Marilyn Manson w Warszawie: połączył rockowy pazur z tkliwością i specyficznie rozumianą liryką [RELACJA]
To był profesjonalny show. Wypełniony do ostatniego miejsca Torwar, punktualny zespół i sprawdzone patenty. Sam Marilyn Manson robił to, co do niego należy - dawał do pieca. Jak na rock'n'rollowego nihilistę, który oddaje pokłony chaosowi, robił to zaskakująco precyzyjnie. Na scenie mieliśmy więc nie tyle diabła popkultury, co kogoś wyjątkowo skupionego na swojej pracy. Nie tyle więc "Antichrist Superstar", co człowiek, który dobrze zarządza czasem - zarówno swoim, jak i publiczności.

Gdy zbliżałem się do Torwaru, usłyszałem kogoś krzyczącego w megafon. W pierwszej chwili pomyślałem: "O, protestują przeciwko Mansonowi!". Gdy jednak podszedłem bliżej, zobaczyłem tylko budkę z hot-dogami i kogoś, kto przez specjalny głośnik starał się sterować tłumem. Czasy ogólnopolskich manifestacji przeciwko koncertom zespołu minęły.
Prime Marilyna Mansona, czyli ekscesy, diaboliczna aura i mroczne show
Wielu fanów może nie pamiętać, że niemal ćwierć wieku temu, gdy Manson po raz pierwszy zawitał do Polski, najpierw odwołano mu koncert w Katowicach, a potem o mało nie zrobiono tego samego z występem w Warszawie. Przeciwnicy uważali, że Polska nie jest dobrym miejscem dla kogoś, kto nawiązuje na scenie do satanistycznej symboliki, podpala członków zespołu czy obnaża się między piosenkami. Atmosfera była więc napięta, bo obawiano się nie tylko Mansona, ale i prowokacji. Wtedy fanów w Warszawie witały nie tylko krzyczące tłumy, ale i oddziały policji uzbrojone w armatki wodne.
Główny bohater przedstawienia wyszedł na scenę i był skupiony nie tyle na bryzganiu krwią, co na samym występie. Pewnie dlatego, zamiast drzeć Biblię, chodził na szczudłach, a w dodatku nie wcielał się w szatana, tylko szybował w stroju anioła. Najbardziej szokujące w czasie całego koncertu było to, że Mansonowi przestał działać mikrofon. Całe wydarzenie przeszło więc do historii bez większych ekscesów. Protesty były głośne, medialne i pomogły wypromować nad Wisłą nie tylko koncert, ale i postać samego Mansona. To co zostało w pamięci fanów, to fenomenalna forma zespołu. Bo diaboliczna aura, mroczny show i ekscesy, które towarzyszą Mansonowi, mogły przysłonić to, że mamy do czynienia z dobrymi muzykami. Wtedy polska publiczność widziała Mansona, który był w swoim primie. Potem bywało różnie...
Wznoszący lot Mansona kończyła wybitna płyta "The Golden Age of Grotesque" z 2003 roku. Potem było coraz gorzej, a ostatecznym artystycznym upadkiem okazał się album "Born Villain". Chaotyczna, pozbawiona szerszej koncepcji i pomysłu płyta. Z tego okresu pochodzą też filmiki, gdy będący pod wpływem artysta nie radził sobie na scenie z własnym repertuarem czy zespołem. Manson z króla ciemności przeistaczał się we własną parodię. W zasadzie jego kariera wydawała się skończona. Wtedy zdarzyło się coś, na co nikt już chyba nie liczył: Manson nagrał świetną płytę. Tym wszystkim, którzy uznali "The Pale Emperor" za przypadkową zwyżkę formy dał za chwilę równie dobry "Heaven Upside Down" i poprawił trochę bardziej pompatycznym "We Are Chaos".
Nowy okres twórczości obfituje nie tylko w nowe sukcesy, ale i problemy. Kilka kobiet, w tym była wieloletnia partnerka Evan Rachel Wood, oskarżyło Mansona o nadużycia, przemoc i napaść seksualną. Wszystkie te sprawy zostały jednak umorzone. Artysta wyszedł więc zwycięsko z prawnej potyczki, ale zyskał nowych przeciwników, którzy domagają się zakazu jego koncertów. Czasem skutecznie, bo w czerwcu tego roku odwołano jego koncert w Brighton. Rozliczeniem z tym okresem jest ostatni album "One Assassination Under God - Chapter 1". Bardzo udana płyta, która znów pokazuje Mansona w najwyższej formie.
Takiego Mansona zobaczyliśmy też w Torwarze - wokalistę, dla którego zespół jest tylko tłem. Człowieka, który wraz z wiekiem daje publiczności mniej teatru, a więcej metalu. Lidera, który świetnie panuje nad tłumem i tym, co dzieje się pod sceną. Zaskakuje też liczba naprawdę fanatycznych słuchaczy, którzy identyfikują się z liderem i jego przesłaniem. W zasadzie Manson ma armię podobną do tej, którą dysponuje dziś w Polsce Depeche Mode czy Rammstein. Jedyne, do czego można się było przyczepić, to setlista. Manson postawił na nową płytę, ale bez świetnego "Raise the Red Flag" czy idealnego na koncert "Meet Me in Purgatory". Zabrakło też najlepszych kawałków z ostatnich lat, takich jak "Killing Strangers", "Deep Six" czy "KILL4ME". Manson zmieniał stroje i nawiązywał do najróżniejszych wcieleń z całej swojej kariery. Potrafił być energetyczny po to, by za chwilę zatrzymać się przy którymś z wolniejszych kawałów. Polska publiczność najlepiej reagowała chyba na utwory z "Mechanical Animals" - zwłaszcza na finałowe wykonanie "Coma White", gdzie Manson połączył rockowy pazur z tkliwością i specyficznie rozumianą liryką. Świetny koncert. Dobrze, że nikt go nie odwołał.









