Eric Clapton w Krakowie. Ta gitara wciąż łka
Patrząc na ostatnią częstotliwość koncertowania, środowy wieczór w Tauron Arenie Kraków mógł być pożegnaniem Erica Claptona z Polską. Jak wypadł 81-letni muzyk, który cieszy się statusem jednego z najwybitniejszych gitarzystów wszech czasów?

To był w sumie ósmy koncert Erica Claptona w Polsce, ale bądźmy szczerzy, pierwsze cztery są dziś owiane legendą pewnie niewiele mniejszą niż występ The Rolling Stones w Sali Kongresowej w Warszawie. Bóg gitary jesienią ponurego 1979 r. zawitał do późnego PRL-u, grając po dwa razy we wspomnianej Sali Kongresowej i Spodku w Katowicach.
Na powrót Brytyjczyka nad Wisłę Polacy czekali blisko 30 lat, gdy odwiedził Gdynię (Skwer Kościuszki). Do tego dorzucił dwa występy w odstępie roku - najpierw w Atlas Arenie w Łodzi (czerwiec 2013 r.), a później festiwalowy jako główna gwiazda nieistniejącego już Life Festival Oświęcim 2014.
Z jednej strony niewiele, bo w takich Niemczech tylko w ostatniej dekadzie zagrał częściej, ale z drugiej to nam mogą zazdrościć choćby Austriacy, Czesi czy Węgrzy (raptem jeden koncert). A czy nieobecni w środowy wieczór w Tauron Arenie Kraków mają czego żałować?
Eric Clapton w Krakowie. Tego wieczoru nie zapomnimy
"Clapton jest Bogiem" - takie napisy zaczęły pojawić się w Londynie już od połowy lat 60. To pokazuje z jakim kalibrem mamy do czynienia. To właśnie on - jako jedyny w historii - aż trzykrotnie został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame: jako muzyk The Yardbirds, Cream i artysta solowy. Niektórzy stawiają go na równi z Jimim Hendriksem, inni uważają, że przebił go o kilka długości, szczególnie, że przecież Hendrix dołączył do Klubu 27, zostawiając dorobek zdecydowanie uboższy od bohatera wieczoru, który z mniejszą lub większą intensywnością nagrywa nieprzerwanie od połowy lat 60.
Jak na człowieka mającego korzenie w bluesie, jego dorobek w sporej części oparty jest na utworach z dorobku innych tuzów gatunku. Clapton często sięgał po numery m.in. Roberta Johnsona (tego od legendy, że zaprzedał swoją duszę diabłu w zamian za sukces), J.J. Cale'a, Williego Dixona czy króla reggae Boba Marleya, ale robił to w taki sposób, że zyskiwały one drugie życie. Przykłady? Rozciągnięty, rozwibrowany, skrzący się feerią dźwięków w Krakowie "Cocaine" to przecież numer J.J. Cale'a, który raptem po roku Clapton wziął niczym swój. Myślicie, że tylko Jamajczycy umieją grać reggae? Sprawdźcie rozbujane "I Shot The Sheriff" Boba Marleya & The Wailers w wersji Claptona.
Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy 81-latek, który w ostatnim czasie dość mocno ograniczył występowanie, ma jeszcze siłę, by przez blisko dwie godziny czarować swoimi umiejętnościami, to w zasadzie musiał się ich pozbyć razem z pierwszymi dźwiękami. Ta gitara wciąż łka jak dawniej, między muzykami niby od niechcenia dzieje się magia (brzmienie Claptona ciężko podrobić), każdy zna swoje miejsce, każdy ma okazję błyszczeć obok lidera. Brytyjski dżentelmen oszczędny w słowach i gestach wyrażał się najmocniej w tym, w czym jest najlepszy - czyli muzyce.
"Tears in Heaven" i "Layla" - polały się łzy
Koncert w Tauron Arenie (dopiero piąty w tym roku) był podzielony na trzy równe części. Po elektrycznym początku ("Badge" jeszcze z czasów Cream świetnie sprawdziło się na otwarcie) dostaliśmy akustyczny środek, by na kolejne pięć utworów (i bis) znów wrócić z elektrycznym graniem, gdzie było miejsce i na blues, i na delikatny jazz, i na iście rockową energię.
Choć chylę głowę przed gitarowymi umiejętnościami Claptona, na mnie największe wrażenie zrobiła część środkowa. Muzyk zasiadł na knajpianym krześle, by najpierw samemu przenieść nas do Royal Albert Hall w Londynie za sprawą oprawy do "Kind Hearted Woman Blues", w "Nobody Knows You When You're Down and Out" zaprosił do jazzowego baru, a największe owacje zebrały zagrane jeden po drugim przeboje "Layla" i "Tears in Heaven". Oj, polały się łzy.
