Beth Hart od lat pozostaje jedną z najważniejszych postaci współczesnego blues-rocka. Nominowana do nagrody Grammy, laureatka European Blues Awards i Blues Blast Awards, od dekad zachwyca publiczność głosem, który wymyka się wszelkim definicjom. Koncert na warszawskim Torwarze pokazał, że o jej fenomenie decydują nie tylko możliwości wokalne.
Jeszcze zanim na dobre rozpoczęła występ, wydarzyło się coś, co na koncertach jest rzadkością. Beth Hart weszła na scenę, śpiewając... przez publiczność. Nie spieszyła się - witała się z fanami między sektorami, przybijała piątki, przyjmowała uściski, pozowała do selfie. Co ważne, ochrona nie odpychała ludzi, nie tworzyła sztucznego dystansu między artystką a publicznością. Odniosłem wrażenie, że Hart równie mocno cieszy się z tego spotkania, jak ludzie, którzy przyszli jej posłuchać.
- Chcę wam zaśpiewać piosenkę. Chcę się do was zbliżyć - powiedziała na początku koncertu.
Rzeczywiście - przez niemal dwie godziny konsekwentnie skracała ten dystans. W repertuarze znalazły się między innymi "Tell Her You Belong To Me", "Bad Woman Blues", "I'll Take Care Of You", "Chocolate Jesus", "Caught Out In The Rain", "Savior With A Razor" czy dedykowane mamie "Mama This One's For You". Nie zabrakło również coverów, w tym przejmującego wykonania "Love You More Than You'll Ever Know" oraz "Your Heart Is As Black As Night" z repertuaru Melody Gardot. Przed wykonaniem pierwszego z tych utworów księżniczka bluesa opowiedziała o swoich muzycznych inspiracjach.
- Następna piosenka jest śpiewana przez dwóch moich ulubionych wokalistów. Kocham wielu artystów i musiałabym przeczytać listę liczącą tysiące nazwisk, ale dwoje z nich zajmuje szczególne miejsce - Donny Hathaway i Amy Winehouse.
To charakterystyczne dla jej koncertów - praktycznie przed każdą piosenką sypała jakimiś anegdotami, prowadziła rozmowę z publicznością, dzieliła się wspomnieniami i pozwalała zajrzeć do swojego świata. Od strony wokalnej i instrumentalnej koncert praktycznie nie miał słabych punktów. Łatwo napisać, że Beth Hart śpiewa potężnie. To prawda, ale niewystarczająca, bowiem dla mnie Beth jest synonimem uwolnionego głosu - nie imponuje wyłącznie skalą czy techniką, nie słychać w nim kalkulacji ani chęci udowadniania czegokolwiek. Coś podobnego słyszałem w tym roku jeszcze tylko u ZAZ. To śpiewanie pełną sobą - prosto z trzewi. Nie stara się robić tego zachowawczo i często zmienia przebieg koncertu pod wpływem emocji czy reakcji publiczności - bez wyuczonego scenariusza, spontanicznie, bez ukrywania prawdziwych emocji. Mogę się założyć, że drugi taki koncert już więcej po prostu się nie wydarzy.
Równie mocno zapadła mi w pamięć jej relacja z zespołem. Dla wielu liderów muzycy są jedynie tłem. Tutaj? Kilkakrotnie podchodziła do nich, ściskała ich dłonie, dziękowała im i zachęcała publiczność do braw dla nich. W pewnym momencie zwróciła się nawet do realizatora świateł, prosząc, by odpowiednio wyeksponował jednego z muzyków, podkreślając, że bez swojego zespołu nie byłaby dziś na tej scenie. Podobnie było z publicznością. Po każdym utworze mówiła co najmniej dwukrotnie po prostu: "Thank you".
Thank you, Beth. Sądząc po owacjach na koniec koncertu, myślę że mogę napisać, że po roku czekania Beth Hart wynagrodziła tę cierpliwość. Oglądaliśmy artystkę, która wciąż przede wszystkim chce śpiewać i być blisko ludzi.














