Reklama

Reklama

Alice Cooper chwali się i przestrzega

Alice Cooper, żywa legenda horror rocka, żałuje, że nie spełniło się jego największe marzenie - kariera aktorska. Wybrał muzykę, ale zamiłowanie do rozbudowanej strony wizualnej koncertów świadczy o tym, że nie zapomniał również o teatrze.

Wokalista, którego najnowszy album "Brutal Planet" trafi niedługo do sklepów, od dziecka marzył o zobaczeniu się na dużym ekranie. "Zawsze chciałem grać. Kocham sztukę aktorską, ale poświęciłem się muzyce. Myślę, że ona jest moim darem dla tego świata" - powiedział Alice Cooper. Dodał również, że zawsze dbał o teatralny aspekt swoich koncertów i bez jego rockowych spektakli nie zaistnieliby prawdopodobnie tacy wykonawcy jak Elton John i David Bowie.

Poza przechwałkami, Alice Cooperma w zanadrzu również kilka przestróg, skierowanych głównie do młodych gwiazd muzyki. Autor "Poison" twierdzi, że odnosząc sukces i zarabiając łatwe pieniądze, zbyt łatwo można wpaść w alkoholizm i narkomanię, a z tej drogi może już nie być odwrotu. "Ja też chciałem być wielką gwiazdą i poznać the Beatles, ale nigdy nie przypuszczałbym, że po drodze mogę zostać alkoholikiem. Na szczęście od 18 lat nie miałem w ustach alkoholu i to odmieniło moje życie" - wyznał 52-letni artysta.

Reklama

W wyjściu z nałogu pomogło mu wstrząsające doświadczenie - śmierć przyjaciół. "Kiedy rozpoczynałem karierę, moi wspaniali przyjaciele - Jimi Hendrix, Jim Morrison i Janis Joplin - już byli u szczytu sławy. Później byłem świadkiem tego, jak umierają z powodu swojego image'u. W pewnym momencie zlali się ze swoim własnym wizerunkiem i próbowali żyć tym wysokooktanowym życiem. Każde pokolenie uczy się czegoś od poprzedniego, a ja nauczyłem się, że nie trzeba umrzeć, by zostać legendą" - podsumował optymistycznie swoje spostrzeżenia Alice Cooper.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy