Gary Moore: Ukochany wśród gwiazd. "Grał, bo miał coś do powiedzenia"
Muzyczną nieśmiertelność dała mu ballada "Still Got The Blues (For You)", jednak Gary Moore odnajdywał się też w hard rocku i jazz rocku. Wszechstronny muzyk i wirtuoz gitary nieoczekiwanie zmarł 6 lutego 2011 roku podczas wakacji w Hiszpanii.

"Łącząc rockową moc z bluesową wrażliwością, stworzył styl rozpoznawalny, oryginalny i głęboko osobisty. Choć od śmierci Gary Moore'a minęło 15 lat, jego muzyka wciąż brzmi świeżo, przypominając, że technika ma sens tylko wtedy, gdy służy emocjom" - mówi w rozmowie z PAP Jan Chojnacki, dziennikarz muzyczny i popularyzator bluesa, przez lata związany z radiową Trójką, obecnie w Radiu Nowy Świat.
Na wszechstronność Gary'ego Moore'a zwraca również uwagę Zbigniew Zegler, dziennikarz muzyczny Polskiego Radia.
"Zaczynał w zespole z Skid Row, później rozwinął się współpracując z Thin Lizzy, Colosseum II i działając jako artysta solowy, hardrockowy czy nawet heavymetalowy. Po tym przyszła faza, która przyniosła mu największą popularność i pomnikowe miejsce w historii muzyki, czyli Gary Moore bluesman. Moore słynął jako muzyk, który bez względu na to, w którym z tych trzech obszarów funkcjonował, miał umiejętność grania bardzo intensywnie gitarowych riffów" - przypomina dla PAP.
Gary Moore: Wszechstronność gitarowego wirtuoza
Serwis bluesrockreview.com z kolei podkreśla muzyczną szczerość gitarowego wirtuoza.
"W erze, w której muzyka jest w dużej mierze dopracowana i algorytmiczna, surowa ekspresja Moore'a wydaje się ważniejsza niż kiedykolwiek. Nie grał dla lajków ani trendów. Grał, bo miał coś do powiedzenia. A każda zagrana nuta przekazywała coś wartego uwagi. Ten rodzaj emocjonalnej prawdy pozostaje rzadkością, co sprawia, że jego kunszt jest dziś jeszcze bardziej istotny" - czytamy.

Bob Geldof zaliczył Moore'a do złotej trójcy irlandzkiego bluesa obok Van Morrisona i Rory'ego Gallaghera. Inni muzycy, krytycy czy zwykli fani podkreślali jego stylistyczną wszechstronność (od bluesa, rocka, metalu, przez pop i jazz), a także osobistą skromność.
W wieku 16 lat Gary Moore przeniósł się z rodzinnego Belfastu do Dublina, gdzie dołączył do bluesrockowej grupy Skid Row (przez pewien czas jej wokalistą był Phil Lynott). Po wydaniu trzech płyt ze Skid Row odszedł z zespołu w grudniu 1971 roku.
Lynott ściągnął Moore'a do Thin Lizzy na przełomie 1973 i 74 r. - gitarzysta dokończył trasę koncertową za Erica Bella. W tym zespole Moore ponownie pojawił się w 1978 r., a rok później ukazał się album "Black Rose: A Rock Legend", który przyniósł przebój "Waiting For An Alibi".
"Still Got The Blues" - wzór bluesowej ballady
Działalność na własne konto Gary Moore zaczął już w 1973 r. płytą "Grinding Stone". Największą popularność Irlandczykowi przyniósł album "Still Got The Blues" (1990) nagrana z udziałem m.in. George'a Harrisona z The Beatles, Alberta Kinga i Alberta Collinsa. Tytułowa ballada o utraconej miłości to do dziś najbardziej znany utwór Moore'a. Na gitarowej solówce, uważanej za jedną z najpiękniejszych w bluesie, do dziś ćwiczy wielu adeptów tego instrumentu. Joe Bonamassa, John Mayer czy Slash niejednokrotnie podkreślali, że Moore był dla nich ogromną inspiracją.
W połowie lat 70. gitarzysta dołączył do grupy Colloseum II, utworzonej przez Jona Hisemana, perkusistę i lidera jazz-rockowego Colloseum. Z nią nagrał trzy płyty ("Strange New Flesh", "Electric Savage", "War Dance"). Współpracował również z m.in. Gregiem Lake'em z Emerson, Lake & Palmer oraz supergrupą BBM (w skład tria wchodzili także Jack Bruce i Ginger Baker z Cream).
Ostatnim albumem wydanym za życia Gary'ego Moore'a pozostała płyta "Bad for You Baby" (2008). Muzyk pracował nad materiałem w stylu celtyckiego rocka, który jednak pozostał niedokończony. W kwietniu 2021 r. opublikowano pośmiertny album "How Blue Can You Get", na który złożyły się cztery autorskie nagrania i cztery covery. Część utworów nie było wcześniej publikowanych.
Śmierć Gary'ego Moore'a była kompletnym zaskoczeniem
Na początku lutego 2011 r. 58-letni Gary Moore przebywał na wakacjach ze swoją dziewczyną Petrą Nioduschewski w turystycznej miejscowości Estepona w Hiszpanii. We wczesnych godzinach porannych 6 lutego doznał we śnie ataku serca. Późniejszy raport wskazał, że mogło to zostać spowodowane spożyciem nadmiernej dawki trunków.
"Był krzepkim gościem, a nie ofiarą rocka" - mówił wstrząśnięty Eric Bell, gitarzysta Thin Lizzy.
Zobacz również:
Pogrzeb artysty był taki jak jego życie - skromny, bez udziału mediów. Muzyk został pochowany na cmentarzu przy kościele św. Małgorzaty w niewielkim Rottingdean niedaleko Brighton (Wielka Brytania). W ostatnim pożegnaniu towarzyszyła mu rodzina i najbliżsi przyjaciele. Najstarszy syn - Jack Moore - i jego wujek Cliff Moore podczas pogrzebu wykonali irlandzką balladę "Danny Boy". Utwór - często pojawiający się na pogrzebach - nagrywali m.in. Judy Garland, Glenn Miller, Bing Crosby, Johnny Cash, Tom Jones, Roy Orbison, Elvis Presley i Andrea Bocelli.
"Danny Boy" na płytę "Black Rose: A Rock Legend" (1979) nagrała wspomniana grupa Thin Lizzy z Garym Moore'em w składzie. Gitarzysta wówczas odpowiadał za aranżację nagrania razem z liderem formacji - Philem Lynottem.
"Loved beyond the stars" (Ukochany wśród gwiazd) - taki napis widnieje na jego grobie.
"On każdą nutę, każdą piosenkę, grał tak, jakby to robił ostatni raz w życiu. A potem wymagał tego i oczekiwał od muzyków ze swojego zespołu" - mówił perkusista Eric Singer (Kiss), który towarzyszył Moore'owi podczas trasy "Wild Frontier" w 1987 roku.









