Reklama

Reklama

Debiut Leonarda Cohena: Seks i przeciętne volvo

Płytą "Songs of Leonard Cohen" zadebiutował w 1967 roku 33-letni kanadyjski bard Leonard Cohen. Na krążku znalazły się takie utwory jak: "So Long, Marianne", "Sisters of Mercy" i "Suzanne". Późny muzyczny debiut Cohena poprzedzony był karierą literacką.

Gdy 27 grudnia 1967 roku do sklepów płytowych trafił album "Songs of Leonard Cohen", jej autor na scenie muzycznej był postacią anonimową.

33-letni Kanadyjczyk rozpoznawalny był w świecie literackim. Powieści "Ulubiona gra" i "Piękni przegrani" ukazały się w Kanadzie na początku lat 60. i zdradzały fascynację Cohena problemami tożsamości, polityki, religii i seksu. "Songs of Leonard Cohen" nie okazała się jedynie kaprysem ekscentrycznego literata, ale pierwszą z dwunastu płyt jednego z najbardziej wpływowych artystów muzyki popularnej. "Chciałbym, żeby moje piosenki przetrwały tyle czasu, ile przeciętne volvo. Czyli około 30 lat" - wyznał w jednym z wywiadów.

Reklama

Urodził się w 1934 roku w Montrealu w średniozamożnej żydowskiej rodzinie. Choć należał do przeciętnych studentów, jeszcze w czasie studiów otrzymał pierwszą nagrodę literacką, McNaughton Prize. W 1956 roku wydał swój pierwszy tom poezji, "Let Us Compare Mythologies". Otrzymał stypendium Canada Council, które wykorzystał na życie w Londynie i na wyspie Hydra. Właśnie podczas pobytu na greckiej wyspie napisał swoją pierwszą powieść. Gdy powrócił do Kanady, odrzucił ją każdy dom wydawniczy, do którego drzwi zapukał. Wytykano mu niezdrową obsesją na punkcie seksu. Wobec pruderyjności kanadyjskich wydawnictw, Cohen wydał swoją książkę w nowojorskiej oficynie. Do Kanady "Ulubiona gra" trafiła w 1970 roku, nakładem tego samego wydawnictwa, które wcześniej odmówiło jej publikacji.

Cohen stał się sławą. Podróżował, otaczał się pięknymi kobietami, eksperymentował z LSD (wówczas jeszcze legalnym), prowadził wystawne życie. Często powtarzał, że śpiewem zajął się ponieważ zrozumiał, że nie uda mu się wyżyć z pisania. Nigdy wcześniej nie myślał o karierze piosenkarza, traktując muzykę jako formę wytchnienia od trudów pisania.

Przypadkową sławę przyniósł mu utwór "Suzanne", który wykonywała piosenkarka Judy Collins w 1965 roku. Z dnia na dzień, Cohen stał się objawieniem środowiska folkowego. Na scenie zadebiutował 30 kwietnia 1967 roku, występując w nowojorskim Town Hall. Wkrótce nagrał dla wytwórni Columbia swój pierwszy album - "Songs of Leonard Cohen"; ukazał się on 27 grudnia 1967 roku.

Nagrywanie debiutanckiej płyty Leonarda Cohena rozpoczęło się od kłótni między artystą a producentem Johnem Simonem. Cohen domagał się ascetyczności - na płycie miał być tylko głos i gitara, podczas gdy wizja Simona obejmowała również smyczki i obecność zespołu. Choć pieśniarz mógł dokonywać pewnych zmian w nagraniu, ostatecznie zwyciężyło zdanie producenta.

Wokalista wyśpiewywał monotonnym, głębokim głosem słowa przepełnione biblijnymi odnośnikami przy akompaniamencie gitary i niewielkiego zespołu. Zachwyt Cohenem wyrażały lewicujące środowiska studentów, którzy obrali sobie folk za muzykę protestu. Muzyka jednak spotykała się z zarzutami o pretensjonalność. Nazywano go też smutasem.

W Polsce Cohen cieszył się niezwykłą popularnością dzięki tłumaczeniom Macieja Zembatego. "Muzyka Cohena trafiała w ogólny, melancholijny nastrój, jaki panował w Polsce. Nie potrafiliśmy ocenić jakiej wartości jest jego poezja" - powiedział w rozmowie z PAP dziennikarz Piotr Bratkowski. "Podobno w Polsce był bardziej popularny niż w Kanadzie. Ja poznałem jego muzykę pod koniec lat 60. Wyczekiwałem później przy odbiorniku radiowym na kolejny utwór. Wówczas nie znałem zbyt wiele osób, które by go słuchały. Gdy potem Maciej Zembaty zaczął go popularyzować, byłem zły - czułem, że odbiera mi się moją prywatną własność".

W podobnym tonie wypowiedział się australijski wokalista Nick Cave: "Dorastałem słuchając Cohena. Patrzyłem z wyższością na kolegów, którzy go nie znali. Myślałem sobie: wiem coś, czego wy nie wiecie" - wyznał muzyk w filmie "Leonard Cohen: I'm Your Man".

Podczas trasy koncertowej po Polsce w 1985 roku, Cohen występował przy pełnych salach w Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie. Spotkał się także z Lechem Wałęsą. "Pochodzę z kraju, w którym nie panują takie napięcia, jak w Polsce. Szanuję waszą walkę. Może to was zaskoczy, ale szanuję obie strony tego konfliktu" - mówił podczas koncertu w warszawskiej Sali Kongresowej w 1985 roku.

"By iść naprzód, Europa potrzebuje i prawej, i lewej nogi (...) Chciałbym powiedzieć liderom lewicy i prawicy: ja śpiewam dla wszystkich. Moja pieśń nie ma partii ani flagi".

W 1994 roku muzyk trafił do Centrum Zen na Mount Baldy nieopodal Los Angeles, w którym przebywał przez pięć lat medytując i prowadząc życie zakonnika. W 2001 roku, po dziewięciu latach przerwy, Cohen wydał płytę "Ten New Songs" i wrócił do koncertowania.

W październiku 2010 roku Cohen dał dwa koncerty w Polsce: w Katowicach i w Warszawie. Obydwa koncerty trwały blisko cztery godziny, obydwa zakończyły się długotrwałymi owacjami na stojąco. Publiczność wysłuchała m.in."Dance Me To The End Of Love", "Everybody Knows", "In my secret life", "Sister of Mercy", "Hallelujah", "I'm Your Man", "Chelsea Hotel", "So Long Marianne" i "Suzanne". W finale warszawskiego koncertu Cohen zaśpiewał "Famous Blue Raincoat" - tak jak wszystkie utwory, nagrodzony ogromnymi brawami. Piosenkarz uchylał kapelusza, dziękował i publiczności, i towarzyszącym mu muzykom. Powiedział też, że jest dla niego prawdziwym honorem to, że wśród publiczności znajduje się Lech Wałęsa.

Czytaj także:

Sekretne życie Leonarda Cohena

Leniwy drań - recenzja ostatniej płyty "Old Ideas" (2012)

Zobacz teledyski Leonarda Cohena na stronach INTERIA.PL!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL