Wbrew pozorom, show rozpoczęło się jakże spokojnym "Fire in These Hills" z najnowszej płyty "LOOM". Przyznam szczerze, że aż ciężko o lepsze otwarcie koncertu. Było konfetti, był popisy wokalne Dana, a do tego postawienie odpowiedniego akcentu, z którym płytą na piedestale przyjeżdżają do Polski.
Dopiero później ten koncert uświadomił mi, jak wielkimi hitmakerami są Imagine Dragons. "Thunder" i "Bones", z kolejno "Evolve" i "Mercury", to prawdziwy pokaz energii scenicznej. Było czuć już od pierwszych kawałków, że mało kto czuje się tak dobrze na tak wielkich scenach jak Dan Reynolds. Usłyszeliśmy potem od niego symboliczne "I love Poland, I love Warsaw" - i choć może lekko patetyczne, to od razu zjednał sobie serca warszawskiej publiczności.
Nazwa trasy zobowiązuje - choć w swoim repertuarze mają dziesiątki ponadczasowych hitów, dobrze, że znaleźli przestrzeń na kilka utworów również z najnowszego projektu. Ubiegłoroczne "Loom" to krążek, który nie poniósł się jakoś szczególnie, ale kilka perełek w sobie skrywa. Jedną z nich niewątpliwie jest "Take Me to the Beach", które w odświeżonej aranżacji zachwyciło mnie od początku. I do tego te wielkie dmuchane piłki, które od razu przeniosły mnie myślami 6 lat wstecz do koncertu, który odbył się w tym samym miejscu - Dawid Podsiadło x Taco Hemingway.
Wiele było takich momentów, w których czuć było, że Imagine Dragons to jednolity zespół, a nie projekt scalony wokół głównego wokalisty. Dobrym tego przykładem była solówka jednego z dwójki gitarzystów - Daniela Sermóna. Nie dał nam zapomnieć, że coś z rockowego zespołu jednak w sobie mają. Była ona intrem do utworu "I'm So Sorry" z krążka "Smoke+Mirrors", który z pewnością spełnił oczekiwania fanów nieco cięższych brzmień i najmocniej poniósł się po warszawskim stadionie.
W dalszej części koncertu, w nieco bardziej akustycznej scenerii, dostaliśmy cudownie zaśpiewane "Next To Me", zaledwie w akompaniamencie klawiszy i gitary. To był też moment nieco bliższej interakcji z fanami, w trakcie której Dan zszedł do publiczności. Gdy myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, dostaliśmy beatboxowanie do piosenki "Wake Up" - i trzeba mu oddać, że nie wyszło to tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Choć tracków z najnowszego krążka parę było, nie zabrakło dwóch wielkich hitów z debiutanckiego "Night Visions". "Radioactive" był utworem, na którym publiczność dała z siebie naprawdę wiele, a Dan Reynolds w podzięce pokusił się o solową partię na perkusji, co muszę przyznać, ponownie mnie zaskoczyło. Nie był to jednak koniec pokazu instrumentalnych zdolności i "Demons" zagrał jedynie w towarzystwie dźwięków fortepianu, które sam sobie przygrywał.
Hitów granych w trakcie trwania całego koncertu nie brakowało, jeden z nich jednak uchował się na sam koniec. To właśnie utworem "Believer" pożegnali się z fanami, nie schodząc już później na bis. O niedosycie nie ma jednak mowy - w trakcie tego niemal dwugodzinnego show zadziało się wszystko. Nawet nagłośnienie było na najwyższym poziomie, bo nie ukrywam, że po ostatnich problemach z nim na koncercie Quebonafide i później Guns N' Roses miałem obawy. Warto było czekać, aż ponownie przyjadą do Polski i aż żałuję, że dziś nie wybieram się na drugi termin - wspaniały był to koncert.










