Najlepsze zagraniczne płyty 2025 roku. "Nie z sentymentu, a z czystego zachwytu"
2025 rok był przepełniony ekscytującymi premierami - dlatego też wybór najlepszych wydawnictw, jakie ukazały się w ciągu ostatnich 12 miesięcy okazał się dla naszej redakcji nie lada wyzwaniem. Rozstrzał gatunkowy jest ogromny - od popu przez metal, jazz i latynoskie brzmienia, ale łączy wszystkich wymienionych poniżej artystów jedno - wydali płyty, obok których nie da się przejść obojętnie.

Oliwia Kopcik
Cold in Berlin - "Wounds"
Przekonana byłam, że będę mieć problem z wybraniem najczęściej słuchanej przeze mnie zagranicznej płyty 2025 roku, bo ja jednak bardziej into polska muzyka. Tymczasem okazało się, że owszem, mam problem, ale dlatego, że mam kilka propozycji i nie wiem, którą wybrać. Na polu bitwy zostały Viagra Boys "Viagr Aboys", ale to już zostało polecone, Turnstile też ma tu swoich wielbicieli, pewnie postawiłabym na Majurę, ale przecież nie będę się powtarzać, więc jeszcze The Black Keys z "No Rain, No Flowers", Deftones (których po trochu poleca prawie cała redakcja), The Favors z "The Dream" i Cold in Berlin i ich "Wounds".
Zatrzymajmy się więc przy tej ostatniej, chociaż - jak to się mówi - każdy inny, wszyscy równi. The Favors co prawda wlewa ciepło w serce, ale za to Cold in Berlin jest najbliżej muzycznie mojego osobistego serca. Jest to też płyta dla mnie tym bardziej wyjątkowa, że ja w większości nie przepadam za damskimi wokalami, a tutaj nie wyobrażam sobie żadnego innego.
Tymoteusz Hołysz
Deafheaven - "Lonely People With Power"
Tego roku ciężko wybrać mi było 10 albumów do personalnego podsumowania, dlatego jeden to bardzo, bardzo trudne zadanie, ale statystyki mówią same za siebie. Najwięcej czasu tego roku spędziłem z nową płytą Deafheaven. Po mocno nierównym "Infinite Granite", ekipa z San Francisco powróciła z krążkiem, który dostarczył wszystko to, czego jego poprzednikowi brakowało. Fenomenalne kompozycje, nieokrzesana energia, nastrój i powrót do black metalowych korzeni sprawiły, że "Lonely People With Power" stało się prawdziwą esencją tego, czym jest Deafheaven. Nie znajdziecie tam żadnych wypełniaczy - każdy utwór ma swoje miejsce i swój cel, a skrzeki George'a Clarke'a brzmią pięknie, jak nigdy! Pozwolę sobie jednak wyróżnić jeszcze kilku artystów, których płyty w tym roku skradły moje serce, bo zwyczajnie się im to należy: Viagra Boys, EsDeeKid, Crippling Alcoholism i Agriculture.
Alicja Rudnicka
Viagra boys - "Viagr Aboys"
Na to zestawienie czekałam najbardziej. "Viagr Aboys" zespołu Viagra Boys to album, którego słucham tak często, że aż sama robię sobie wyrzuty - powinnam przecież wciąż odkrywać nowe wydawnictwa. A jednak ten krążek wciąż wraca do moich słuchawek, bo jest jak ulubione danie, które nigdy się nie nudzi.
Lekko grafomańskie teksty, mocna oprawa muzyczna i energia, która przebija z każdego utworu - to esencja Viagra Boys. Widać i słychać talent, kunszt, ale przede wszystkim radość tworzenia. Krążek kipi "samczą" energią frontmana, jest dopracowany, nietuzinkowy i poprawia mi humor za każdym razem gdy go słyszę.
Michał Boroń
The Swell Season - "Forward"
"Potrzebujemy więcej niż tylko jedzenia i udogodnień, potrzebujemy żeby wojny się zakończyły, potrzebujemy miłości i solidarności. Wciąż jest nadzieja dla ludzkości" - czy potrzebujemy lepszego przekazu nie tylko na święta? Tak na żywo w Krakowie śpiewała obdarzona kryształowym głosem Markéta Irglová. Pochodząca z Czech wokalistka i pianistka po latach ponownie połączyła siły z Irlandczykiem Glenem Hansardem, by razem pod szyldem The Swell Season wypuścić mój prywatny numer 1 2025 roku, który poruszył struny wrażliwości na co dzień zakopane głęboko pod skorupą. Czyste złoto!
Bartłomiej Warowny
Jade Thirlwall - "That's Showbiz Baby!"
"LUX" Rosalíi ostro zakręcił mi w głowie, ale to właśnie Jade moim zdaniem zasługuje w tym roku na koronę. Album "That's Showbiz Baby!" stał się dla mnie czymś pokroju "Blackout" Britney - projektem, który ma w sobie ponadczasowy potencjał, a zarazem jest tu i teraz.
Produkcja płyty jest po prostu mistrzostwem, a struktury utworów, czyli mocne, klubowe bity przeplatane chóralnością i przesadą idealnie pasują do zamysłu historii Jade. Mowa tu o blaskach i cieniach popularności, "dealach" i kontraktach, które potrafią zamknąć artystę w złotej klatce - "Angel Of My Dreams" to kartka wyrwana z pamiętnika Jade, to wdzięczność i wylanie żalu, to zapomnienie o sobie i własnych wartościach, polubienie nowych szans i zmiażdżenie starych. "It's a yes from me"!
Weronika Figiel
5 Seconds of Summer - "EVERYONE'S A STAR!"
Niedawno wreszcie przestałam umieszczać 5 Seconds of Summer na liście moich guilty pleasures i ulubionych zespołów jedynie z nastoletnich czasów. Od zauroczenia ich pierwszymi, nieco niedopracowanymi podrygami na rynku muzycznym minęło sporo czasu, a ja wciąż powracam. W końcu z dumą mówię, że to nie z sentymentu, a z czystego zainteresowania i zachwytu nad ich twórczością.
Album "EVERYONE'S A STAR!" pojawił się dopiero w listopadzie, a i tak stał się moim krążkiem 2025 r. (co potwierdziły statystyki Spotify podsumowane w corocznym Wrapped). A więc nie tylko twierdzę, że jest to moja ulubiona płyta tego roku, lecz także mam na to dowody! Już wydane wcześniej single - "Boyband", "Telephone Busy" czy "NOT OK" - sprawiły, że moja ekscytacja nową erą zespołu osiągnęła punkt szczytowy. Sporo było w nich buntu, ale jeszcze więcej zabawy - zarówno słowem, jak i różnymi melodiami. Pozostałe piosenki utrzymały ten poziom i pokazały fanom zupełnie nową wersję 5SOS - odważniejszą, bezpośrednią w swoich tekstach i chętną do eksperymentów muzycznych. Do tego wszystkiego doszła doskonale przemyślana promocja płyty, całkowicie nowy wizerunek i akcje specjalne dla fanów, którzy długo czekali na powrót zespołu. "EVERYONE'S A STAR!" nie ma żadnych słabych punktów, z łatwością uzależnia i jest satysfakcjonującą niespodzianką dla słuchaczy, którzy przeszli z zespołem przez wszystkie poprzednie wcielenia.
"Wiem, że muszę ewoluować" - śpiewają chłopaki z 5SOS w jednej z moich ulubionych piosenek na albumie. I właśnie tym krążkiem udowodnili, że nie tylko muszą, ale i potrafią.
Piotr Witwicki
Turnstile - "Never enough"
Płyta, która przekracza gatunki. Hardcore nagrany z rozmachem, jakiego świat nie widział. Turnstile łączą rzeczy, których teoretycznie nie da się połączyć. Mimo skoków po stylach tożsamość grupy została utrzymana dzięki szalonym skokom dynamiki.
Rafał Samborski
Maruja - "Pain to Power"
Nie zachwycam się może tym albumem już tak bardzo jak zaraz po premierze, zauważając nieco naiwności i ogólności w wygłaszaniu rewolucyjnych haseł i tym, że jak na mentalnego spadkobiercę Zacha de la Rochy, nie za wiele wiadomo z tej płyty o wokaliście Marujy, Harrym Wilkinsonie.
Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z albumem, który w sposób absolutnie unikalny łączy punkową, kipiącą testosteronem energię i konfrontuje ją ze spiritual jazzem, który przynosi tu przede wszystkim wszechobecność saksofonu. I choć jest to krążek niesamowicie wręcz gęsty tym wszystkim nie brakuje również miejsca na momenty spokojniejsze, bardziej liryczne. "Zaytoun" to pełnoprawny post-rockowy numer, a takie "Trenches" kojarzy mi się bezpośrednio z tym, co wyprawiało się na ostatniej płycie alternatywno hip-hopowego duetu (ś.p.) Eyedei i DJ-a Abilitiesa. A to ogromny komplement.
Jarosław Kowal
The Sleep of Reason Produces Monsters - "The Sleep of Reason Produces Monsters"
Albumem roku jest dla mnie "Pain To Power" Maruji. W żaden inny przez ostatnie dwanaście miesięcy nie zaangażowałem się równie mocno, ale na zachwyty przeznaczyłem już recenzję i mam silne podejrzenie, że znajdzie się w redakcji ktoś, kto również go wytypuje. Dlatego postawiłem na coś mniej oczywistego, znanego w wąskim gronie osób zainteresowanych muzyką improwizowaną wyrastającą z jazzowego korzenia - pierwsze wydawnictwo projektu The Sleep of Reason Produces Monsters.
Liderką jest Mariam Rezaei, turntablistka, która w 2023 została zaproszona na rezydencję do słynnego londyńskiego Café Oto i postanowiła połączyć free jazz z nowojorskim no wavem (najogólniej pisząc). Do współpracy zaprosiła grającego na trąbce piccolo Gabriele'a Mitelliego (wcześniej występował między innymi z Joe McPheem, Jeffem Parkerem czy Robem Mazurkiem), perkusistę Lukasa Königa (wśród jego współpracowników są Jamaaladeen Tacuma, Chris Pitsiokos, Moor Mother czy Shahzad Isamaily) i przede wszystkim fenomenalną saksofonistę Mette Rasmussen, członkinię między innymi Fire! Orchestra i łączącego jazz z hip-hopem w być może najbardziej udany sposób w historii Økse, która okazjonalnie występuje również z Godspeed You! Black Emperor.
To ona błyszczy tutaj najjaśniej, nadając improwizowanemu, gęstemu chaosowi odrobinę bardziej regularnych kształtów. Muzyka kwartetu jest radykalna i na swój sposób brutalna. Po przesłuchaniu nieco ponad godzinnego materiału fizycznie wycieńczająca. Saksofon tu i ówdzie robi jednak wystarczająco wiele miejsca, by starczyło na zaczerpnięcie oddechu i ponowne zanurzyć się w tym oblepiającym, intensywnym brzmieniu. Nazwanie tego zespołu po słynnym obrazie Francisca Goi, "Gdy rozum śpi, budzą się demony", zdecydowanie nie jest na wyrost.
Wiktor Fejkiel
Bad Bunny - "Debí Tirar Más Fotos"
Kto by pomyślał, że krążek opowiadający o losach Portoryko będzie najczęściej słuchanym w 2025 roku. Choć to nie jest wybór z tych undergroundowych, nie mogłem pominąć tegorocznej premiery od Bad Bunny'ego. "BAILEINoLVIDABLE", "DtMF" czy "NUEVAYoL" to numery, obok których nie da się przejść obojętnie - oto kwintesencja tej jakże ostatnio popularnej, portorykańskiej bomby, nad której definicją tak wiele osób się zastanawiało. No bo powiedzmy sobie szczerze - odejście od reggaetonu było bardzo ryzykownym zagraniem. Natomiast czasem ryzyko się opłaca - powrót Bad Bunny'ego do korzeni muzyki karaibskiej wyznaczył pewien trend na ten miniony rok, wystarczy wspomnieć nowości od chociażby Karol G Milo J. I kto wie, co przyniesie nam w kolejnych latach.













