Trójmiejska grupa uderza w czułą strunę z dużą precyzją, na co pozwala operowanie specyficznymi, stworzonymi właśnie do tego celu narzędziami gatunkowymi. Wykorzystane na "Wszystkich ranach niezabliźnionych" elementy zapożyczone z midwest emo i post-hardcore'u obejmują szeroki wachlarz środków stylistycznych zdolnych do wywoływania silnych reakcji zwrotnych, ale Sztylety nie zawracały sobie głowy studiowaniem instrukcji obsługi. Skorzystały z gotowych rozwiązań na własny sposób.
Kiedy na przykład u La Dispute - w utworze "Edit Your Hometown" - pojawia się temat rodzimego miasta, to dla podkreślenia straconej szansy na lepsze życie, jakie udało się wygrać przyjaciołom, którzy wyprowadzili się, gdy było to jeszcze możliwe. U Sztyletów podobna obserwacja w "Nie na miejscu" wybrzmiewa ze zbliżonym ładunkiem emocjonalnym, ale tekst Szymona Szelewy bardziej niż na introspekcji i jednostkowej perspektywie, skupia się na refleksji związanej z wpływem otoczenia na nas wszystkich: "Szara od brudu parchata elewacja / Która przykryła stuletnią kamienice / obserwuje jak się skrada gentryfikacja / wie że niebawem odbiorą jej życie".
Niesztampowy jest również sposób mierzenia się z nostalgią. Często przywoływaną w muzyce o zbliżonym charakterze. W swoistym hymnie emo, "The Summer Ends", zespołu American Football, w obrazującym bezradność wobec upływu czasu "This Song is Called it's Called What It's Called" Hot Mulligan albo nawet w "I'm Still Cheering for the 1980 US Hockey Team" Oakwood wyraźnie pobrzmiewa tęsknota za tym, co było. Szelewa z kolei na romantyzowanie przeszłości raczej sobie nie pozwala. W "Pokemony Goldy" cofa się do niej po to, by opowiedzieć o budowaniu czegoś nowego: "Pozostaje tylko widzieć / Odrobinę więcej / Niż te wszystkie chwile / te brzydkie i piękne".
Chociaż "Wszystkie rany niezabliźnione" wywołują jednoznaczne skojarzenia gatunkowe, nie sposób zarzucić zespołowi zasłaniania się zbiorem cytatów i hołdami składanymi ku czci ulubionych wykonawców. Ma do opowiedzenia własną historię, a że jest ona zarazem trafnym opisem rzeczywistości drugiej połowy trzeciej dekady XXI wieku, to z łatwością przychodzi odnalezienie w tych tekstach własnych przemyśleń i przeżyć. Mają zresztą tym większą siłę, że nie zginęły w miksie pod gęstą warstwą instrumentalną. Kiedy przesłanie stanowi ważną część muzyki, zawsze powinno być łatwo dostępne i wyeksponowane, ale przykłady tych kilku przyrównanych wcześniej do Sztyletów kapel dowodzą, że nie jest to regułą.
Nieukrywanie się za zniekształconą artykulacją albo gitarami może być tak oczyszczające, jak dezynfekowanie tytułowych niezabliźnionych ran wodą utlenioną, ale to nie jedyny powód, dla którego Szelewie na dobre wyszło uwydatnienie emocjonalnego ładunku, w jaki uzbroił każdy jeden wers. Dobór stosowanych przez niego technik wokalnych jest dość przewidywalny. Na jednym krańcu spektrum znajduje się krzyk, sprawiający wrażenie graniczącego z całkowitym zdarciem gardła, na drugim słowo mówione na usługach poetyckich tekstów, czyli wszystko to, co mieści się w standardzie screamo od lat 90. Jeżeli chodzi natomiast o barwę, to raz po raz wydaje się bliźniaczo podobna do barwy Kuby Kawalca. Zwłaszcza z najwcześniejszego okresu Happysad. Słychać to na przykład w "Ciele" albo w "Synu marnotrawnym".
Takie porównanie może uchodzić za przytyk, ale na debiutanckim albumie zespołu ze Skarżyska-Kamiennej znalazło się nie tylko przebojowe "Zanim pójdę". Jest na nim również utwór "Psychologa", który można uznać za swoiste "smooth screamo". Już po pierwszym albumie Sztyletów zastanawiałem się zresztą, czy trójmiejska ekipa zaryzykuję zwrot właśnie w takim kierunek. Materiał z "Zostaw po sobie dobre wrażenie" zdradzał niemały potencjał komercyjny, ale najwyraźniej granie na Juwenaliach i zainteresowanie dużych rozgłośni radiowych nie było aż tak nęcącą pokusą.
Odporność na powaby mainstreamu da się jeszcze wyraźniej usłyszeć w warstwie instrumentalnej. Jest wyraźnie (ale nie drastycznie) ciężej i ostrzej, a do tego stopień melodyjności został zauważalnie obniżony. Na całym albumie znalazł się tylko jeden naprawdę przebojowy refren (w "Synu marnotrawnym"). Zdarzają się też momenty, kiedy po i tak luźnych skojarzeniach z Happysad nie zostaje ani ślad. Na myśl przychodzi raczej stołeczno-trójmiejski Jad ("Przegrać") albo debiut Pianos Become the Teeth ("Ostrze noża").
Czasami Sztylety grają forte, na złamanie karku, bez chwili na złapanie oddechu ("Mięso"), kiedy indziej z kolei różnicują dynamikę, przełączając się pomiędzy agresywniejszym a łagodniejszym trybem ("Rewolwer"). Utrzymana w spójnych ramach stylistycznie różnorodność zwiększa żywotność albumu. Po przesłuchaniu "Wszystkich ran niezabliźnionych" nie pojawia się zmęczenie wywołane bombardowaniem przygniatającymi treściami. Mnogość wykorzystanych wpływów i inspiracji zachęca do zapętlania i wgryzania się w te dziesięć utworów. To może być wręcz "album wejściowy" do muzyki z okolic post-hardcore'u, screamo czy emo. Na podobnej zasadzie, na jakiej wiele osób odkryło death metal za pośrednictwem Slipknot albo jazz po sięgnięciu po EABS.
"Emocje" to pierwsze słowo, jakie kojarzy się z zespołem Sztylety. Intensywne i dokładnie ponazywane na drodze wnikliwej autodiagnozy. To nic, że ubrane w skrojoną do prezentowania ich właśnie w taki sposób formę, skoro uderzają autentycznością i do pewnego stopnia świeżym ujęciem. Tytułowe niezabliźnione rany nie wymagają leczenia. Przewrotnie stoi za nimi pozytywne przesłanie o godzeniu się z przemianą w osobę, jaką pomogły ukształtować. To zdecydowanie zdrowsze i mniej destrukcyjne spojrzenie na życie od tego utrwalonego w stereotypie na temat muzyki z podobnych rewirów.
Zespół Sztylety "Wszystkie rany niezabliźnione", Peleton Records
7/10











