"W kinie Márty Mészáros sporo jest obrazów spędzania czasu wolnego, potańcówek i koncertów, ale 'Nie płaczcie, ślicznotki!', jej trzeci film, jest im poświęcony w całości i wypełniony po brzegi muzyką" - informuje nas strona internetowa 26. MFF TAURON Nowe Horyzonty, a ja lepiej bym tego nie ujęła.
Zanim jednak widzowie Nowych Horyzontów mieli okazję zanurzyć się w świecie węgierskiego bigbitu, odbyła się prelekcja, która przybliżyła nieco historię prezentowaną przez reżyserkę. Okazało się, że pierwotnie "Nie płaczcie, ślicznotki!" miał być stricte filmem biograficznym, opowiadającym o zespole Illés z Budapesztu, których nazywano "węgierskimi The Beatles". Wszystko zmieniło się, gdy grupa wystąpiła w BBC, gdzie ponarzekała trochę na panujący u naszych przysłowiowych bratanków rząd. Wówczas, aby się nie narazić, Mészáros zmuszona była przepisać fabułę swojego dzieła na nowo.
Ostatecznie produkcja zamieniła się więc w hymn dla pewnego momentu w dziejach - szczególnie w historii muzyki. W latach 60. i 70. społeczeństwo węgierskie było bardzo młode, a co za tym idzie - łaknęło wolności i zabawy. Wkład w rozwój muzyki był ogromny, do czego przyczyniało się nawet socjalistyczne państwo. Władze zaczęły wnikać w świat rozrywki, chcąc przekonać do siebie nowe pokolenia. W 1966 r. powstał węgierski festiwal tańca i pieśni, a dwa lata później pierwszy węgierski film bigbitowy - "Oh, These Young People!". To właśnie w tym czasie Mészáros nakręciła także swoje dzieło, chcąc sportretować panujące wśród młodych nastroje i pokazać, jak dużą rolę w ich życiu odgrywa muzyka.
Márta Mészáros przez lata była dokumentalistką - jej pierwsze filmy opierały się na autentyczności i pokazywaniu faktycznego stanu. W "Nie płaczcie, ślicznotki!" widać wyuczone wcześniej podejście reżyserki - dzieło jest wręcz paradokumentalne. Doskonale obrazuje to, jak muzyka żyła w pokoleniu młodych, to jak napędzała codzienność robotników, to jak dawała im poczucie wolności i radości, nawet jeśli czasy nie były łatwe.
"Nie płaczcie, ślicznotki!" Márty Mészáros to film o bigbicie, w którym miłosna historia schodzi na drugi plan
"Przynieś mi białe krzesło. Inaczej nie mogę grać na wiolonczeli" - tymi słowami wita nas jeden z bohaterów - muzyk Géza - który zwraca się do Savanyú - w dalszej części historii przyjmujący rolę jego rywala - zaznaczając swoją wyższość. Jeszcze wtedy nie wiemy, że panowie walczyć będą o względy Juli i że jeden z nich, dzięki charyzmie i talentowi muzycznemu, od początku będzie na wygranej pozycji. Pierwsze sceny nie zdradzają też, że fabuła kręcić się będzie wokół miłosnego trójkąta, niechcianych zaręczyn młodej dziewczyny z kolegą z fabryki i ostatecznej ucieczki z innym mężczyzną. Z początku film Márty Mészáros daje nam złudne poczucie bycia jedynie muzycznym obrazem, w którym skupimy się na losach węgierskich artystów z lat 60.
Już od samego początku reżyserka serwuje nam autentyczne sekwencje występów takich zespołów, jak Trio Tolcsvay, Kex, Metró i Syrius, które w portretowanych czasach starały się o wzniesienie bigbitu na wyżyny wśród węgierskiej, młodej społeczności. Widzimy koncerty, w które bohaterowie filmu wsłuchują się siedząc na podłodze, biesiadując przy stole lub tańcząc w rytm melodyjnych piosenek. Sceny rozstawione w aulach, piwnicach albo na łąkach pod gołym niebem pokazują, że muzyka w życiu młodych była wówczas naprawdę wszechobecna. "Nie płaczcie, ślicznotki!" ani na moment nie pozwala nam odetchnąć i posiedzieć w ciszy - w całym filmie nie ma nawet 30 sekund bez melodii w tle. Wyśpiewywane przez bigbitowe zespoły piosenki chwilami słyszymy w oddali, a chwilami komentują one zdarzenia istotne dla fabuły i wręcz nakręcają miłosną historię. Ich teksty mogłyby nawet posłużyć jako scenariusz opowieści o Juli, Savanyú i Gézie.
W jednej ze scen występujący zespół zaznacza, że muzyka nie jest dla ludzi wyłącznie formą zabawy. Bigbitowymi melodiami chcą przekazać ważne przesłanie i przyczynić się do rozwoju węgierskiej kultury. Muzycy wymownie prezentują wówczas kompozycję zahaczającą o ludowe pieśni, w której tekstem jest tradycyjna poezja. Mészáros pokazuje tym samym, że choć przez większość czasu chodzi tu o dobrą zabawę, to dążenie do wolności, do polepszenia warunków życia i do zrozumienia młodych ludzi przez władze Węgier jest kluczowe.
Chwilami "Nie płaczcie, ślicznotki!" wygląda jak długi teledysk, w którym miłosne potyczki bohaterów są jedynie sprawą drugorzędną. Gdybym miała dokładnie streścić fabułę, jestem przekonana, że udałoby mi się to zrobić w kilku zdaniach. Widzimy, że dla reżyserki nie liczyła się tu de facto historia Juli, a to, co stało za jej losem. Mészáros chciała poruszyć temat emancypacji kobiet, dla których aranżowane małżeństwa były jeszcze wtedy ogromnym problemem. Pogoń za wolnością i szczerą miłością ubrała w wątek ucieczki bohaterki z muzykiem, który wraz ze swoim zespołem był uosobieniem tego, co niezależne. W historii młodych duchów żyjących w robotniczych hotelach ujęła uporczywą pogoń za intymnością, której skrawków poszukiwali w opuszczonych ruderach, gdzie choć na chwilę mogli być sami. Mimo wszystko pierwsze skrzypce odegrała tu muzyka, a reżyserka stworzyła film-przegląd bigbitowych rytmów, któremu nie można odmówić pięknych kadrów i istotnych rozterek rozgrywających się na drugim planie.
Dla polskiej publiczności film może być szczególnie bliski sercu - i to nie tylko przez to, że "Polak, Węgier, dwa bratanki...". W latach 60. bigbit rozkwitał także w naszym kraju. W kulturze młodzieżowej PRL-u królowały zespoły takie jak Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni czy Czerwone Gitary, którym przecież zupełnie niedaleko do Trio Tolcsvay, Kex czy Metró. Nasze społeczeństwo również łaknęło wolności, młodzi szaleli podczas koncertów, festiwali i tzw. fajfów, czyli popołudniowych potańcówek, i - podobnie jak Węgrzy - z zazdrością patrzyli na zachód, gdzie królował rock and roll, Elvis Presley, a później The Beatles.