Oba utwory są mocno zakorzenione w osobistej historii Claptona. "Layla" to przecież miłosne wyznanie do Patti Boyd, ówczesnej żony jego przyjaciela - George'a Harrisona z The Beatles. Nieszczęśliwa miłość plus uzależnienie od używek stanowiło wybuchową mieszankę, dlatego Clapton postanowił usunąć się w cień. Choć dopiął swego i w połowie lat 70. ostatecznie związał się z Patti Boyd (ślub wzięli w 1979 r.), to raptem pięć lat po zalegalizowaniu związku porzucił ją dla Yvonne Kelly, menedżerki ze studia nagraniowego w Montserrat. W Krakowie "Layla" zabrzmiała w wersji jeszcze bardziej wyciszonej niż na akustycznej przecież płycie "MTV Unplugged". Emocje sprzed lat dawno się wypaliły, został tylko popiół, niemal szept. Piękny moment.
Z kolei "Tears in Heaven" to jedna z najsmutniejszych piosenek w historii. Powstała po prawdziwej tragedii - w marcu 1991 r. z 53. piętra apartamentu na Manhattanie wypadł 4,5-letni Conor, syn Erica i włoskiej modelki Lory Del Santo. Gitarzysta wchodząc do budynku widział zgromadzonych wokół ludzi, ale nawet nie spojrzał na to, co się stało. Przez lata żył z poczuciem winy, a smutek i żal przekuł w muzykę. "Would you know my name? If I saw you in heaven" - zaczął śpiewać Clapton i w sumie nie było wiadomo, czy płaczą widzowie, czy jego gitara (why not both?). Ascetyczny przecież oryginał w ostatnich latach w wersji koncertowej nabrał jednak żywszego blasku, bo Clapton w balladę wplata brzmienia reggae.
W sumie też nie ma się co dziwić, że oddaje pole współpracownikom; każdy z instrumentalistów dostał swoje dłuższe (organista i klawiszowiec Tim Carmon) lub krótsze (perkusista Sonny Emory) pięć minut, by zaprezentować swoje nietuzinkowe umiejętności. Słabnący z wiekiem głos Erica Claptona wspierały nieco schowane z tyłu chórzystki Sharon White i Katie Kissoon.
Tegoroczne występy odbywają się pod hasłem "An Evening With Eric Clapton", będąc w zasadzie przekrojem kariery legendy gitary, jednak skupiając się na materiale z lat 70., który prywatnie był dla niego bardzo trudny, ale artystycznie chyba najlepszy.
"Nie mam pojęcia, jak przetrwałem, zwłaszcza lata 70." - mówił później w wywiadach. "Z jakiegoś powodu zostałem wyciągnięty z ogni piekielnych i otrzymałem drugą szansę" - dodawał.
Znając ograniczenia metryki trzymamy kciuki za to, żeby Polacy otrzymali choć jeszcze jedną szansę, by "boga gitary" ponownie zobaczyć na żywo.
Przed gwiazdą wieczoru w Tauron Arenie wystąpił dobrze znany fanom Claptona (grał w jego zespole od lat 90.) 77-letni gitarzysta Andy Fairweather Low z grupą Lowriders. Lider wraz ze swoimi muzykami zaprezentował "najmodniejszą fryzurę sezonu", bo jedynym z włosami był kontrabasista. Żarty na bok, wielu uczestników było zdania, że Andy z ekipą pokazał się na poziomie samego Claptona. Blues (również w postaci klasyków), jazz (co za duet saksofonistów!), swing, rock'n'roll - wszystko w postaci energetycznego koktajlu, który tylko zaostrzył apetyt na danie główne. Ależ to było smaczne!
Eric Clapton w Tauron Arenie Kraków (setlista):
"Badge"
"Key to the Highway"
"I'm Your Hoochie Coochie Man"
"If I Don't Be There by Morning"
"I Shot the Sheriff"
"Kind Hearted Woman Blues"
"Nobody Knows You When You're Down and Out"
"Golden Ring"
"Layla"
"Tears in Heaven"
"Tearing Us Apart"
"Old Love"
"Cross Road Blues"
"Little Queen of Spades"
"Cocaine"
bis:
"Before You Accuse Me".
Koncert był organizowany przez Live Nation.










