hugo Tarres. Dotychczas kojarzyłam go głównie ze światem kina, jednak okazało się, że młody artysta nie ogranicza się wyłącznie do aktorstwa. Na Męskim Graniu dał się odkryć jako wokalista, któremu naprawdę niewiele brakuje do bycia gwiazdą. Sprawił wrażenie, jakby miał wszystko, czego potrzeba - chwytliwe, popowe melodie, przyciągającą aparycję i świetny kontakt z publiką, nawet jeśli są to dopiero jego sceniczne początki. W jego występie nie brakowało pewności siebie i wyglądało, jakby naprawdę świetnie czuł się śpiewając przed tłumem festiwalowiczów. W pewnym momencie do wokalisty dołączył gość specjalny - Jan Marczewski - który dał się odkryć jakiś czas temu m.in. za sprawą występu na Next Feście w Poznaniu. Panowie wykonali wspólnie jedną z piosenek, co było dodatkową niespodzianką, działającą na plus dla Tarresa.
Kolejnym koncertem na Scenie Głównej był spektakl Ralpha Kaminskiego, któremu od wielu lat nie można odmówić artyzmu i oryginalności. Nazywa się go jednym z najbardziej kreatywnych i zmieniających się wokalistów na polskiej scenie, a występy takie jak te, są dowodem na to, że nie można mieć ku temu żadnych wątpliwości. Zanim jednak Kaminski pojawił się na scenie, publiczność musiała uzbroić się w cierpliwość, bowiem problemy techniczne, które napotkał na swojej drodze zespół Lor, powróciły. Kilka minut trwała walka ekipy Ralpha z maszynami, jednak wreszcie oczom publiczności ukazał się artysta, który już od pierwszego momentu postawił na wzruszenie. Po tym, jak wybrzmiało intro "Burza" - zwiastujące dalsze wydarzenia wieczoru - zaprezentował utwór "Pocałunki w deszczu", przy którym niejednej osobie na widowni napłynęły łzy do oczu. "Bardzo przepraszamy za spóźnienie, ale to nie było moje gwiazdorzenie" - wyjaśniał Ralph. Chwilę później zaprezentował jeszcze piosenki takie jak "Szafa Romana", "Ania" oraz "Ostatni dzień lata". Na scenie towarzyszył mu niezastąpiony My Best Band In The World, który nie tylko wspierał artystę instrumentalnie, lecz także wokalnie. Niezmiennie uważam, że każdy z członków zespołu mógłby być na tej scenie osobną gwiazdą. Później do całej ekipy dołączyła jeszcze Kobieta Rakieta - bohaterka teledysku "Nie bój się na zapas!". Rozgrzała atmosferę do czerwoności wkraczając w panterkowym kombinezonie i czerwonych kozakach, a następnie zaprezentowała wraz z Ralphem szaloną choreografię, robiąc z całego show musicalowy spektakl. Na finał wybrzmiały starsze hity, takie jak "2009", "Kosmiczne energie" czy "Bal u Rafała", przy którym Kobieta Rakieta powróciła na scenę, aby zaprezentować swoje najlepsze ruchy w waackingu. "Nie wiem, czy będzie bardziej męski koncert niż ten mój dzisiaj" - wykrzykiwał Kaminski, dziękując za zaproszenie na Męskie Granie, a publiczności za wspieranie polskiej muzyki.
Później kolejny raz wróciłam na Scenę Młodych, tym razem nie po to, aby odkrywać, a po to, aby usłyszeć ulubione utwory, które od kilku miesięcy grają mi na słuchawkach w zapętleniu. Ostatnią z gwiazd tej sceny był Maks Tachasiuk, który stał się moim odkryciem Next Festa 2025. Od tamtej pory - całe szczęście - udaje mi się trafiać na jego występy przy różnych wydarzeniach, takich jak chociażby tegoroczny Open'er Festival, i chyba nigdy mi się to nie znudzi. We Wrocławiu zaprezentował przekrojowy set, wracając do utworów takich jak "Seans" czy "Czerwień", ale prezentując też nowsze perełki - "Firdygałki" oraz "Zły, najgorszy sen". Festiwalowicze tańczyli i widać było, że też prędko nie wyrzucą z pamięci nazwiska wokalisty. Ja podtrzymuję, że Maks zasługuje na największe sceny, czego zdecydowanie życzę mu przy kolejnej edycji Męskiego Grania.
Ostatnim, jak się okazało, koncertem tego wieczoru był Myslovitz na Scenie Głównej. Kultowy zespół postawił na największe przeboje, do których wszyscy festiwalowicze doskonale się bawili i wyśpiewywali teksty linijka w linijkę. Na start wybrzmiały kultowe słowa: "Wieczorami chłopcy wychodzą na ulice", a później kawałki takie jak "Sprzedawcy marzeń", "W deszczu maleńkich żółtych kwiatów" i "Chciałbym umrzeć z miłości". Piosenka, którą można by powoli nazwać hymnem Polski - "Długość dźwięku samotności" - została wykrzyczana przez tysiące gardeł. Nie zabrakło też "Scenariusza dla moich sąsiadów" i "Peggy Brown" na koniec. Zespół na scenie tradycyjnie był sobą - charyzmatyczny i tajemniczy wokalista niewiele mówił między piosenkami, muzycy nie wychodzili przed szereg, poza Wojciechem Powagą, który jak zawsze wszedł w rolę zabawiacza tłumu. Dzięki niemu wszyscy wiedzieli, kiedy klaskać, a kiedy machać latarkami w rytm poruszającej ballady.
Po tym występie nad terenem Pól Marsowych zaczęły pojawiać się burzowe chmury i błyskawice, a organizatorzy podjęli decyzję o przerwaniu Męskiego Grania. Tłum festiwalowiczów został ewakuowany i choć nie wszyscy uczestnicy przychylnie patrzyli na te zarządzenia, podkreślano, że chodzi o względy bezpieczeństwa. Ostatecznie więc występy głównych gwiazd wieczoru - PRO8L3M-u oraz Kultu - zostały odwołane. Na Scenie Ż nie miała szansy wystąpić także grupa Łąki Łan.












