16. American Film Festival: "Springsteen: Ocal mnie od nicości", czyli jak powstał najbardziej osobisty album gwiazdora
W dniach 6-11 listopada we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty miał miejsce 16. TAURON American Film Festival, podczas którego widzowie mogli obejrzeć niezależne amerykańskie produkcje. Wyświetlano zarówno najświeższe premiery, jak i retrospekcje klasyków, a miłośnicy muzyki mogli znaleźć w programie wiele perełek dla siebie. W ostatni dzień imprezy odbył się seans filmu "Springsteen: Ocal mnie od nicości", podczas którego nie zabrakło szczerych emocji, a także świetnych ujęć koncertowych, dopracowanego wokalu Jeremy'ego Allena White'a i rockandrollowej energii.

11 listopada we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty zakończył się 16. TAURON American Film Festival. W ramach imprezy uczestnicy uczęszczali na dziesiątki seansów, podczas których pokazywane były produkcje prosto ze Stanów Zjednoczonych. W programie znalazły się zarówno najgorętsze premiery, jak i retrospektywy klasyków. Nie zabrakło spotkań z twórcami i rozmów na temat wyselekcjonowanych dzieł, które prezentowały nie tylko amerykańską sztukę filmową, lecz także kulturę i życie codzienne mieszkańców USA.
W programie 16. AFF można było znaleźć także produkcje, które w szczególności mogły zainteresować fanów muzyki. Uczestnicy obejrzeli m.in. film "Erupcja", w którym zagrała Charli xcx, "After This Death", będący satyrą na fandomy muzyczne, "The History of Sound", opowiadający historię rejestrowania piosenek na początku XX wieku, "Kameleon", w którym pojawił się motyw znajomości z gwiazdą popu, czy "Rozpaczliwie poszukując Susan" z brawurową rolą Madonny.
"Springsteen: Ocal mnie od nicości" na 16. American Film Festivalu we Wrocławiu
W ostatni dzień festiwalu wyświetlono także film "Springsteen: Ocal mnie od nicości". Choć miał on swoją światową premierę pod koniec września, a polscy widzowie mogli oglądać go w kinach od 24 października, i tak przyciągnął spore grono widzów. Festiwalowy seans był świetną okazją do obejrzenia dzieła dla tych, którzy przegapili moment jego obecności w standardowym repertuarze. A najwierniejsi fani Bruce'a Springsteena, którzy zobaczyli produkcję już wcześniej, z pewnością nie odmówili sobie ponownej przyjemności. Było bowiem do czego wracać.
"Springsteen: Ocal mnie od nicości" w reżyserii Scotta Coopera (znanego m.in. z westernu "Hostiles" czy thrillera "Zrodzony w ogniu") to nieoczywiste spojrzenie na biografię jednej z największych gwiazd muzyki rockowej wszech czasów. Wielu krytyków porównuje go do filmu "Kompletnie nieznany" z 2024 r., który opowiadał fragment życiorysu Boba Dylana. W obu przypadkach twórcy skupili się bowiem nie na przedstawieniu możliwie jak największego wycinka czasu z życia artystów, lecz na momentach przełomowych bądź znaczących w karierze legendarnych muzyków.
Film Coopera jest obrazem fragmentu życia gwiazdora, historią powstawania jednego z najbardziej tajemniczych i osobistych albumów w jego karierze, a także opowieścią o zmaganiach z własnymi demonami oraz duchami przeszłości. To nieszablonowe spojrzenie na Bruce'a Springsteena - nie jako znanego wszystkim muzyka, lecz zwykłego człowieka, który kocha, nienawidzi, cierpi, wzrusza się i wybacza.
Tak powstawał album "Nebraska". Bruce Springsteen nie posłuchał poleceń z wytwórni
Historia albumu "Nebraska" rozpoczyna się w momencie, w którym Springsteen jest już po trasie koncertowej "The River Tour" z zespołem E Street Band. Tournee miało miejsce w latach 1980-1981, obejmowało blisko 50 koncertów w Stanach Zjednoczonych i odniosło niesamowity sukces. Podobnie było z płytą "The River" - zawierającą hit "Hungry Heart" - po której oczekiwania względem gwiazdora jedynie rosły. Jak dowiadujemy się z kinowej produkcji, wytwórnia chciała, aby kolejne wydawnictwo wywindowało Bruce'a na sam szczyt notowań. Artysta, wbrew wszelkim poleceniom, stworzył wówczas album, na którym nie znalazł się żaden radiowy przebój. Napisał piosenki osobiste, potrzebne do przepracowania traumy i surowe, w które początkowo uwierzył jedynie jego menedżer, Jon Landau (w tej roli Jeremy Strong).
W filmie widzimy kulisy powstawania "Nebraski" od pierwszego słowa, które zapisane zostało przez Bruce'a na kartce. Wszedł on wówczas na ścieżkę autodestrukcji, za wszelką cenę unikając szablonów i pisząc teksty oraz muzykę, które wręcz nie miały prawa zaistnieć w mainstreamie. Pod wpływem wspomnień z okresu trudnego dzieciństwa powstały utwory takie jak "Nebraska" (o roboczym tytule "Starkweather"), "Atlantic City" czy "Mansion on the Hill", a Bruce dzięki nim zaczął rozgrzebywać dawne rany.
Choć wszyscy oczekiwali od niego rockandrollowych przebojów, Springsteen stworzył akustyczną płytę, przepełnioną mrokiem i agresją. Nagrał wszystkie piosenki w domowym zaciszu, umieszczając w sypialni przenośny czterościeżkowy rejestrator i wygrywając melodie na gitarze akustycznej Gibson J-200 oraz ustnej harmonijce. Pierwotnie miały być to jedynie pomysły i wersje demo, lecz nic, co próbował zarejestrować później w studiu z pełnym zespołem, nie oddawało ducha skomponowanych utworów. Kompozycje trafiły więc na płytę w pierwotnej wersji, z wszelkimi niedociągnięciami i surowym charakterem.
Bruce nie zgodził się na promocję "Nebraski" trasą koncertową czy wywiadami, a także stanowczo stwierdził, że nie chce, aby jego wizerunek znalazł się na okładce płyty. Mimo to fani wręcz pokochali emocjonalny charakter wydawnictwa i sprawili, że znalazło się ono na trzecim miejscu listy przebojów w USA.
"Springsteen: Ocal mnie od nicości" to nie tylko kulisy powstawania "Nebraski" i obraz rockmana pracującego nad nowym albumem. To także opowieść o człowieku, który znajduje się na skraju załamania. To pochylenie się nad tematem rodzinnej traumy oraz trudnych relacji z ojcem. To historia o wybaczeniu, które nikomu nie przychodzi z łatwością. Wreszcie to opowieść o walce z depresją, która pokazuje, że dzięki wsparciu najbliższych człowiek jest w stanie zgłosić się po pomoc i poradzić z najstraszniejszymi demonami.
Przyjaźń Bruce'a Springsteena i jego menedżera to nowość wśród muzycznych biografii
W kontekście biografii muzycznych film wyróżnia się przedstawieniem relacji gwiazdy z jego menedżerem. Reżyserzy (a raczej historie muzyków z życia wzięte) przyzwyczaili nas do tego, że postać menedżera przedstawiana jest raczej jako antybohater, ktoś kto nie tyle chce zaszkodzić swojemu podopiecznemu, co zmusza go do bycia produktywnym, tworzenia komercyjnych przebojów i grania jak największej ilości koncertów. Często wyciskają oni z muzyków twórczość i energię do ostatniej kropli. W filmie o Springsteenie było zupełnie inaczej.
Relacja Bruce'a i Jona przedstawiona została jako przyjaźń dwóch mężczyzn, którzy doskonale wiedzą, jak działa branża muzyczna, a mimo to szanują swoje wzajemne decyzje i "polecenia z góry". Widzieliśmy zarówno sceny, w których Bruce próbował przekonać Jona do swoich racji, jak i momenty, w których polegał na jego doświadczeniu i nie sprzeciwiał się. W produkcji nie zabrakło także głębokich rozmów między współpracownikami, szczerego zmartwienia Jona stanem swojego podopiecznego oraz udanych prób niesienia mu pomocy.
Muzycznie "Springsteen: Ocal mnie od zapomnienia" to produkcja, w której nie brakuje rockandrollowego ducha. Miłośnicy gwiazdora z pewnością nie zawiedli się koncertowymi ujęciami, z których wręcz kipiała energia spoconego tłumu, skandującego imię Bruce'a i wyśpiewującego wraz z nim największe hity. Jeremy Allen White, odgrywający główną rolę, doskonale poradził sobie z partiami wokalnymi, które w całości sam wykonał. Film jest więc nie tylko gratką dla miłośników emocjonalnych historii, lecz także pozycją obowiązkową dla tych, którym muzyka "The Bossa" od lat w duszy gra.








![Wikukaracza (Łąki Łan): Łąki Łan to akty radości [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000IZRUCEKPSX9IS-C401.webp)
