Jim Morrison zapisał się w historii rocka jako jedna z najbardziej charyzmatycznych i interesujących postaci. Był nie tylko muzykiem, ale także poetą. Lider The Doors żył jednak jak prawdziwa gwiazda rocka i nie stronił od używek, co ewentualnie doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci w wieku 27 lat. Co sprawiło, że tak utalentowany artysta odszedł od nas tak wcześnie?
Alice Cooper zdradził, jaki prywatnie był Jim Morrison
Wokalista Alice Cooper miał okazję przed laty poznać muzyków z The Doors. W niedawnej rozmowie dla "Teraz Rocka" zdradził, jaki Jim Morrison był prywatnie.
"Dużo wypiłem z Jimem, Rayem i Robbiem. Johna Densmore'a znałem słabiej. Poznaliśmy więc The Doors dość dobrze. Szanowaliśmy ich. Uważam, że to jeden z najbardziej niezwykłych amerykańskich zespołów wszech czasów. Gdy tylko słyszałeś The Doors, wiedziałeś, że to oni. Tak bardzo się wyróżniali: głos Jima, gitara Robbiego i klasyczna gra na klawiszach Raya" - opowiadał.
Muzyk przyznał, że choć dobrze dogadywał się z Morrisonem, miał on poważne problemy z używkami, których nie kontrolował: "Dość dobrze się dogadywaliśmy z Jimem. Może dlatego, że obaj byliśmy wokalistami. W studiu czy na scenie Jim był świetny za każdym razem. Ale przez resztę dnia był dość autodestrukcyjny. Nie mogłem tego pojąć, bo był przemiłym człowiekiem. Był wielkim poetą. Ale miał w sobie jakiś gen autodestrukcji. Nie potrafił po prostu usiąść i napić się drinka, tylko musiał przy okazji łykać pięć tabletek. Po chwili nie wiedział, gdzie jest. Zawsze chodził na haju. Wielka szkoda, że nikt nie potrafił go z tego wyciągnąć. Nawet koledzy z The Doors nie potrafili go kontrolować. Ale nigdy nie był agresywny, nigdy nie rzucał przedmiotami, nikogo nie uderzył. Po prostu był autodestrukcyjny".
Lider The Doors został znaleziony martwy 3 lipca 1971 roku w apartamencie w Paryżu, gdzie przebywał ze swoją partnerką Pamelą Courson.











