Pewnie słyszeliście już sporo o "Starface", o niskich ocenach, jakie wszędzie dostaje. Przede wszystkim natomiast o tym, co jest wspominane najczęściej: wykorzystywaniu przez Tygę oraz jego producentów generatywnej sztucznej inteligencji do stworzenia tego albumu. Sam autor upierał się w pewnym momencie, że mowa o kilku liniach syntezatorów i basu, ale nie wierzyłbym mu, bo kilkukrotnie już tę narrację zmieniał i głosił, że w używaniu AI nie ma nic złego, wszak podobnie kiedyś traktowano auto-tune.
Możecie więc myśleć, że pisząc tę recenzję, lecę na fali hejtu, który kręci się wokół tej pozycji. W końcu używanie AI w muzyce jest na świeczniku, a każdy, kto się do tego przyznaje, przyznaje się jednocześnie do zdrady stanu i sam Freddie Mercury zstąpi z niebios, aby go dekapitować. Ale chwila obcowania z płytą sprawia, że momentalnie zrozumiecie, iż punkt krytyki nie ma tylko zaczepienia w obszarach moralno-światopoglądowych.
Jaki jest więc problem z tą płytą, jeżeli nie jest to użycie AI? "Starface" ma czerpać ze stylistyki lat osiemdziesiątych - Tyga pokazuje to już jasno okładką mającą nawiązywać do "Miami Vice". Sam tytuł albumu to zresztą parafraza oryginalnego tytułu legendarnego "Człowieka z blizną". Nic więc dziwnego, że kiedy odpalimy album, usłyszymy… kawałki totalnie pozbawione głębi, mocy i dynamiki? Zupełnie inaczej zapamiętałem muzykę z lat osiemdziesiątych.
Niestety, to, co napisałem, nie jest żadnym przekłamaniem. "Starface" brzmi jak zbiór niedokończonych demówek, którym brakuje jakiejkolwiek mocy. To próba stworzenia rzeczy przebojowych, ale zupełnie pozbawionych energii i momentów przebojowych. Jest płasko, bębny nie uderzają, każdy możliwy dźwięk wydaje się schowany w tle w porównaniu do wiecznie wysuniętego wokalu. A nie zapominajmy, że wokal Tygi jest ciągle auto-tune'owany, przetwarzany i tak daleko mu do wykwintności technicznej, jak do wpakowywania ciekawych pomysłów na jego prowadzenie. I - jakżeby inaczej - Tyga nie ma za wiele ciekawego do powiedzenia.
Indolencja uderza w "Time is Currency", gdzie słychać smyczkowe pady, nagle w ramach mostka ma wejść solówka na gitarze i wszystko gra tak cicho, tak daleko od słuchacza, że odruchowo mam ochotę podbić głośność na swoim wzmacniaczu. W "Powdered Dreams" od początku uderzają bębny i gdy tylko pojawia się partia syntezatora, cała perkusja zostaje w zasadzie zjedzona - słychać, że tam jest, ale w nieustannym konflikcie częstotliwości z warstwą melodyczną. W "Died 4U" nadchodzi refren, czujesz to zbliżające się napięcie i myślisz "tak, w końcu coś tu uderzy, w końcu będzie energia". Po chwili przekonujesz się jednak, że masz do czynienia z próbami napompowania dziurawego balonu. I tak jest z całym "Starface".
Co więcej, może to pierwsze oznaki głuchoty, na które nie pomaga mój całkiem niezły sprzęt odsłuchowy, ale nieustannie mam wrażenie, że dzieją się tu bardzo dziwne rzeczy z fazą. I naprawdę wierzę, że udałoby się to choć minimalnie uratować, ale tu na etapie miksowania (lub, będąc złośliwym, poprawiania promptów) nikt nie zadał sobie trudu, by odpowiedzieć na pytanie, które dźwięki należy priorytetyzować.
Konkludując, daję ocenę 0/10, bo inaczej tego kuriozum, jakim jest "Starface", ocenić się zwyczajnie nie da. Słuchasz tej płyty, szykujesz się mentalnie na bangery (co by nie mówić, Tyga miał ich trochę), a koniec końców jest anemicznie i łapiesz się za głowę, że ktokolwiek był w stanie to przyklepać. Że ktokolwiek stwierdził, iż jest to gotowy produkt, który można zaoferować słuchaczom. Bo to piosenki, nad którymi prace zostały dopiero rozpoczęte i zgaduję, że nawet najbardziej niedzielny słuchacz usłyszy, że coś tu jest ewidentnie nie tak.
Tyga, "Starface", Empire
0/10











